Najpiękniejsze książki dla dzieci o miłości macierzyńskiej

Aga Sz. DZIECI, książek, książki, RECENZJE, Strona glowna banner 0 Comments

Dziś mija dokładnie dziesięć lat, od kiedy po raz pierwszy raz zostałam mamą, za kilka dni Dzień Matki, a zaraz potem Dzień dziecka. Pomyślałam, że to dobry moment, by przedstawić te książki. Wybrałam trzy, które w prosty, a zarazem niezwykły sposób opowiadają małemu czytelnikowi o miłości macierzyńskiej. Najpiękniej jak się tylko da…

,,Kiedyś” Alison McGhee i Peter H. Reynolds, wyd. Mamania

Zwykle robiąc takie przeglądy, książki przedstawiam w przypadkowej kolejności, dziś jednak zacznę o tej moim zdaniem najpiękniejszej…To książka, która jest wyznaniem matki do córki. Ukazuje ulotność macierzyństwa i koło które się na tym obszarze zatacza. Opowieść o ulotnych momentach, które budują wspomnienia. O zwyczajnych, codziennych czynnościach tworzących więź na całe życie między mamą a córką. Nie chce tu pokazać za dużo na zdjęciach, bo bardzo bym sobie życzyła, by każda mama pewnego dnia sprezentowała ją swojej córce. Moja Majeczka dostanie ją dziś ode mnie na swoje dziesiąte urodziny, ale równie mocno chciałabym jej ją sprezentować na osiemnaste, lub gdy będzie wyjeżdżać  z domu na studia, czy sama zostanie mamą . Absolutny majstersztyk i wyciskacz łez. Ogromna dawna wzruszenia zaklęta na kilkunastu kartkach. Jeśli jesteście mamami córek, nie zastanawiajcie ani minuty, czy wasze córki powinny ją mieć. Ani minuty…

,,Miłość” Astrid Desbores i pauline Martin wyd. Entliczek

W książce tej mama odpowiada małemu chłopczykowi na zadane przez niego pytanie czy go kocha. Przytoczone zostają codzienne sytuacje, w których mama kocha dziecko i uświadamia małemu czytelnikowi, że mama kocha zawsze. Bez względu na to, czy jest czyste czy brudne, czy osiąga sukcesy, czy dopiero o nie nieudolnie walczy. Buduje wiarę dziecka w miłość mamy, daje poczucie bezpieczeństwa. Piękna opowieść o niezwykłości matczynej miłości. Uniwersalna w odbiorze, u nas wyląduje na półce Antka, bo on lubi słuchać jak go w moich uczuciach do niego utwierdzam. Również, bardzo gorąco polecam.

,,Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham” Sam McBratney, ilustracje Anita Jeram, wyd. Egmont

Z racji naszej miłości do zajączków i pastelowych kolorów ta książka już z racji samej, ślicznej okładki musiała u nas zagościć. I cudownie, ze zagościła, bo to urocze opowiadanie, która spodoba się nawet najmłodszym czytelnikom. Nie jest tu co prawda powiedziane, czy mowa o relacji rodzicielskiej, ale dzieci tak z pewnością wywnioskują, bo opowiada o małym i dużym zajączku. Pokazuje jak potężnym uczuciem jest miłość. Moje młodsze dzieci ją uwielbiają. Po kilku zdaniach, dalszy tekst jest przewidywalny, nie mniej dzieci nie opuszcza oczarowanie, co będzie dalej, czy większy zajączek zdoła kochać jeszcze bardziej. Śliczna i wartościowa.

Każdą z tych książek znajdziecie tutaj: (klik)

Z całego serca polecam taką formę rozmawiania dziećmi o uczuciach.

Z pozdrowieniami

Niemapa (Zabrze)

Aga Sz. DZIECI, gry & zabawy, PODRÓŻE 0 Comments

Zabrze. Miejsce mojego urodzenia, spędzonego dzieciństwa, nawiązanych najcenniejszych przyjaźni, miasto w którym ukończyłam dwie szkoły (obie do dziś uważam za najlepsze jakie mogły mnie spotkać). Pierwsze randki, miłości, prace zawodowe, pierwsze własne mieszkanie. To w końcu miasto, w którym wyszłam za mąż,  cieszyłam się kolejnymi ciążami i narodzinami dzieci. Tysiące niezapomnianych momentów, ludzi i wspomnień. I mimo, że od czterech lat żyje oddalona nieco od Zabrza to nadal darzę to miasto ogromnym sentymentem i odwiedzam je regularnie. I gdyby mnie ktoś w środku nocy obudził i zapytał które miasto jest moim ukochanym to z pewnością powiedziałabym Zabrze. Każdy z nas ma w sercu miasto, które zajmuje w nim honorowe miejsce. Moim jest właśnie Zabrze…

Kiedy napisały do mnie dziewczyny z Niemapy (klik), że robią projekt w Zabrzu to bardzo się ucieszyłam. Małgosia i Asia to dwie młode mamy z Łodzi, które postanowiły nie marudzić, że w ich mieście nie ma co robić z dziećmi, tylko udowodnić, że jest wręcz przeciwnie. Że przy odrobinie dobrych chęci odkryć można przed dzieckiem (i wraz z nim) wiele ciekawych miejsc w każdym z miast Polski, a Niemapa miała w założeniu rodzicom pomóc. Za stronę graficzną Niemapy odpowiada studio graficzne Ładne halo i jak mówią same pomysłodawczynie projektu, był strzał w dziesiątkę. Grafiki ich autorstwa idealnie wpasowują się w całość projektu. Jest prosto, estetycznie, przejrzyście, a zarazem realnie. Projekt okazał się ogromnym sukcesem, dziś objął już dwanaście miast w Polsce, a są już plany kolejnych.

Zabrze ma to szczęście, że tamtejszy Urząd Miasta (przy współudziale finansowym i merytorycznym) sponsorów i partnerów w związku z premierą zabrzańskiej Niemapy zorganizował wystawę dla dzieci. Wystawę Piękną, przemyślaną, wartościową i estetyczną. Mnóstwo pracy włożono w jej stworzenie.  Jeśli jesteście ze Śląska, albo będziecie w Zabrzu przejazdem to gorąco zachęcam do odwiedzenie wystawy i poznania bliżej tradycji tego miasta i regionu. Jeśli natomiast jesteście mieszkańcami Zabrza, a do tego rodzicami, to jest to moi drodzy punkt obowiązkowy w Waszych kalendarzach, by miło i efektywnie spędzić z dziećmi czas, zadbać o przywiązanie do Waszego miasta. Więcej szczegółów znajdziecie pod zdjęciami.

Na wystawie odwiedzicie stadion Górnika Zabrze oraz Teatr Nowy…

Poznacie grę w kapsle i poskaczecie w kasy…

Przebierzecie się w strój górnika i dowiecie się co oznacza każdy z kolorów kasku…

Pokonacie podziemne tunele (bez obaw są do dyspozycji latarki )…

Przetransportujecie nawet na powierzchnię wydobyty węgiel (który w rzeczywistości jest pomalowaną na czarno gąbką, genialne!)…

Poznacie wiele miejsc wartych odwiedzenia w Zabrzu, środki transportu w tym mieście i śląską gwarę.

A jeśli uda Wam się przejść wszystkie tunele otrzymacie certyfikat górnika 😉

Choć nie wszyscy bywają zadowoleni, że to już koniec zabrzańskiej przygody…

To każda ,,szychta” się kiedyś kończy…

Wystawa mieści się w Łaźni Łańcuszkowej Sztolni Królowa Luiza, przy ul. Wolności 408

Otwarta jest codziennie (oprócz poniedziałku) od 10-27 maja 2018r.

w godz. 10-19

Wejście jest bezpłatne.

Jeśli jesteście z innych miast/ rejonów Polski, śledźcie na stronie lub Fp Niepampy (klik) czy i Wasze miasto ma/będzie miało to szczęście na takiej Niemapie się znaleźć

Polecam & pozdrawiam serdecznie

Nowości w biblioteczce małego leśnika

Aga Sz. DZIECI, KSIĄŻKI, książki, Strona glowna banner 0 Comments

Fascynacja przyrodą mojego siedmioletniego syna wzrasta wprost proporcjonalnie do ilości książek o tej tematyce w jego biblioteczce. Ku naszej radości wydawnictwa dla dzieci nie zaniedbują tej tematyki, dostarczając nieustannie pięknych i wartościowych pozycji książkowych, które Antek z radością poznaje.

Dziś wybrałam sześć z nich, nie wszystkie są nowościami wydawniczymi, ale my mamy je od niedawna.

No to po kolei…

,,Rok w lesie” Emilia Dziubak wyd. Nasza Ksiegarnia

Jedna z kilku książek z serii (wydano jeszcze ,,Rok na wsi”, ,,Rok w mieście”, ,,Rok w krainie czarów” i ,,Rok w przedszkolu”). Gruba, solidnie wydana, ze ślicznymi rysunkami autorki. Tekst pojawia się tylko na pierwszych stronach, na których przedstawieni są bohaterowie (zwierzęta). Na kolejnych stronach czytelnik podgląda las i zmiany jakie w nim zachodzą przez kolejnych dwanaście miesięcy. Można ją oczywiście traktować jako książkę obrazkową dla maluszków, bawić się w poszukiwanie zwierząt, ale w przypadku starszych dzieci takie książki bez tekstu dają nam rodzicom ogromne pole do popisu, pracy z dzieckiem. To prawdziwa gratka dla rodziców kochających przyrodę, las, ponieważ w pięknych sposób ułatwia opowiadanie własnymi słowami o tym co dzieje się na kolejnych stronach. Potrafi wciągnąć, zaciekawić i wiele nauczyć. Do tego posiada jedną z ładniejszych okładek jakie mamy na regale.

,,Wielka księga robali” Yuval Zommer wyd. Wilga.

Kiedy trafiłam w internecie na tą książkę, od razu wiedziałam, że to coś dla Antka, niestety okazało się wówczas, że jej nakład został wówczas wyczerpany. Niedawno szczęśliwie wróciła do sprzedaży. Jak tytuł sugeruje, rzecz dotyczy robali (szczęśliwie tylko tych ogrodowych). Książka w przystępny sposób odkrywa przed nami sekrety życia pszczół, pasikoników, chrabąszczy, pająków, much czy biedronek. Ogromnie ciekawa, bardzo przyjemnie ilustrowana, Antek ją uwielbia. No i ta piękna okładka…Zdecydowanie polecam, każdy mały fan owadów będzie zachwycony.

Niedawno ukazała się druga książka z tej serii pt. ,,Wielka księga ssaków” tego samego autora, pełna ciekawostek z życia ssaków tj. lis, wilk, pawian, hipopotam, a także mniej znanych tj. binturong, ratel  itp. Odpowiada m.in. na pytania po co jeżozwierz ma kolce, czy hieny się śmieją, czy nietoperze są ślepe i kto jest największym kotem na świecie.

,,Mały atlas ptaków” Ewy i Pawła Pawlaków wyd.Nasza Księgarnia.

Niby to atlas, czyli przegląd gatunków, ale inny niż można by się spodziewać…

Znajdziemy w niej opisy poparte rysunkami i zdjęciami dwudziestu najpopularniejszych, występujących w Polsce gatunków ptaków. I to jest świetne, opisuje ptaki, które dzieci mogą znać ze spacerów i stanowi najlepszy moim zdanie wstęp do ornitologicznej przygody małego człowieka. Same opisy też w niczym nie przypominają takich z nudnego, tradycyjnego atlasu. By zaciekawić dzieci (choć i zapewniam, że i nie jeden dorosły da się tej ptasiej przygodzie porwać…) autorzy postawili na zaciekawienie małego czytelnika, stąd brak opisu ile ptak ma cm, a położyli nacisk na ciekawostki (często zabawne) o tym który gatunek lubi jeść mrówki, a który żołędzie, który jest odważny, który słyszy nawet robaki pod ziemią, a który uwielbia zamieszkiwać domy w budowie, dlaczego wybierają wschodnią stronę dachu, a który i kiedy rozkłada swój wachlarz.

Książka ma świetny format, grube (!) , tekturowe kartki (spokojnie może ją oglądać samodzielnie dwulatek bez obawy, że zniszczy czy zagnie kartkę.

Moim zdaniem to najbardziej godna uwag książka ornitologiczna dla dzieci dostępna na rynku.

,,Grzyby. Dziwne fakty z życia o których nie mieliście pojęcia” Asia Gwis i Liliana Fabisińska wyd. Nasza Księgarnia.

To kolejny atlas, który z tradycyjny atlasem niewiele ma wspólnego. I świetnie!

Mnóstwo pracy musiały włożyć autorki, by stworzyć książkę, która aż kipi ona od informacji i ciekawostek w ogromniej mierze takiej, o której z pewnością i dorośli nie mieli o pojęcia. Niezwykle ciekawa opowieść o życiu tych organizmów. Książka, która uświadamia jak fascynujący jest świat grzybów. Choć położono w niej nacisk na przedstawienie zagrożeń związanych z grzybami trującymi, to cała traktuje oczywiście nie tylko o grzybach leśnych, ale także tych w postaci pleśni w serach jadalnych a nawet o grzybku…do cerowania! 😉 Znajdziecie w niej nawet prawdziwe kulinarne przepisy…

Nie jestem niestety miłośniczką takiego rodzaju rysunków/grafiki, nie mnie wartość merytoryczna tej książki mi tą kwestię rekompensuje.

To książka, którą pobieżnie można zainteresować przedszkolaka nie mniej zdecydowanie skierowana da dzieci szkolnych, ich posiadacze z pewnością nie raz błysną na lekcjach przyrody czy biologii.

,,Zwierzęta muzycy” Pedro Alcalde i Julio Antonio Blasco wyd. Esteri. wyd. Esteri

To  książka o czternastu zwierzętach, które w przyrodzie szczególnie zasłynęły z tego, że wydają charakterystyczne dźwięki.

Zgromadzono w niej mnóstwo wiedzy i ciekawostek z tego zakresu. Zdecydowanie dla większych dzieci, ciekawych świata zwierząt, które chcą poszerzyć swoją wiedzę w tym temacie.

Z  serii ukazały się również ,,Zwierzęta lekarze” i ,,Zwierzęta architekci”.

Wszystkie te książki znajdziecie np. tutaj (klik)

Sosnowe regały (których znowu nam za mało) na książki znajdziecie w sklepie Bambooko (klik)

Jeśli traficie na jakieś ciekawe książki w leśno-przyrodniczych klimatach, będę wdzięczna jeśli dacie mi znać.

Uściski

Miodowe szyszki z preparowanym ryżem

Aga Sz. ciasteczka, fit, małe słodkości, PRZEPISY, Strona glowna banner 0 Comments

Przepis na te pyszne, lekkie, zdrowe szyszki znalazłam niespodziewanie na końcu w książki ,,Pszczoły” Joachima Pettersona, którą czytał mój mąż. Niespodziewanie, bo nie jest książka kulinarna, a piękny przewodnik po świecie pszczół, opowieść o i ich życiu, zwyczajach, ogromnej roli jaką odgrywają w przyrodzie, a także szczegółowy opis hodowli. To książka o wielkiej pasji i miłości do pszczół. Wszystko to pięknie wydane przez Wydawnictwo Literackie, przejrzyste, opatrzone wieloma zdjęciami i ślicznymi obrazkami. Jeśli interesujecie się przyrodą warto po nią sięgnąć, a jeśli po głowie chodzi Wam założenie pasieki, to ta książka to prawdziwy skarb. My póki zasialiśmy łąkę kwietną, żeby ułatwić tym owadom życie…

Wracając do szyszek. Proste i szybkie w wykonaniu, zawierają tylko to co zdrowe,  bardzo smakują dzieciom, dodają energii. Nic tylko je piec.

Składniki:

na ok. 20-30 szt.

  • 2 szklanki preparowanego (dmuchanego) ryżu
  • 1/2 szklanki pestek słonecznika (niesolonych)
  • 1/2 szklanki pestek dyni
  • 4 łyżki nasion sezamu
  • 50 g masła
  • 100 ml skrystalizowanego miodu

Ryż wsypać do miski, w której będziemy przygotowywać szyszki.

Pestki dyni, słonecznika i sezamu uprażyć na suchej patelni. Najlepiej robić to po kolei, zsypując uprażone ziarna do miseczki z ryżem.

Masło roztopić na małym ogniu, ściągnąć z palnika, dodać miód i mieszać aż wszystko będzie płynne.

Uzyskaną masą miodowo-maślaną zalać ryż z pestkami i sezamem i dobrze wymieszać.

Dwie blachy do pieczenia wyłożyć papierem do pieczenia, nakładać porcje ciasta (sprawdzi się do tego duża łyżka) w odstępach na blachach.

Piec w temperaturze 175 stopni C. (termoobieg) ok. 8 min., aż szyszki się zarumienią.

Wyciągnąć do ostygnięcia i nie ściągać ich z blachy aż nie wystygną! W przeciwnym razie całkiem nam się pokruszą). Tylko zimne, udaje się z łatwością ściągnąć z papieru.

Przechowywać w szczelnie zamkniętym opakowaniu np. słoju czy puszce.

Kokosowy tort bez laktozy (na Chrzest, Roczek czy Komunię)

Aga Sz. fit, PRZEPISY, Strona glowna banner, torty 6 Comments

Niewielki, lekki tort na mniej liczne uroczystości rodzinne. Bez nabiału i laktozy. Ozdobiony tak, że sprawdzi się na Chrzest, roczek czy Komunię .

Przełożony kremem z ubitej śmietanki kokosowej, lekko dosłodzonej z dodatkiem soku z limonki, by tort nie był mdły i lekko zagęszczony mąka kokosową. W połączeniu z biszkoptem smakuje jak bita śmietana z mascarpone, ale o wyraźnej kokosowej nucie.

Jeśli gości jest więcej (potrzebujecie więcej tortu), a tylko część nie toleruje mleka krowiego, można go postawić na większym, 24 cm biszkopcie, przełożonym klasycznie bitą śmietaną z mascarpone, czy kremem (tak by tworzył jego piętro), wówczas będzie wyglądał jeszcze dostojniej.

Wystarczy na 8-10 porcji

Składniki:

Biszkopt:

na tortownicę  20 cm

  • 5 dużych jajek
  • ¾ szklanki maki pszennej tortowej
  • ¼ szklanki mąki ziemniaczanej
  • 150 g cukru (najlepiej drobnego)

Oddzielić żółtka od białek.

Białka ubijać ze szczyptą soli, pod koniec ubijania dosypywać stopniowo cukier.

Miksując na wolnych obrotach dodawać po kolei żółtka.

Do masy jajecznej przesiać oba rozdaje mąki i delikatnie, najlepiej za pomocą szpatułki wymieszać tak by dokładnie wmieszać mąkę. Czynność tą wykonywać ostrożnie tak by białka nie opadły.

Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia.

Boków nie smarujemy!

Piec w nagranym do 170º C piekarniku przez ok 30-35 min. (wbity w biszkopt patyczek powinien być suchy).

Upieczony wyciągnąć z piekarnika i upuścić ciasto w formie z wysokości kolan na podłogę (najlepiej zabezpieczoną ściereczka kuchenną).

Nie jest to czynność niezbędna, gwarantuje natomiast (oprócz zabawy i bycia superową mamą w oczach dzieci), że biszkopt nam nie opadnie.

Krem kokosowy

  • puszka mleczka kokosowego z puszki (idealnie takiego, by w składzie było tylko mleczko, bez zagęstników itp)
  • 2 łyżki mąki kokosowej (to to samo co zmielone ,,,na mąkę” wiórki kokosowe, można tez zastąpić mielonymi migdałami)
  • łyżka ksylitolu lub cukru kokosowego (biały cukier też może być)
  • 2-3 łyżki soku z limonki

Uwaga: Mleko z puszki musi przed użyciem do kremu musi stać w lodówce min. 12 godzin.

Po otwarciu puszki wykorzystujemy wyłącznie grubą warstwę śmietanki, która zebrała się na górze puszki, woda z dołu nie będzie am potrzebna.

Śmietankę ubijamy mikserem, kiedy zgęstnieje dodajemy cukier, mąkę kokosową i sok z cytryny. Gdyby krem był za rzadki dodajemy jeszcze łyżkę mąki kokosowej.

Biszkopt kroimy tak by uzyskać trzy blaty ciasta. Każdy z nich pokrywamy warstwą kremu. Boków nie smarować, wystarczy wygładzić nadmiar kremu na bokach nożem.

Górę można posypać wiórkami koksowymi, a przed podaniem ozdobić żywymi gałązkami np. mirtu i białymi kwiatami tj. goździki, róże, jaskry.

Samych, pięknych uroczystości rodzinnych Wam życzę i udanych wypieków

Wiosenna sałatka z amarantusem

Aga Sz. fit, sałatki, Strona glowna banner, wytrawne 0 Comments

Amarantus…Jedna z najstarszych roślin uprawnych. Przez Indian nazywany ,,święta rośliną”, dziś mówi się o nim, że to zboże XXI wieku. Pełen białka, wit. B6, fosforu, magnezu, żelaza, cynku, wapnia, potasu a także kwasu foliowego i pantotenowego. Ponieważ szczęśliwie moje nasze dzieci chętnie zjadają te malutkie kuleczki, staram się by regularnie u nas gościł, najczęściej na słodko z orzechami i miodem, albo w formie sałatki, np. takiej wiosennej jak ta…

Składniki:

  • 250 g ziaren amarantusa
  • 2 pomidory (albo dwie garści koktajlowych)
  • 1 czerwona papryka
  • mały ogórek (lub pół dużego)
  • garść natki pietruszki
  • 2 łyżeczki szczypiorku
  • 1-2 ząbki czosnku
  • 4 łyżki oliwy z oliwek
  • sok z 1 cytryny
  • sól, pieprz

Ziarna amarantusa ugotować według przepisu na opakowaniu. Odstawić do ostudzenia.

Pomidora pokroić w kostkę (warto go sparzyć i obrać ze skórki).

Paprykę pozbawić gniazdka nasiennego, ogórka obrać ze skóry i również drobno pokroić i wraz z pomidorem dodać do amarantusa.

Oliwę z oliwy wymieszać z sokiem z cytryny i przeciśniętym przez praskę czosnkiem, a następnie polać nim sałatkę.

Pietruszkę, szczypiorek posiekać, posypać sałatkę, dodać sól, pieprz i całość wymieszać (najlepiej widelcem).

Smacznego!

Prosta babka majonezowa z polewą z białej czekolady

Aga Sz. babki, ciasta, PRZEPISY, Wielkanoc 0 Comments

Oprócz kilograma ciepłych słów na temat naszej rodzinnej, wielkanocnej sesji (za które raz jeszcze pięknie dziękuję), dostałam kilka zapytać o babkę, która się na zdjęciach przewijała.

To prosta, klasyczna babka z dodatkiem majonezu. Podaje zatem przepis, a sceptyków, którzy do czynienia z majonezem w wypiekach nie mieli uspokoję, majonez to nic innego przecież niż olej i jajka i odrobina octu, nie jest jakoś wyczuwalny, można śmiało piec.

Składniki ciasta:

(szklanka o pojemności 250 ml)

  • 4 jajka
  • 4 łyżki majonezu
  • 3/4 szklanki cukru
  • 1/2 szklanki mąki pszennej
  • 1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • łyżeczka ekstraktu waniliowego (opcjonalnie)

Jajka ubić z cukrem na jasna, puszystą masę.

Miksując na wolnych obrotach dodawać po łyżce majonezu i ekstrakt waniliowy (jeśli go używacie).

Mąki z mąki z proszkiem do pieczenia przesiać i również dodać do masy miksując.

Foremkę do babki (z kominem lub zwykłą) wysmarować masłem, obsypać bułka tartą.

Ciasto przelać do formy i piec w nagrzanym do 180 stopni C. (grzałka góra-dół)przez ok 45-50 min.

Polewa

  • 100 g białej czekolady
  • 3 łyżki masła lub śmietany kremówki

Nad garnkiem z gotującą się wodą postawić rondelek (tak by nie dotykał wody)

Jeśli używamy śmietany kremówki lub masła z lodówki jako pierwsze umieszczamy je w rondelu i dopiero gdy się ogrzeją do temp. pokojowej dodajemy połamana na kostki białą czekoladę. Mieszamy, aż do uzyskania gładkiej płynnej masy.

Zaraz po przygotowaniu polewamy nią wystudzoną babkę i po krótkiej chwili, gdy czekolada ciut przestygnie, ale nie zdąży zastygnąć posypujemy posypką/ozdabiamy czekoladowymi jajkami.

ps. Biała czekolada bywa kapryśna, zdarzyło mi się w ,,karierze” ją zważyć. Pamiętajcie o dwóch rzeczach, rondelek w którym ją topicie nie może być mokry, a jeśli roztapiacie ją samą (bez śmietany na start) to najlepiej jej nie mieszać, dać jej spokojnie samej się pod wpływem ciepła roztopić, gdy jednak na dnie jest ogrzana śmietana to zdecydowanie lepiej mieszać.

za zdjęcia dziękuję Fotosister (klik)

Samych udanych, wielkanocnych wypieków wam życzę

Nasza pastelowa Wielkanoc w obiektywie FotoSister…

Aga Sz. DZIECI, NASZ DOM, Strona glowna banner, Wielkanoc 2 Comments

To było jedno z tych marcowych, sobotnich przedpołudni, kiedy pierwsze promyki wiosennego słońca nieśmiało zaglądają przez okno. To wtedy odwiedziły nas Agnieszka i Ania z FotoSister. Przyjaciółki domu, dobre wróżki, Ciocie-anioły z aparatami. Ja to czasem myślę, że one nie są zza miedzy a z bajki…

I powtarzać to będę do znudzenia. Nie ma na tym świecie lepszego sposobu na zatrzymanie ulotnych chwil życia naszego niż fotografia. Nie ma.

Zapraszam dziś na migawki z naszych przygotowań do Świąt Wielkanocnych widziane oczami Fotosister

 

„Szczęśliwe dni są wtedy, kiedy możemy spotkać na swojej drodze ludzi takich jak my i realizować swoje pasje”

Nic nie obrazuje lepiej tego co czuje mogąc współpracować z FotoSister niż te słowa Andrzeja Wajdy.

Dziewczyny dziękuję Wam za tą sesję, niech chcę nawet myśleć, jak cenna będzie ona dla nas po latach po się poryczę…

Dziękuję za to, że potraficie tak niezauważalnie wtopić się w nasz dzień i uwiecznić go dokładnie tak, jak chciałabym byśmy go zapamiętali.

Za Wasz czas, wiedze i talent, którymi się tak chętnie dzielicie dziękuję. Za serdeczność, spontaniczność i pomysłowość. Za wieloletnie zaufanie i wyrozumiałość w realizowaniu moich stylistycznych wizji.

Za to, że tak dzielnie znosicie te nasze wszechobecne pastele. Za anielską wręcz cierpliwość do naszych dzieci, ale najbardziej za to, że jesteście. Bo wiecie piękne zdjęcia to jedno, a przyjaźń z tak wyjątkowymi kobietami to już coś zupełnie innego…

Dziękuję… <3

Na Facebooku FotoSister znajdziecie tutaj (klik).

Życzę Wam Kochani by ta wiosna przyniosła ciepło, miłość i szczęście…

Książki w retro klimacie…

Aga Sz. książek, KSIĄŻKI, RECENZJE 0 Comments

Nie wiem czy to przychodzi z wiekiem, ale jakoś pogłębia się we mnie ostatnio potrzeba otaczania się wyłącznie dobrymi, wartościowymi ludźmi i to samo dotyczy książek. Staram się wyłuskać (sama i spośród propozycji nadsyłanych od wydawnictw) tylko te najbardziej wartościowe. Nie zawalać półek i umysłu byle czym. W książkach, które wybrałam do dzisiejszego postu, oprócz wartości merytorycznej (a często i wizualnej), dodatkowo wyczułam klimat retro. Zapraszam więc dziś na mały powrót do przeszłości, zajrzyjmy wspólnie do kuchni i spiżarni naszych babć…

,,Retro Kuchnia” Anna Włodarczyk.

Znamy się  z Anią internetowo ponad dziesięć lat. Obie zakładałyśmy wówczas swoje blogi i wspierałyśmy się na tym nowym, nieznanym wówczas polu. Uwielbiam ją. Za mądrość, inteligencję, styl, konsekwencję, poglądy, uszanowanie i celebrowanie tradycji. Z wierność sobie, a ostatnio również za to jaką jest fajną mamą. Odkąd pamiętam fascynowały ją stare przepisy, porcelana z duszą i klimatyczne miejsca. Nic więc dziwnego, że jej najnowsza książka ,,Retro kuchnia” (wydana przepięknie nakładem wyd. Nasza Księgarnia) jest zbiorem wszystkiego co sobie w sztuce kulinarnej najbardziej ceni.

Sympatycy nowoczesnych smaków i składników nie będą jednak zawiedzeni, gdyż każdy z przepisów ma dwie wersje ,,kiedyś” i ,,dziś”. Obok przepisu na pasztet z ryb we francuskim cieście Marii Disslowej przedstawia swoją wersję pasztetu z łososia we francuskim cieście, obok leguminy morelowej, tarte z tymi owocami, obok przecieranego bobu, humus z niego. Do puree z marchwi Ania dodaje mleko kokosowe, chilli i prażony sezam, do zrazików z indyka kremowy serek z ziołami, do klusek ser pleśniowy, orzechy i szałwię.

Zawsze dodaje coś od siebie, unowocześnia, pokręca smaki. Książka podzielona jest jak to w starych książkach kucharskich na 13 rozdziałów (np. zupy, jaja,potrawy z mąk, kaszy i ryżu, jarzyny. ciasta itp.), a każdy z nich poprzedzonych jest dawką wiedzy teoretycznej i ciekawostek z danego zakresu.

Ponieważ niektórzy ludzie mają szczęście urodzić się z licznymi talentami, Ania ma także świetne oko do zdjęć i  jest autorką wszystkich zdjęć w książce. A są one prześliczne (to pisze ja, wybredna w tej kwestii bardzo…).

Aniu gratuluję! Przepiękna książka, podziwiam Cię za ogrom pracy, który włożyłaś w nią. Z radością będę z niej korzystała, na pierwszy ogień pójdzie chleb z suszonymi pomidorami i tymiankiem oraz babka z kaszy manny z sosem karmelowym i orzechami). Książka będzie stała w tej biblioteczce za szklanymi szybami. Ty wiesz, że tam stoją tylko te najukochańsze…

,,Trufla. Same dobre rzeczy” Patrycja Dolecka.

Patrycja, choć część z Was może ją kojarzyć bardziej z blogosfery jako Truflę, dokładnie w tym samym czasie, co my z Ania założyła swojego bloga i fakt, że jakoś nie miałam przyjemności poznać Patrycji ,,prywatnie”nie zmienia faktu, że jej książka zauroczyła mnie totalnie. Jest w niej wszystko co w książkach kulinarnych sobie cenię, co mi odpowiada. Od formatu, papieru, jakości druku (tu duże brawa dla wydawnictwa Buchmann) po same przepisu. I te pełne ciepła, kilku zdaniowe wstępy poprzedzające każdy przepis…

Są takie książki kucharskie, które niby śliczne, ale po kilku latach, człowiek przeglądając biblioteczkę orientuje się, że skorzystał z przepisów z nich zawartych  raz albo wcale. W książce  Patrycji przepisy o wykonanie wręcz się proszą swoją prostotą, klimatem, dostępnością produktów. I to zarówno te tradycyjne (pasta z makreli, zupa z młodych jarzyn, nalesniki) jak i bardziej nowoczesne (mleko laskowe czy sorbet ananasowo-kardamonowy). I muszę tu wspomnieć, ze przepisy są proste, nieskomplikowane, nawet osoba debiutująca w kuchni poradzi sobie z nimi.

Przeglądając tą książkę czułam się jakbym siedziała w kuchni z Patrycją i jej Babcią. Zdjęcia (których autorka jest Patrycja) są w mojej ocenie absolutnie doskonałe. Klimatyczne, sielskie. Takie kadry cenie sobie w fotografii kulinarnej najbardziej. Wąskie, nieprzekombinowane z perełkami w postaci migawek codzienności. Same dobre rzeczy- ten tytuł idealnie oddaje wszystko co zawiera ta książka. Gorąco polecam.

Patrycjo bardzo Ci tej książki jej zazdroszczę. W najbardziej oczywiście pozytywnym tego słowa znaczeniu. Mocno kibicuję i czekam na kolejną książkę, może coś wyłącznie na słodko, albo o chlebie, który tak kochasz piec?

,,Okupacja od kuchni. Kobieca sztuka przetrwania”, ,,Dwudziestolecie od kuchni. Kulinarna historia przedwojennej Polski” oraz ,,Piękno bez konserwantów” to trzy książki wydane nakładem wydawnictwa Ciekawostki Historyczne.

Ich autorka jest Aleksandra Zaprutko-Janicka, publicystka, kobieta, która mam nieodparte wrażenie, dobrze wybrała swój zawód, bo nie dość, że imponuje swoją historyczną wiedzą to jeszcze ma dar pisania. Od pierwszego zdania porywa czytelnika w tamte czasy, potrafi zaciekawić a momentami rozśmieszyć, mimo, iż generalnie temat nie zawsze wesoły. Wszystkie te książki to ogromny ukłon i hołd dla wszystkich kobiet, którym w tych trudnych czasach dane było żyć…

,,Okupacja od kuchni” Aleksandra Zaprutko- Janicka

To pierwsza książka o roli kobiet w czasie wojny. I tak myślę sobie, ze jeśli człowiek czegoś nie przeżył, albo nie przeczytał książki takiej jak ta, nie jest sobie w stanie wyobrazić tych czasów, w tym przypadku od kuchennej strony. Mówi się, o Polakach, że są sprytni, zaradni, kombinują. Ja myślę sobie, że tak nas historia ukształtowała. Bo żeby zarżniętą świnie przebrać za staruszkę, byle ją tylko ze wsi do miasta pociągiem przewieść to trzeba mieć odwagę i fantazję. Podobał mi się fragment ,,na niewygodnych drewnianych ławkach wagoników sadowiły się kobiety, upychając swoje pakunki pod nimi. Zdarzało się, ze panie wiozły gęsi, kaczki, kury, ale najczęściej jajka. Kiedy wpadały przypadkiem w obławie, wolały cisnąć koszem jaj o beton peronu z cichym syknięciem ,,niech żrą jajecznicę„, niż oddać go Niemcom.”

W książce znajdziemy również przepisy kulinarne na potrawy wówczas przyrządzane, o tak prostych składnikach, że aż smutne.

I przyznam Wam się tu, że w tych dzisiejszych czasach ja nosze chyba taki pierwiastek obawy o to co to z tym światem naszym będzie i nasza spiżarnia jest zawsze wypchana po brzegi. Wierzę, że na tych zgromadzonych przeze mnie kaszach, mąkach i przetworach trochę czasu byśmy przeżyli. Może to dziwne, bo przecież wojny nie pamiętam.

,,Dwudziestolecie od kuchni”. Aleksandra Zaprutko- Janicka

,,Mężczyźni pomogli im odzyskać dla Polski niepodległość. Ale to one zapewniły Rzeczpospolitej przetrwanie”. To jedno zdanie z tyłu okładki książki najlepiej, najpiękniej i najgłębiej opisuje to co chciała przekazać nam tą książką autorka.

Poznajemy w niej bliżej trudne dwudziestolecia międzywojennego, codzienności gdzie frontem walki były także kuchnie i puste spiżanie, gdzie ceny wzrastały w zastraszającym tempie, fałszowano  żywność i żerowano na ludzkiej krzywdzie. Ukazuje niezwykłą wręcz zaradność, oszczędność i gospodarność ówczesnych kobiet, ale także rodzącą się emancypację. To także książka o postępie technicznym, który miał wówczas miejsce i z którego dobrodziejstw korzystamy do dziś.

,,Piękno bez konserwantów” Aleksandra Zaprutko- Janicka

To z kolei książka o kosmetykach, sposobach i sekretach naszych babć i prababć na urodę. Dowiemy się z niej jak radziły sobie bez tego wszystkiego, czym dzisiaj powypychane są po brzegi drogerie. Poznamy sekrety tego, że tak dobrze wyglądały na przedwojennych fotografiach. Jak dbały o cerę, włosy, czym pielęgnowały dłonie. Wiele cennych porad, opartych na naturalnych składnikach przydatnych szczególnie teraz, w czasach, kiedy nasza świadomość chemii w kosmetykach szczęśliwie wzrasta.

Olu miałam w swoim życiu dużo szczęścia do nauczycieli historii, ale na Twoich lekcjach siedziałabym w pierwszej ławce…

Wszystkie z tych książek znajdziecie w (mojej ulubionej) księgarni internetowej Nieprzeczytane tutaj (klik)

Mam nadzieję, że odnalazłyście wśród tych książek coś wartościowego dla siebie.

Wszystkiego dobrego!

Premiera Jaguara E-PACE

Aga Sz. PODRÓŻE 0 Comments

Całkiem inaczej ten czwartkowy wieczór planowałam. Bilety od miesięcy przecież w szufladzie czekały. Miały być Tarnowskie Góry. Piąty rząd. Mąż u boku. Koncert Korteza. Wyczekany taki bo my tą jego muzykę oboje byśmy łyżkami jedli. I kilka dni przed tym koncertem telefon od  Julki odebrałam, że premiera Jaguara E-PACE’a na Śląsku, impreza fajna,  że może byśmy  pojechały zobaczyć ten samochód a przy okazji taki motoryzacyjny babski wieczór sobie zrobiły…

I choć w pierwszej chwili pomyślałam, że przecież  ja kompletnie nie wiem o co w tych koniach mechanicznych chodzi, raz jedyny w życiu, a prawo jazdy mam 2o lat samochód samodzielnie tankowałam (nie, niestety nie żartuję…) i problem nagminny miewam ze zlokalizowaniem włącznika tylnych wycieraczek w vanie naszym, to zaraz potem pomyślałam, że to kurcze fajnie! Że to bardzo fajnie że organizator na premierę samochodu stworzonego z myślą o kobietach zaprasza po pierwsze kobiety, a po drugie kobiety nie koniecznie z branżą związane. Że może taka Matka Polka jedna z drugą, nawet jak pojęcia nie ma na jakim jakim oleju jeździ, to jak nikt inny oceni dobrze czy jej trzy foteliki dla dzieci do tyłu wejdą, czy miejsca na książeczki, ukochane maskotki i bidoniki dość, czy z przodu pod nogami koszyk wiklinowy z kanapkami wejdzie gdyby tak gdzieś dalej jechać no i czy te cotygodniowe zakupy w Lidlu bagażnik pomieści. I że takie zaproszenia doceniać się powinno. A że mąż mój Julię sympatią darzy to choć mu koncertu żal było orzekł, że to nie problem, Korteza nadrobimy i mam śmiało jechać.

I tym sposobem miły wieczór w klimatycznej chorzowskiej Sztygarce z koleżankami blogerkami spędziłam, śmiejąc się, rozmawiając, E-PACE’a podziwiając, wino pijąc, muzyki na żywo słuchając (nie był to Kortez, ale grali świetnie) i za Julią z aparatem biegając bo ona zagadana taka z wszystkimi, że chyba zapomniała, że dobrze gdyby jakieś zdjęcie koło Jaguara miała…

A samochód? No piękny! Jaguar to przecież klasa sama w sobie. Najwyższa jakość w każdym szczególe od deski rozdzielczej, przez przeszycia na tapicerce aż po szklany dach. Bez grama tandety, każdy detal wysmakowany, przemyślany z materiałów najlepszych wykonany. Cała masa opcji do wyboru, żeby samochód był taki jak sobie wymarzymy. Stworzony z myślą dla kobiet, choć ja bym w nim mężczyznę za kierownicą spokojnie  widziała. Nie malutki, nie ogromy. Taki w sam raz by wygodnie spakować rodzinę z psem na weekend w górach albo trzy przyjaciółki i uciec do SPA…

Pięknie dziękuję, za zaproszenie…

www.ba-silesia.jaguar.pl
https://www.facebook.com/MMCarsPremium/

 

Małgosia- gosposia i jej nowy kuchenny kącik…

Aga Sz. DZIECI, gry & zabawy, NASZ DOM, Strona glowna banner 3 Comments

Nie jest tajemnicą, że mam słabość do drewnianych zabawek, dlatego, kiedy napisała do mnie Emilia z Turkusowej Pracowni pytając o możliwość wykonania dla nich zdjęć uśmiechnęłam się, bo o tej polskiej marce słyszałam same miłe słowa i pochlebne opinie. Zabawa ,,w dom” to chyba ulubiona zabawa Małgosi (mała Ślązaczka z genami nie wygrasz…). Również moje najmilsze zabawowe wspomnienia z dzieciństwa to właśnie te związane z kuchnią, więc z dużą radością patrzę, jaką słodką panią domu jest Małgosia, jak naśladuje moje codzienne obowiązki.

Im więcej zdjęć robię dzieciom, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że najfajniej, najbardziej naturalnie wychodzą sesję robione spontanicznie, bez ustawiania, planowania, kombinowania. Kiedy tak po prostu dzieci się bawią, a ja to fotografuję. Tak było i tym razem. Nie planowałam tych zdjęć akurat na ten sobotni poranek (co zresztą widać po fryzurze Małgosi… 😉 Nie mówiłam jej jak ma się ustawić i co ma robić (nawet tą na nóżkę na nóżkę sama założyła), tylko (z nieukrywana radością) obserwowałam jej zabawę. Dawno się tak nie śmiałam ze zgranych z aparatu zdjęć jak tym razem… No zobaczcie sami wypisz wymaluj Matka Polka na macierzyńskim… Zakupy, gotowanie, pranie no i oczywiście dzieci, które trzeba nakarmić, na spacer zabrać i spać położyć. Samo życie…

Myślę, że tu zdjęcia mówią więcej niż to co napiszę, ale słów kilka o tym co na nich…

Kuchnia i pralka wykonane bardzo starannie z naturalnego drewna z  dużą dbałością o szczegóły. Pokrętłami można kręcić, drzwiczki w kuchence i pralce są otwierane, szybki z plexi, więc bezpieczne. Kuchnie dostępne w różnych wariantach kolorystycznych, mi zależało na wstawkach w kolorze naturalnego drewna, bo w tym kierunku zmierza w tej chwili moja wizja pokoju Małgosi.

Córeczka skończyła 4 lata i ma ok 100 cm wzrostu, moim zdaniem kuchnia będzie dobra do zabawy dla dziecka miedzy 1 a 6 rokiem życia.

Drewniany wózek Turkusowej Pracowni to produkt flagowy tej marki, najczęściej wybierany przez klientów. Nic dziwnego jest doskonale wykonany, solidny, piękny i w rozsądnej cenie. Zamiast serduszek na budce wózka (ja wymiękłam…), można wybrać wersję np. z gwiazdką, w dowolnym wariancie kolorystycznym, a nawet zażyczyć sobie (w cenie!) z tyłu umieszczenie drewnianych liter z imieniem właścicielki. Regulowana rączka praktyczna sprawa, bo wózek będzie rósł wraz z dzieckiem.

W ofercie są również auta jeździki, jeden już kupiłam na prezent z okazji roczku i coś czuje, że gdy go Antek zobaczy to nie ma mi żyć, bo wózkami sióstr urządza nagminnie wyścigi po całym domu.

Kołyska (dostępna również w innych pastelowych kolorach) pomieści nawet spore lale. Podobnie jak do wózka można do niej skompletować pościel z materacykiem.

I sprawa o której nie każdy myśli, a priorytetowa przecież być powinna jeśli o zabawki chodzi. Drewno użyte do produkcji tych zabawek jest certyfikowane, produkty te nie zawierają szkodliwych substancji w użytych klejach, są jak najbardziej odpowiednie dla dzieci. To nieliczne w polskim ,,handmejdzie” zabawki oznaczone znakiem CE. Bardzo mile zaskoczyła mnie jakość i wiecie jakaś taka duma ogarnęła, że Polak to jednak naprawdę potrafi…

Kuchnie, pralkę, wózek, kołyskę i pościel znajdziecie w Turkusowej Pracowni tutaj (klik)

Na zdjęciach również:

Owoce, warzywa, sadzone jako i pierogi robione ręcznie na szydełku. Coś prześlicznego! Kiedy trafiłam na profil Olgi na Instagramie oszalałam. Te pierogi, no mistrzostwo świata! Robiąc zdjęcia pomyślałam, ze świetne byłyby (szczególnie, że my ze Śląska) kluski z dziurką i Olga obiecała, że je wdroży w życie, więc wbijajcie do niej, bo jak na rzeczy tak estetyczne i czasochłonne nie są drogie, a to piękny hand made na lata… Znajdziecie ją tutaj (klik)

Garnki metalowe : dokładnie takich szukałam, proste, matowe, minimalistyczne, zapakowane w szary kuferek, który po odwróceniu sam w sobie służy jako kuchenka : Tender and Cute (klik)

Plakaty: zależało mi, żeby na ścianie w tym kąciku wisiały plakaty o adekwatnej, kuchennej tematyce, ale nie typowo ,,dorosłe”. Nie było to łatwe, bo kuchenne plakaty to najczęściej teksty o kawie, albo tabele miar i wag. Te ze sklepu Postirella spodobały mi się od razu. Subtelne, naturalne, a i ziół się człowiek poduczy. Warto tam również zajrzeć do zakładki ,,ramy” bo oprócz ramek- wieszaczków w niezrozumiale śmiesznie niskich cenach, można kupując plakat oprawić go sobie w proste, bez udziwnień drewniane ramki. Sklep tutaj: Posterilla (klik)

Lalki Ukochane obu moich dziewczynek, ręcznie szyte, można je personalizować dobierając kolor włosów i fryzurę. Świetne materiały, duża estetyka. Model jednej z lalek dostała imię po mojej Małgosi! Piękne i na lata. Znajdziecie je tu: By Krawcowa (klik)

Drewniane krzesełko: miniaturka klasycznego krzesła tzw.patyczaka. Wykonane z bukowego drewna. Solidne. Stworzone do tej kuchni uważam… Ukochane I haha tutaj: (klik)

Sukienka i opaska: dresowa, miła w dotyku, wygodna (a to w kuchni istotne 😉 ) z opaską do kompletu, dostępna na zamówienie w różnych kolorach. A szyje je tak sympatyczna mama, że już dla samej rozmowy z nią warto markę zapamiętać… Maluszkowe love tutaj: (klik)

Regał domek i wieszaczek płotek : służą nam od dawna, wieszaczek był biały, ale zeszlifowaliśmy (no dobra Robert zeszlifował…) trochę farby i jest teraz taki troche vinatge 😉 : Bambooko tutaj (klik)

Papcie: oliwkowe, mięciutkie ze skórzanym czubkiem, lubimy… Titot tu (klik)

Pozdrawiam ciepło i zmykam, bo wołają mnie na szydełkowe pierogi… 😉

Orzechowe skarby

Aga Sz. fit, małe słodkości, PRZEPISY, Strona glowna banner 1 Comment

Tak. Orzechowe skarby to będzie dobra nazwa dla tych połówek orzechów włoskich zapieczonych w słodkim kremie z nutą cynamonu. Powiedzieć o nich niebo w gębie to nie powiedzieć nic…

Przepis dostałam od Ewy, naszej przyjaciółki  i takiej osoby, od której chcesz na wszystko czym cię częstuje przepis. Znacie takie? No właśnie. Kiedy nam je wręczyła, od razu rzuciliśmy się z Robertem na nie i wyciągając je spośród pergaminu, kosztując, spojrzeliśmy na siebie mówiąc ,,mmm”. Już wtedy wiedziałam, że tradycyjnie muszę prosić Ewe o przepis by je odtworzyć i podzielić się z Wami przepisem…

Podobno pierwotna wersja przepisu zakładała, że orzechy mogą być dowolnej wielkości, nawet pokruszone, ,,koglem- moglem” zalewa się całą blachę na której są wysypane, a po upieczeniu i przestygnięciu łamie się je na małe kawałki. Nie mniej wersja Ewy w której zanurzamy połówki (ćwiartki też będą ok.) w masie i układamy je na blaszce w odstępach, wydaje się bardziej elegancka.

Składniki:

(szklanka o pojemności 250 ml.)

  • 1 małe jajko
  • pół szklanki cukru*
  • 250 g połówek orzechów włoskich
  • szczypta soli
  • 1/2 łyżeczki cynamonu

Jajko ubijamy z cukrem, szczyptą soli i cynamonem na puszystą, gęstą masę. Kawałki orzechów maczamy w masie i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec 25-30 min. w temp. 160 st. C.

Wyjąć, poczekać aż przestygnąć i ostrożnie zdejmować z blachy.

Można przechowywać kilka dni  w pergaminie/puszce.

*Jasne ,,ciasteczka” były zanurzone w masie ze zwykłym, białym cukrem, do brązowej wersji użyłam zdrowego cukru kokosowego.

Przygotujcie je koniecznie komuś w prezencie.

(upewniają się wczesniej, że ten ktoś nie ma uczulenia na orzechy i cynamon…)

Serdeczności…

 

Keks z bakaliami

Aga Sz. babki, ciasta, PRZEPISY, Strona glowna banner, Wielkanoc 0 Comments

Kochani dziś w roli głównej keks. Ciasto, które z powodu bogactwa bakalii, które zawiera często tradycyjnie pieczone jest z okazji Świąt Bożego Narodzenia. U mnie nigdy nie gościło na świątecznym stole i zdecydowanie zaliczam je do prostych, codziennych ciast, pieczonych bez okazji. Do keksów najczęściej dodaje się te przerażająco odblaskowe czerwone, zielone i pomarańczowe kandyzowane owoce napchane chemią. Na szczęście można sobie rodzaj bakalii dobrać samemu i upiec zdrowszą wersję, do czego zachęcam…

Składniki:

  • 150 g masła
  • 6 łyżek cukru pudru
  • 5 jajek
  • 1,5 szklanki (o pojemności 250 ml) mąki tortowej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • ok. 100-200 g bakalii (u mnie rodzynki, suszone wiśnie, orzechy włosie i skórka pomarańczowa z syropu)
  • szczypta soli

Masło utrzeć z cukrem, dodać po jednym żółtku, a następnie dosypać bakalie.

Białka ubić z solą. Stopniowo i delikatnie wmieszać w masę.

Przełożyć do keksówki (o wymiarach ok. 23 x 9 cm)  wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni C.  przez ok. 50-60 min. (uważając, żeby nie przesuszyć, tylko do suchego patyczka).

Upieczony, wyjąć z piekarnika, przestudzić.

Warto polukrować lukrem z cukru pudru i odrobiny soku z cytryny.

keks

Przepis znalazłam na Instagramie u Agnieszki tutaj (klik)

Pamiętajcie o nim, gdy będziecie potrzebowali czegoś prostego do popołudniowej herbaty

Smacznego!

śnieżynki z lukru

Jak zrobić śnieżynki z lukru (do ozdoby tortów, babeczek)

Aga Sz. Boże Narodzenie, małe słodkości, PRZEPISY 2 Comments

śnieżynki z lukru

Przygotowując urodzin Małgosi (te ostatnie w klimacie Krainy Lodu) , wymyśliłam sobie na babeczkach takie śnieżynki. Pomyślałam, że skoro lukier na piernikach się trzyma, to na pergaminie powinno się udać takie śnieżynki uzyskać. Udało się. Urocze są prawda?

Składniki lukru:

  • 1 białko
  • ok. 2 szklanek (250 ml) cukru pudru
  • kilka kropel soku z cytryny.
  • dwa arkusze papieru do pieczenia

Nie jest to konieczne,  ale z pewnością bardzo ułatwi pracę wydrukowanie śnieżynkowego szablonu, który znajdziecie tutaj (klik)

Białko lekko ubijamy (korzystam z ręcznego blendera z końcówka do ubijania piany), dosypując stopniowo cukier puder i dodając kilka kropel soku z cytryny. Lukier ma być dość gęsty, ale na tyle, by przejść przez dziurkę w metalowej tylce.

Jeśli Wasze tylki mają numerki, to rekomenduje użycie takiej z nr 3, ma ok. 3-4 mm).

Szablon podłożyć pod papier do pieczenia.

Rękaw cukierniczy/woreczek napełnić lukrem (najwygodniej wkładając woreczek do wysokiego kubka i wywijając końce na jego brzegach).

Wyciskać lukier wg. wzoru na szablonie (ja przeciągałam najpierw najdłuższe linie, potem dorabiałam krótsze, ale to bez znaczenia)

Jeśli po wyciśnięciu lukier za bardzo się rozpływa na szablonie, dodajcie więcej cukru pudru, jeśli przesadziliście z ilością cukru i lukier nie chce przez tylkę przejść, dodajcie soku z cytryny.

Chwilę po wyciśnięciu, gdy lukier zacznie powoli zastygać, można dla ozdoby w ich środek powtykać, nie za duże kuleczki-posypki (srebrne, złote czy niebieskie).

Odstawić do przeschnięcia. Gotowe, wyschnięte same bez problemu odchodzą od papieru.

WAŻNE!

Po wyciśnięciu śnieżynek na pergamin, przez 24 godziny lukier musi w spokoju zaschnąć. Niech Was nie kusi ściąganie go, podważanie nożem wcześniej, bo tylko je połamiecie!

Ozdabiać nimi kremy na babeczkach czy torty najlepiej możliwie krótko przed podaniem.

Przygotować można dzień czy dwa przed ozdabianiem i trzymać w suchym miejscu (np.w puszce).

Udanej zabawy z lukrem Wam życzę…

Babeczki na przyjęcie Kraina Lodu

Aga Sz. babeczki & muffinki, PRZEPISY 3 Comments

Klasyczne, waniliowe babeczki z kremem maślanym. Wykorzystałam krem maślany na bazie bezy szwajcarskiej, który  szczęśliwie został mi z tortu, ale ten który podaje poniżej będzie równie dobry, a łatwiejszy i szybszy w przygotowaniu.

Składniki:

na około 9 babeczek

(wszystkie składniki w temp. pokojowej)

  • 125 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 125 g masła
  • 100 g cukru
  • 2 jajka
  • 2 łyżki mleka
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • łyżeczka ekstraktu waniliowego (opcjonalnie, nie mylić z olejkiem waniliowym)

Wszystkie składniki oprócz mleka umieścić w misie miksera i zmiksować.

Dodać mleko i ponownie zmiksować, aż do uzyskania gładkiego ciasta.

Ciasto przełożyć do foremek. Miękkie papilotki umieścić w formie do muffinek, sztywne wystarczy poustawiać na blaszce do pieczenia.

Piec w temp. 180 st. C przez 20-25 min.

Krem:

  • 200 g masła (miękkiego)
  • 1, 5 szklanki cukru pudru
  • 1 łyżka mleka
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego (opcjonalnie)
  • odrobina (dosłownie na końcówce wykałaczki) niebieskiego barwnika spożywczego w żelu (Używam marki Wilton)

Masło i cukier puder miksować ok 10 min. do białości.

Dodać mleko, odrobinę barwnika i całość ponownie zmiksować.

Krem powinien być gładki i nie bardzo gęsty. Gdyby był za gęsty dodać więcej mleka, jeśli za rzadki osypać cukru pudru i wstawić na kwadrans do lodówki.

Krem przełożyć do rękawa cukierniczego z wybrana końcówką  i ozdabiać babeczki.

Ponieważ krem zawiera sporo masło, będzie się podobnie jak masło zachowywał. W lodówce stanie się twardy, w ciepłym pomieszczeniu, będzie miękki, dlatego należy trzymać je w lodówce i wyjąć 15 min. przed podaniem.

Smacznego!

Po więcej inspiracji na urodziny w klimacie z bajki Kraina Lodu zapraszam tutaj (KLIK)

ps. Przepis na śnieżynki z lukru podam jutro 😉

Tort Kraina Lodu (Frozen ombre petal cake)

Aga Sz. PRZEPISY, torty 3 Comments

Na urodzinach w klimacie z bajki ,,Kraina Lodu” (klik) nie mogło oczywiście zabraknąć ,,Elsowego” tortu…

Ponieważ zarówno sam krem, jak i ta metoda ozdabiania pojawiła się na blogu, początkowo planowałam by był to tort ombre (czyli przechodził kolorystycznie od jasnego do ciemniejszego koloru), ale bez zdobienia tylko tak gładki. Potem stwierdziłam, że tak będzie może jednak efektowniej, by gdy był w połowie ozdobiony doznac olśnienia, że takie kolory i zdobienie byłoby idealne kiedyś na urodziny morskiej syrenki… No nic może urodziny z morskim motywem dla dziewczynek mnie w życiu ominą, póki co łapcie przepis…

ps. Zdaje sobie sprawę, że może się wydawać, ze jest to tort trudny w wykonaniu. Bzdura. Serio. Moi bliscy potwierdzą, ze jestem totalnie antymanualna, a ten tort ozdabiałam (przy świadkach- Gosiu i Marcinie pozdrawiam…) o pierwszej w nocy, po dwóch lampkach wina…Naprawdę wystarczy odpowiednia końcówka do woreczka cukierniczego i każdy z was da radę!

Składniki ciasta:

(tort jest wysoki, spokojnie nakarmicie nim 12 osób)

Na dwie 20 cm tortownice

  • 7 dużych jajek
  • 1 szklanki maki pszennej tortowej
  • 1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 200 g cukru (najlepiej drobnego)

Można oczywiście pokusić się o to by blaty również były niebieskie, albo dodać odrobinę barwnika do jednej części ciasta i układać je naprzemiennie.

Oddzielić żółtka od białek.

Białka ubijać ze szczyptą soli, pod koniec ubijania dosypywać stopniowo cukier.

Miksując na wolnych obrotach dodawać po kolei żółtka.

Do masy jajecznej przesiać mąkę i kakao i delikatnie, najlepiej za pomocą szpatułki wymieszać tak by dokładnie wmieszać je w masę. Czynność tą wykonywać ostrożnie tak by białka nie opadły.

Spody dwóch tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia.

Boków nie smarować!

Przelać ciasto (możliwie po równo) do dwóch tortownic.

Piec na jednej wysokości w nagranym do 170º C piekarniku przez ok 30-35 min. (wbity w biszkopt patyczek powinien być suchy).

Upieczone wyciągnąć i upuścić w formie na podłogę (tak z wysokości kolan, podłogę najlepiej zabezpieczyć ściereczka kuchenną)

Nie jest to czynność niezbędna, gwarantuje natomiast (oprócz zabawy i byciem cool mamą w oczach dzieci), że biszkopt stygnąc nie opadnie.

Odstawić do ostudzenia.

Każdy z biszkoptów przeciąć na pół uzyskując łącznie 4 blaty.

Najgrubszy, najsolidniejszy wybierzcie jako spód.

Przełożenie:

  • kilka łyżek herbaty z cytryną do nasączenia blatów
  • 400 ml schłodzonej śmietany kremówki (min. 30%)
  • 200-250 g, serka mascarpone
  • 1-2 łyżki cukru pudru
  • łyżeczka ekstraktu waniliowego (opcjonalnie)
  • dobrej jakości dżem z czarnej porzeczki (jeżynowy też będzie super)
  • opcjonalnie (np. jeśli tort będzie przygotowywany dzień wcześniej) warto dla świętego spokoju rozważyć użycie usztywniacza do śmietany, tzw śmietan fixu.

Śmietanę ubić, (jeśli używacie śmietan fixy to należy go dodać po krótkiej chwili miksowania), pod koniec ubijania dodać cukier puder i stopniowo serek mascarpone

Każdy blat delikatnie nasączamy herbatą, smarujemy cienka warstwa dżemu, a następnie pokrywamy kilkoma łyżkami śmietany z mascarpone.

Jeśli śmietana nam zostanie odkładamy do lodówki (ja górę również pokryłam bita śmietaną).

Krem maślany na bezie szwajcarskiej (swiss meringue buttercream):

Ilość kremu wystarczyła mi do pokrycia boków całego tortu metodą ,,płatkową” i kilku babeczek.

Nie wystarczy go by górę pokryć w ten sposób co boki, ale jeśli macie taki plan to:1.

1. Zwiększcie proporcje pamiętając, że klasyczne proporcje tego kremu to 1:2:3 czyli na 100 g białek przypada 200 g cukru i 300 g masła. Obliczcie sobie proporcje na 400 g masła i wówczas pokryjecie cały tort.

2. Rozważcie pominięcie jednego blatu (wykorzystać go na na cake popsy; przepis na dniach) i wówczas jeśli biała warstwa będzie miała jeden rząd powinno go wystarczyć, a tort i tak będzie okazały.

Składniki kremu do obłożenia tortu:

  • 300 g masła, miękkiego, pokrojonego na małe kawałki
  • 100 g białek dużych jaj (ok. 3-4 szt)
  • 200 g cukru (najlepiej drobnego)
  • szczypta soli
  • ½ łyżeczki cream of tartar (winian potasu) -opcjonalnie, ja tym razem nie użyłam
  • odrobina niebieskiego barwnika w żelu ( używam Wiltona i na cały tort myślę, ze nie więcej niż pół łyżeczki zużyłam)

Wykonanie kremu

Białka umieścić w misie miksera wraz ze szczyptą soli.

W garnku zagotować wodę i postawić na nim misę z białkami, ubijać chwilę.

Dosypać cukier. Ubijać trzepaczką lub widelcem do momentu aż cukier w białku całkowicie się rozpuści (najlepiej sprawdzić to rozcierając masę między palcami- ziarenka cukru nie powinny być wyczuwalne). Potrwa to kilka minut.

Jeśli białka z cukrem mocno się zagrzały, odstawić je na chwilę, by trochę przestygły

Misę z masą umieścić w mikserze i końcówką do ubijania białek, (jeśli dodajecie cream of tartar, należy zrobić to teraz) ubijać przez około 10 minut, aż masa będzie bardzo gęsta i zimna.

Zmienić końcówkę miksera na mieszającą. Stopniowo, kawałek po kawałku dodawać masło, cały czas miksując.

Może się zdarzyć, że po jakimś czasie czasie ubijania masa stanie się rzadsza i będzie wyglądała na zważoną. TO NIC ZŁEGO. Po kilku minutach dalszego miksowania, krem zgęstnieje i będzie gotowy. Mnie ten etap ominął, ale wiem, że może się zdarza, więc uspokajam.

O tym, że krem jest gotowy poinformuje Was charakterystyczne mlaskanie o ścianki miksera.

Ozdobienie tortu metodą ,,petal”

Potrzebne będą trzy kolory masy: biała, pastelowo błękitna i błękitna.

Krem należy rozdzielić do 3 miseczek. Najwięcej będziemy potrzebowali kremu białego. Nim delikatnie pokrywamy cały tort, by biszkopt nie przebijał gdzieś spod płatków, a krem lepiej się trzymał. Biały krem zawsze można zabarwić na wypadek, gdyby zabrakło, któregoś z kremów niebieskich. Proponuję pokryć cienko cały tort białym, a następnie podzielić krem tak by połowa przypadała na krem bez barwnika, a druga po połowie na dwa błękitne odcienie.

Do kremu w drugiej miseczce dodać odrobinę (dosłownie końcówka wykałaczki) błękitnego  barwnika i zmiksować albo wygodniej przy tak małej ilości po prostu dokładnie wymieszać łyżeczką by kolor był jednolity, w razie potrzeby czynność powtórzyć, by uzyskać intensywniejszy odcień.

Trzeci krem należy zabarwić na kolor ciut ciemniejszy od pierwszego błękitu (lub jaśniejszy, jeśli przy pierwszej próbie przesadziliście z kolorem…)

Za pomocą szpatułki lub noża cienką warstwą białego kremu pokryć nim cały tort.

Rękaw cukierniczy/woreczek z zakończoną na okrągło tylką (lub bez niej jeśli nie posiadamy) napełnić białym kremem.

Zaczynając od najniższej warstwy, trzymając worek cukierniczy prostopadle do boków tortu, wyciskamy dwie kremowe kulki, jedna nad drugą (szczerze mówiąc teraz mi się przypomniało, że wyciskając od razu dwie jest bardziej równo, ja tort ze zdjęcia ozdabiałam po 1 w nocy warstwa po warstwie, dlatego płatki nie są szczególnie równo pod sobą 😉

Aby uzyskać efekt płatka potrzebna będzie specjalna wąska szpatułką do nakładania kremu, ale równie dobrze sprawdzi się końcówka płaskiego trzonka widelca czy łyżeczki zakończonego na okrągło.

W połowie kropki przykładamy szpatułkę i delikatnie przyciskając przeciągamy krem w prawo. W miejscu gdzie krem się kończy robimy kolejną kulkę i tak tworzymy dookoła dwie warstwy błękitnych płatków.

Schemat działania powtarzamy tworząc bezpośrednio nad błękitną warstwą, dwa rzędy,,płatków” jasnobłękitnych, a następnie białych. Jeśli korzystacie z jednej tylki trzeba je przed zmiana koloru umyć, a przy zmianie błękitu na biel zmienić/umyć także woreczek.

Jeśli decydujecie się tym kremem ozdobić również górę tortu, ozdabiajcie np. kierując okręgi od zewnątrz, ku środkowi.

jak ten sposób ozdabiania wygląda w praktyce możecie zobaczyć od 55 sek. na tym filmiku TUTAJ

Jeśli tak jak ja planujecie ozdobić go bezikami, to najlepiej zrobić to możliwie krótko przed imprezą, po kilku godzinach beziki w chłodzie rozmiękną, a to ani dobrze nie wygląda, ani nie smakuje.

Gotowy tort schłodzić i przechowywać w lodówce. Przed podaniem wyciągnąć go z lodówki 15-30 min. wcześniej, pamiętając, ze masa zawiera bardzo dużo masła i jak masło będzie się zachowywała w lodówce jak i poza nią.

Miłej zabawy Wam życzę

Urodziny w klimacie ,,Kraina Lodu” ( Frozen Birthday Party)

Aga Sz. DZIECI, NASZ DOM, przyjęcia, Strona glowna banner 7 Comments

Słowo wstępu (usprawiedliwienia…) dlaczego Kraina Lodu. Kiedy trzy lata temu kupiliśmy lodówkę (no frost ) ktoś wspiął się na wyżyny marketingu i dołączył nam do zakupu płytę z bajką ,,Kraina Lodu”.  Nie wzbudziła ona wówczas sensacji, pewnie dlatego, że malutki Antek pozbawił nas (wyrzucając przez balkon w starym mieszkaniu…) pilota do dvd i płyta miała jakieś problemy z dźwiękiem nie do ustawienia bez tego pilota. Kiedy jednak Małgosia poszła do przedszkola, na 90% woreczkach w szatni widniała złotowłosa Elsa i mała przepadła na amen w tym temacie, wszystko miało być ,,Elsowe”…

Miałam mnóstwo innych pomysłów na jej czwarte urodziny, bo temat Krainy Lodu wydaje mi się być już tak oklepany, że chyba bardziej się nie da, ale to co ja bym chciała nie ma przecież znaczenie, bo Ten Dzień miał być z jej marzeń wyjęty nie z moich… Sądząc po jej szczęśliwych oczkach myślę, że był…

Wieczorem, w dzień poprzedzający urodziny, kiedy dom już tonął w błękitach, a wszystko było z niebieskiego kremu, zmęczona Małgosia powiedziała przed snem swoim  dziecięcym głosikiem, nie bacząc na gramatykę ,,Mamusiu dość już mam tych Elsów na dziś”.

Pod zdjęciami napisze jak zawsze więcej o tym co słodkiego przygotowałam oraz podam linki do przepisów i dekoracji.

Dekoracja

Kraina Lodu to błękity, turkusy, pastelowa mięta, biel, srebro, ale pasować będzie też  fiolet. Żeby uniknąć tandety (o którą w tego typu motywach przewodnich nader łatwo…) nie nadużywajcie  wizerunków bohaterów. Jeśli koniecznie chcecie talerzyki z postaciami z bajek to ok, ale darujcie już sobie serwetki z ich podobiznami. Na instagramie pokazałam dodatki, które wykorzystam, bez ani jednego wizerunku Elsy, a wszyscy wiedzieli jakie urodziny się szykują. Bohaterka pojawiła się tylko jako figurka na torcie ( z zestawu Ciastoliny…) i jeden obrazek umieściłam w rameczce na środku słodkiego stołu. Moim zdaniem subtelnie i wystarczająco.

Balony (także ten foliowy z cyfrą 4), rozetki na oknach (genialne, bo wyglądają jak płatki lodu, a błękit jest taki ,,elsowy”właśnie), talerzyki, drewniane łyżeczki, foremki na babeczki, girlanda z bibuły, papierowe rurki –  jak zawsze niezastąpiona Partymika (klik).

Z właścicielką firmy Partymika -Moniką mamy bardzo podobne wyobrażenia odnośnie urodzin dla dzieci i głowy pełne pomysłów. Moje wizje zawsze spotykają się z jej akceptacją, co ogromnie mnie cieszy, bo jest ona w tej kwestii profesjonalistką.

Pompony tiulowe: Pomponove (klik)

Cottonballsy na oknie: Cotton love (klik)

Lampka gwiazdka : Little light (klik)

Na słodki stół przygotowałam:

Tort – prosty biszkopt przełożony bitą śmietaną, mascarpone i dżemem z czarnej porzeczki, obłożony stabilnym kremem na bazie bezy szwajcarskiej, ozdobiony w stylu  ombre petal, przepis tutaj (klik)

Babeczki z kremem – klasyczne, waniliowe obłożone tym samym kremem co tort z ręcznie wykonanymi śnieżynkami z lukru tu (klik).

Ciasteczka śnieżynki – Kruche, maślane, waniliowe, ozdobione lukrem- obowiązkowa sprawa (przepis podam)

Cake pops czyli ciasteczkowe lizaki w białej czekoladzie.

Ciasteczka, kopytka migdałowe (na zdjęciu w puszce w gwiazdki) oprószone cukrem pudrem (to te tutaj klik)

Białe i błękitne beziki – z tego przepisu (klik) , wystarczy na koniec, do części dodać (odrobinę, końcówką wykałaczki) niebieskiego barwnika spożywczego (najlepiej w żelu)

Wpasują się w krainowe urodziny także biało- błękitne pianki marshmallow oraz cukierki Ice (o genialnym kolorze i smaku pasującym do imprezy 😉

Do dekoracji (choć dzieci może niech myślą, że to plastik) kandyzowany, biały cukier na patyczkach, taki do drinków…

Nie wykorzystałam, ale rekomenduję na taką imprezę kuleczki Rafaello, imitujące kulki śniegu, kupione lub w wersji zdrowej z tego (klik) przepisu oraz cukierki Michałki (mają papierki srebrno- niebieskie).

Na zdjęciach także:

Drewniany wózek : Turkusowa pracownia (klik)

Lalka w wózku : By Krawcowa (nazwana imieniem solenizantki!) (klik)

Mam nadzieję, że moja wizja urodzin w klimacie Krainy Lody podoba Wam się, a pomysły wykorzystacie by uszczęśliwią Wasze małe Anny i Elsy…

Pozdrawiam z lodowej krainy (dekoracje jeszcze nie ściągnięte… 😉

Uszka do barszczu z farszem grzybowym

Aga Sz. Boże Narodzenie, PRZEPISY, wytrawne 1 Comment

Przepis na fantastyczne ciasto na uszka, szybko się je robi (ciasto, nie uszka…) i smaczny farsz. Proporcje są  tak dobrane, że zawsze udaje mi się równo wykorzystać ciasto i farsz. Robię któryś rok z rzędu, zawsze kilka dni wcześniej, mrożę i żałuję, że nie zrobiłam z podwójnej porcji, żeby móc je zjeść także po Świętach. Lepienie uszek, to u nas tradycja, trudno mi sobie wyobrazić Wigilie bez nich. W tym roku pomagała mi Małgosia i jeśli macie w domu kilkulatka to polecam, nie ma bowiem lepszej maszynki do nakładania tej odrobiny farszu niż małe paluszki…

Składniki

na ok. 6 porcji

ciasto:

  • 30 dag mąki pszennej (tortowej lub luksusowej), plus trochę do podsypywania stolnicy w wałka
  • szczypta soli
  • 200 ml gorącej wody
  • 30 g masła

farsz:

  • 40 g suszonych grzybów (borowiki lub podgrzybki)
  • 1  średnia cebula
  • 2 łyżki masła lub oleju

Przygotowanie farszu:

W rondelku umieścić grzyby, zalać szklanką  (lub więcej, tak by przykryła grzyby) wody i gotować pod przykryciem na malutkim ogniu ok. pół godziny.

Odlać wodę, odstawić do ostudzenia, a następnie drobniuteńko posiekać (ja używam do tego robota kuchennego)

Cebulę drobniutko posiekać i na małym ogniu, mieszając zeszklić na maśle.

Wymieszać grzyby z cebulą, dodać soli, pieprzu (najlepiej świeżo mielonego).

Przygotowanie ciasta:

Mąkę przesiać, dodać sól wymieszać.

Do rondelka z wrzątkiem dodać masło i mieszać aż się rozpuści.

Dodawać stopniowo do mąki wodę z masłem i wyrabiać kilka minut, aż ciasto będzie miękkie, gładkie i elastyczne.

Można to zrobić w mikserze, ale ciast dobrze się wyrabia, więc nie ma potrzeby.

Podzielić ciasto na 3 części, jedną zostawić do wałkowania, resztę zostawić w miseczce przykryć ściereczką.

Na oprószonej stolnicy cieniutko (na ok. 3 mm) rozwałkować ciasto i wycinać (np. kieliszkiem) ok 4 cm okręgi.

Jeśli mamy mniejszy kieliszek przed nałożeniem farszu ciasto troszkę rozciągnąć palcami.

Na środek każdego wyciętego kółka, nałożyć odrobinę farszu (ok 1/3 łyżeczki), skleić ciasto na pół, zlepić brzegi, a dwa końce skleić ze sobą (najwygodniej sklejając je dookoła palca).

Środek pierożka w jego najwyższej części odchylić do tyłu.

Ulepione uszka, układać na oprószonej deseczce i do czasu gotowania trzymać pod ściereczką, żeby uniknąć wyschnięcia ciasta.

Postąpić tak z kolejnymi partiami ciasta z miski.

Wrzucać partiami na gotującą się wodę, gotować na małym ogniu od czasu wypłynięcia 1-2 minuty.

Wyłowić, odstawić, zachowując odstępy (żeby się nie posklejały) do ostudzenia.

Przechowywać w zamkniętym pojemniczku w lodówce 2-3 dni.

Przestudzone można mrozić, rozkładając ja na tacce (tak by się nie dotykały!). Po zamrożeniu przesypać to torebek.

Miłego lepienia, koniecznie z kolędami w tle…

Julia Rozumek & Luis Timm czyli o książkach wyjątkowych…

Aga Sz. książek, KSIĄŻKI, RECENZJE 2 Comments

Wielu z Was czeka zapewne, aż pokaże w końcu coś słodkiego na Święta, no ale nic nie poradzę na to, że ostatnio zdecydowanie bardziej mi po drodze do sypialni z książką, niż do kuchni z wałkiem. Poza tym nie podejrzewam, bym stworzyła coś słodkiego, co będzie lepsze niż te książki. Serio…

Bo te książki dzisiejsze to taki crème de la crème tyle, że dla duszy.

W jednym tygodniu do moich rąk trafiły. Obie tak samo w w biały pergamin zapakowane i sznurkiem owinięte. Jakby umówione, co niemożliwe, bo przez nieznanych sobie ludzi napisane. Piękne, ogromnie wartościowe i tak im ładnie razem na stoliku nocnym moim, że pomyślałam że je spróbuje Wam razem tu przedstawić.

Wygląda na to, ze cały rok na nie czekałam. Zdążyły. Moje najbardziej wyjątkowe książki 2017 r…

,,O życiu” – od książki Julii zacznę i to nie dlatego, że mi ją w swoim domu w prezencie wręczyła, dedykacje w pośpiechu pisząc, bo na zakupy się wspólne spieszyłyśmy, tylko dlatego, że o pierwszej książce Juli ,,Blog” pisałam rok temu (link pod tym postem w propozycjach innych postów znajdziecie), a ,, O życiu” jest jej kontynuacją, wyborem najładniejszych postów pisanych przez nią na jej blogu (tutaj) od marca 2016 do listopada 2017. Pewnie można te opowiadania na blogu wyłuskać i przeczytać, ale kto książki kocha, ten wie, że w papierowej formie teksty móc czytać, książkę fizycznie posiadać, to coś zupełnie innego… I choć ja te teksty dobrze znam, to cieszę się jak dziecko, że dane mi będzie tej zimy, raz jeszcze, tak na spokojnie, pod ulubionym kocem, popijając herbatę je przeczytać.

Lepszego tytułu nadać jej nie mogła, bo to książka o życiu właśnie. O wartościach, rzeczach wartych uwagi. Bez względu na to, czy któreś z opowiadań nas rozbawi, czy wzruszy do łez, pewne jest, że skłoni do refleksji. Do czytania zimą pod kocem i latem na hamaku. Bardzo, bardzo wartościowa lektura. Tyle już na tym blogu o Juli i jej słowie pisanym pisałam, że chyba mi się ciepłe epitety wyczerpały. No uwielbiam tak totalnie, z całego serca i sił polecam…I jeszcze ta losowo wybrana zakładka dokładana do niej taka piękna…Tak sobie już rozmyślam jaki będzie kolor okładki trzeciej książki. Jakąś rudość albo szarość obstawiam… 😉 Bardzo Julka czekam. I kibicuję. Ty wiesz…

,,Proste rzeczy o rodzicielstwie” Luis Timm– w całej tej podłości internetu, tego jak nas ogłupia, kradnie nam czas, jak  zamiast zbliżać paradoksalnie oddala, zdarzają się powody dla których można mu być wdzięcznym. Takim powodem (oprócz faktu, że znam Julię np.) jest książka o której istnieniu, dzięki internetowi właśnie się dowiedziałam.

Od jakiś 15 lat przewijają mi się przez ręce (choć w ostatnich latach już ich świadomie i konsekwentnie unikam) różne poradniki o wychowaniu dzieci. Jako młoda niania, potem mama sięgałam po nie z dużym zaangażowaniem. Z każdym kolejnym rokiem i przeczytanym poradnikiem wydawały mi się one coraz bardziej bezsensowne, często sprzeczne względem siebie. Książka Luisa jest poradnikiem, ale innym niż wszystkie. Nie dowiecie się z niej, czy podbiegać do łóżeczka płaczącego dziecka momentalnie, czy odczekać pięć minut, ani w którym miesiącu podać marchewkę i czy ma być ona surowa czy gotowana. Dowiecie się natomiast  jak ważne jest by uczynić z rodzicielstwa przygodę życia. Jak poukładać sobie w głowie wszystko tak, by każda chwila z dzieckiem była bezcenna i jak zaprocentuje to świetnymi relacjami w przyszłości.

Sam autor twierdzi że to ,,książka dla facetów, którą powinna przeczytać każda kobieta”. Pięknie wydana, przejrzysta graficznie książka napisana przez świetnego, inteligentnego (i przystojnego, że łojesu) mężczyznę (a miałam przyjemność trochę z Luisem sobie pogadać, więc wiem o czym piszę), który za swój życiowy cel postawił sobie bycie najlepszym ojcem na świecie. Po prostu. Zwyczajnie. Tak sobie wymyślił i w tym postanowieniu trwa. Do tego jest bacznym obserwatorem życia i szczęśliwie dla nas, ma ogromny dar przekazywania swoich spostrzeżeń.

Po lekturze tej książki, niektórzy z całą pewnością zaczną inaczej patrzeć na swoje dziecko. Będą tacy, którzy dostaną porządnie obuchem w głowę. Dotyczyć to będzie np. tych rodziców, którzy na placu zabaw z dzieckiem siedzą na ławce z telefonem udając, że spędzają z nim czas (ubawiłam się przednio czytając jak Luis ich nazwał: ,,komórkowcy”, ,,jebiemieto”, ,,Mr. i Mrs.Nobody”…). Lektura może zaboleć (ale i najbardziej pomóc) tym, dla których wspinanie się po szczeblach w korporacji jest ważniejsze od wspinania się z dzieckiem na drabinach na placu zabaw. Dla ludzi spychających swoje dzieci na drugi plan może być to lektura zawstydzająca, wręcz bolesna, bo uświadomi im sytuacje, zachowania, nie fair w stosunku do dzieci, które każdego dnia konsekwentnie powielają i bagatelizują, zamiatając pod dywan codzienności.

Będą też szczęśliwie tacy (i będzie to niestety nieliczna grupa), którzy po lekturze powiedzą sobie ,,tak! Jestem super tatą”. Tak będzie mógł z pewnością powiedzieć ojciec moich dzieci. Bo takiego tatę jakiego mają moje dzieci życzę każdemu dziecku. Najlepszy jakiego byłam w stanie im załatwić 😉 (ale nie o tym dziś). Ponieważ  staramy się otaczać ludźmi dobrymi i wartościowymi, szczęśliwie mamy wśród naszych przyjaciół kilku właśnie takich tatusiów na medal, dla których czas z dzieckiem, zabawa, rozmowa, motywowanie, pokazywanie świata, poszerzanie horyzontów jest kluczowe.

W najbardziej prosty i prawdziwy sposób, Luis przekazuje nam rzecz najważniejszą  ,,Nie ma nic wspanialszego od posiadania dziecka”.

Tak sobie myślę, że gdyby ta książka wręczano tatom na porodówkach, albo była standardowym prezentem na imprezie pępkowej jestem pewna, że dzieci miałyby lepszych ojców. Poważnie.

Nie jest to post sponsorowany, nie otrzymam również od Luisa prowizji od sprzedanych dzięki temu postowi książek. On po prostu napisał książkę z nadzieją, że jakiemuś dziecku będzie się dzięki niej żyło lepiej, a ja jestem głęboko przekonana, że tak właśnie się stanie, dlatego mam ogromną potrzebę podzielenia się nią z Wami…

Luis! Chociaż mogłabym Ci to prywatnie przekazać, to wywalę Ci to tu, może weźmiesz to do siebie trochę bardziej i poważnie. Posłuchaj mnie teraz dobrze. Masz chłopie, według moich ustaleń i wyobrażeń do zrobienia trzy rzeczy:

1. Dołożyć wszelkich starań, by ta książka została przetłumaczona na inne języki i wydana poza granicami naszego kraju (widzę, że się uśmiechasz, Ty mi się tu nie podśmiewuj tylko tłumaczy szukaj!)

2. Zabrać się do pisania drugiej książki, spoko, ja już nawet tytuł mam for you ,,Proste rzeczy o małżeństwie”. Czekam na nią bardzo, wiem, że to ogarniesz, no chyba cioci Ciasteczkolandii nie zawiedziesz…

3. Zrób wszystko, żeby zrealizować Wasze marzenie o domu w lesie. Cholernie warto…

Bardzo Ci za tą książkę dziękuję…

A skoro już przy fajnych ojcach jesteśmy, to korzystając  z okazji, nie odmówię sobie przyjemności polecenia Wam bloga innego, świetnego taty, którego czytuję od wielu, wielu lat i nieustanie mnie bawi (choć zdarzy mu się i wzruszyć)- Ojciec Wwwirgiliusz (klik). Zajrzyjcie koniecznie, by zobaczyć co dzieję się gdy inteligencja spotyka się z poczuciem humoru…

Reasumując, zarówno książka Julii jak i Luisa to najlepsze co mnie w formie drukowanej, spotkało w 2017 roku.

Wiecie, zdarza się, że ja na blogu coś polecam. Bo dobre, ładne, solidne, warte uwagi. Tym razem ja nie polecam, nie sugeruję, tylko proszę. Zróbcie prezent sobie lub komuś kogo kochacie, przyjaciołom. Przeczytajcie je sami a potem napiszcie mi tu ,,dzięki Aga, miałaś rację…”

Książka Julii Rozumek ,,O życiu” tutaj (klik)

Książka Luisa Timm’a ,,Proste rzeczy o rodzicielstwie” tu (klik)

Na zdjęciach również…

Świeca Angel Wings marki Yankee Candle– pewnie trudno opisać zapach o nazwie ,,skrzydła anioła”, ale jeśli postaracie sobie wyobrazić zapach zwiewnych cukrowych nitek z nutą wanilii i zapachem delikatnych kwiatów to będziecie blisko. Tej zimy, tak właśnie pachnie nasz dom i jestem nim totalnie oczarowana. Znajdziecie tutaj (klik)

Filiżanka ze spodeczkiem to mój ukochany Ib Laursen  (klik)

 

Zimowe uściski, nie zapominajcie w tej przedświątecznej gorączce o tym co najważniejsze…

 

 

 

Yosoy – moje pastelowe odkrycie…

Aga Sz. DZIECI, NASZ DOM 0 Comments

Zapraszam Was dziś do krainy pasteli, subtelnych wzorów i doskonałych materiałów…

Mimo, iż robię sporo zdjęć nazwijmy to pozablogowo, nie bardzo mam czas o nich tu opowiadać, zdecydowanie częściej wspominam o nich na Instagramie (klik). Są jednak firmy, o których zgodnie z zasadą, że dobrem należy się dzielić po prostu muszę napisać…

Yosoy po hiszpańsku oznacza ,,jestem”. To polska marka tekstyliów dla najmłodszych., która stawia na subtelność i jakość. Z jej właścicielką Olą poznałyśmy się jakiś czas temu na Instagramie, rozmawiałyśmy o kocykach i kilka miesięcy później zwróciła się do mnie z propozycją wykonania sesji zdjęciowej jej nowej kolekcji Celebrity. Nie znam nikogo, kto ma tak obszerną wiedzę na temat materiałów i zna ten rynek tekstyliów tak dobrze jak Ola. Nie znam również nikogo, dla kogo jakość tego co sprzedaje była aż tak ważna… Kupując pościel czy kocyk dla dzieci nie zawsze zdajemy sobie sprawę z czego tak naprawdę są zrobione (a uwierzcie, że często zachwycone milutka fakturą przykrywamy dziecko plastikiem).

Nie chciałabym się tu za bardzo rozwodzić, tylko pokazać kilka zdjęć z tej sesji i szczerze te produkty zarekomendować. Jeśli lubicie proste, klasyczne wzory z nutą elegancji, pastelowe kolory, a do tego zależy Wam na jakości za uczciwą, adekwatną, niewygórowaną cenę, to zapamiętajcie sobie markę Yosoy dobrze…

Przecudne to uczucie jest wejść na stronę sklepu i zobaczyć w nim swoje zdjęcia (i swojego siostrzeńca w roli modela…)

Pościele z wypełnieniem, poszewki, beciki, kocyki, otulacze, króliczki i gwiazdki: Yosoy (klik)

Na zdjęciach także:

Łóżeczko (z opcją przekształcenia w tapczanik) : Pinio Marsylia (klik)

Półeczka z pastelowymi koralikami: I haha (klik)

Drewniana lampka gwiazdka na komodzie Little light (klik)

Malutka, błękitna gwiazdka na pierwszym zdjęciu Cotton love (klik)

Drewniana Skrzynia: Wooden story (klik)

Pluszowe jednorożce: Melootka (klik)

Plakat: Mysi ogonek (klik)

Tiulowe pompony: Pomponowe (klik)

Pastelowych snów…