placak jelonek skip hop

Małgosia, jelonek i pierwszy śnieg…

Aga Sz. DZIECI, gry & zabawy, NASZ DOM, Strona glowna banner, Uncategorized 0 Comments

placak jelonek skip hop

Pierwszy w tym roku śnieg spadł akurat, kiedy dla marki Skip Hop zdjęcia ich nowej, kolekcji Winter Zoo z jelonkiem robiłam i teraz pomyślałam, że może je tu pokażę, bo może ktoś prezentu pod choinkę szuka i w tych jelonkowych cudach tak jak my się bezgranicznie zakocha…

Antoś ma z tej serii plecak jeżyka, służy dzielnie drugi rok, więc ten dziewczęcy jelonek jakby dla naszej leśnej Małgosi stworzony. Tak fajnie razem wyglądają, kiedy z autobusu szkolnego do domu wracają… Jesteśmy nim oczarowane zresztą zobaczcie sami…

Plecak, bidon i zestaw jedzeniowy z jelonkiem marki Skip hop znajdziecie tutaj (KLIK)

bluza sarenka z falbanką: Little Gold King (KLIK)

opaska z H&M

papcie: Titot (KLIK)

szara, drewniana ławeczka: I haha (KLIK)

Pozdrawiamy Was ciepło z pokrytego śniegiem lasu…

Owsiane ciasteczka z pekanami i żurawiną (wegańskie)

Aga Sz. Boże Narodzenie, ciasteczka, PRZEPISY, Strona glowna banner 2 Comments

Tradycyjnie, jak co roku ciasteczka dla św. Mikołaja, zostawione na noc 5 grudnia na parapecie muszą w naszym domu być. Nie ma zmiłuj. W tym roku nasz Mikołaj może być weganem, bo czekają na niego pyszne i zdrowe ciasteczka z pekanami i suszoną żurawiną upieczone na mące owsianej, bez masła i jajek. Piekłam już mnóstwo wariacji tych ciastek, eksperymentując z  różnymi rodzajami mąk, cukrów i dodatków. Zawsze się udają. Polecam nie tylko na Mikołajki.

Składniki:

(szklanka o pojemności 250 ml)

  • 1 i 3/4 szklanki mąki owsianej (jeśli nie macie wystarczy zmielić w młynku płatki owsiane)
  • 1/2 szklanki cukru trzcinowego
  • 1 łyżka mielonego siemienia (zastępuje jajko, ale bez tez się ciasta udadzą)
  • 1/4 łyżeczki sody
  • szczypta soli
  • 1/4 szklanki mleka owsianego (lub innego roślinnego np. sojowego, migdałowego)
  • 1/3 oleju rzepakowego (słonecznikowy tez będzie dobry)
  • 3/4 szklanki mieszanki orzechów pekan i suszonej żurawiny (kupuje taką gotową w Lidlu)

Mąkę wymieszać sodą, solą, cukrem i siemieniem lnianym.

Dodać mleko wymieszać z olejem i dodać do suchych składników.

Pekany przekroić na 2-3 części i razem z żurawiną dodać do reszty składników. Dokładnie wymieszać, by powstała jednolita masa.

Wykładać łyżeczką porcje ciasta na blachy wyłożone papierem do pieczenia, zachowując odstęp. Ciasteczka można przed pieczeniem spłaszczyć trochę zewnętrzną strona łyżeczki, będą wówczas po upieczeniu bardziej płaskie niż na zdjęciu.

Piec w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez ok. 12 minut, aż się zarumienią.

Odstawić do przestygnięcia.

Udanych Mikołajek Wam Kochani życzę

Świąteczny event na Kotulińskiego 6

Aga Sz. przyjęcia, Strona glowna banner 0 Comments

Mimo, że mnóstwo innych, zaległych rzeczy 3 grudnia pewnie zrobić powinnam, chociażby te puste puszki w końcu piernikami wypełnić, to czułam, że Kotulińskiego 6 w Czechowicach- Dziedzicach powinnam tego dnia odwiedzić. I nie myliłam się, bo ta niedziela w stylu slow była z gatunku tych niezapomnianych…

Zresztą zobaczcie sami…

Ania Meres radaktor naczelna OMatko magazyn zrobiła rzecz niesamowitą. Znalazła wyjątkowo klimatyczne miejsce- Kotulińskiego6 , zaprosiła kilkanaście firm z branży kobieco-dziecięcej i zorganizowana świąteczny event. Firmy dobierała skrupulatnie, tak by nie były dla siebie konkurencja, a pięknie się uzupełniały. Nie byłam nigdy na bożonarodzeniowym kiermaszu gdzie na metr kwadratowy przypadało tyle dobrego smaku, stylu i serdeczności. Bez szczypty tandety, za to z uśmiechem i ciepłym słowem.

Brałyśmy z Mają udziałyśmy w warsztatach śniadaniowych prowadzonych przez świetną Monikę Trener mama. Maja piekła też pierniki i gotowała pyszności z szefami kuchni.

Pod okiem owianej na Śląsku kwiatowa sławą Pani Kwiatkowskiej zmontowałyśmy zimowe wianki.

Nie ukrywam, że jechałam tam też by spotkać dziewczyny, z którymi znamy się lubimy i współpracujemy od dawno wirtualnie, ale nigdy wcześniej nie widziałyśmy się osobiście. Mogłam wyściskać Żanetkę (kruszynkę jak się okazało) z mężem z Bambooko. Przy ich stoisku człowiek żałował, ze nie ma pięciu lat, żeby móc bez skrępowania usiąść i w tym ich pastelowym świecie myszkami w domku drewnianym się pobawić…

Spotkałam Karolinę z pięknym ciążowym brzuszkiem z Mysiego ogonka i jej ekipę (świetni ludzie, z uśmiechem i tym rodzajem humoru, który cenię sobie nader bardzo. Mogłabym z nimi po tym śniegu na boso iść konie kraść choćby teraz. I tak Robertowi po powrocie o nich opowiadam, że to sąsiedzi są i jakie to trzeba mieć szczęście w życiu, żeby tak na siebie trafić.

I Julka Rozumek (klik), co to ją najpierw każdy słyszała, a potem dopiero widział, jak ta wisienka na torcie tam, książki podpisująca nieustannie, czytelniczkami swoimi otoczona, takimi, że ja nie wiem skąd Ona je bierze, bo jedna fajniejsza od drugiej.

I ten klimat tam taki nie do opisania. Nikt się nie denerwował, ze ekspres do kawy się przegrzał  i trzeba było  na kawę czekać , że to pyszne ciasto z konfiturą wymiotło i nie każdy się załapał. Mamy nie swoje dzieci nosiły i tuliły. I to pakowanie tego wszystkiego na koniec do aut w tym prószącym śniegu takie fajne i i łzy wzruszenia Ani Meres przy pożegnaniu takie prawdziwe…

No Magia przed duże M.

A że aparatu swojego nie taszczyłam, to za udostępnienie zdjęć Julii Rozumek dziękuję pięknie. Część zdjęć to nawet ja zrobiłam, bo mi Julka aparat wcisnęła ze słowami ,,idź i rób tak jakbyś na bloga swojego do postu robiła”. I najfajniejszej Ani z naszej wsi dziękuję, że mi jako gps służyła, sama to bym się po drodze znając moje zdolności nawigacyjne z siedem razy zgubiła zapewne…

Podobno na Wielkanoc szykuje się powtórka z rozrywki. Odliczam tygodnie i na pewno będę o tym wydarzeniu trąbić z nadzieją, że się tam spotkamy…

A czy Wy już czujecie magię Świąt?

Książki dla dzieci na czas Adwentu

Aga Sz. DZIECI, książek, książki, NASZ DOM, RECENZJE, Strona glowna banner, Uncategorized 1 Comment

Kochani jako, że wieczory długie i ciemne, sprzyjające czytaniu, a i Mikołaj niejeden pewnie jeszcze zagwozdkę ma co to do tych skarpet dzieciom wpakować, post książkowy przygotowałam. Będzie o tym co aktualnie czytamy, a także o tym co czytać niebawem będziemy (mam przecieki od naszego Mikołaja…)

W tym roku ,,na salonach” (w naszym namiocie tipi z Muzpony głównie…), królują książki Wydawnictwa Zakamarki , które zresztą nie od dziś bardzo sobie cenię.

,,Peter i Lena. Dwa opowiadania” Astrid Lindgren, bardzo ładnie wydana książka,  napisana miłym w odbiorze dla dzieci językiem z dodatkiem charakterystycznego dla autorki humoru, to u nas hit młodszej dwójki, a już Małgosia zafascynowana jest ta książka totalnie. Wiecie, to jest ten etap, że po przeczytaniu naście razy dziecko powtarza za czytającym tekst. Książka podzielona jest na dwa opowiadania:  ,,Ja też chcę mieć rodzeństwo” oraz ,,Ja też chcę chodzić do szkoły”. Śliczne, barwne ilustracje, tekst, który przykuwa uwagę dziecka.  Jak z tytułów wynika porusza kwestie pojawienia się w domu rodzeństwa i fascynacji przedszkolaków tematem szkoły. Autorki takiego kalibru nie trzeba nikomu rekomendować, można kupować w ciemno.

 Zakamarki każdego roku lubią (i chwała im za to) dostarczać nam książki, które podzielone są na 24  rozdziały, tak by od pierwszego grudnia,  oprócz codziennego opróżniania kalendarza z czekoladkami, móc także przeczytać jeden rozdział opowiadania (w praktyce codziennie kończy się to ,,mamo jeszcze jeden rozdział, pliiiiis”, ale to przecież bez znaczenia. W ubiegłym roku pisałam o napisanej na tej zasadzie  książce ,,Prezent dla Cebulki”(pod tym postem w propozycjach innych wpisów znajdziecie odnośnik).

,,Święta dzieci z dachów” to opowiadanie o trójce dzieci, które uciekły z domu dziecka, przypadkowo poznały bezdomnego, który stracił pamięć i postanowiły mu pomóc ją przywrócić. Książka troszkę metafizyczna, z rysunkami, które co prawda genialnie oddaje jej charakter i nie budziły zastrzeżeń ani też nie wywołały żadnych komentarzy negatywnych ze strony moich dzieci,  mi osobiście nie przypadły do gusty z racji swojej mroczności. Nie mniej, pozycja warta uwagi szczególnie w przedświątecznym czasie, bo dotyka relacji między dziećmi i rodzicami, tolerancji, zawiści, wykluczenia przez grupę, ale także przyjaźni. Skierowana dla dzieci od szóstego roku życia, moja cztero letnia Małgosia grzecznie słucha gdy ją czytamy, ale z pewnością nie wszystko rozumie.

 

Zanim do kolejnej książki przejdę słów kilka o widocznym na zdjęciach tipi chciałam napisać. Moda na tipi, dziecięcy namiot ma się świetnie, ja przyznam byłam dość długo sceptycznie do nich nastawiona. Przyzwyczajona do domków-namiotów z mojego dzieciństwa (mieliście?), wydawały mi się jakieś dziwne, ale Antek ma jakiś gen zmutowany, który każe mu budować bazy nieustannie. Nie było dnia, żeby z wszystkich możliwych koców, krzeseł, suszarek na pranie i klamerek nie budował czegoś na kształt schronu. I choć ta jego kreatywność z jednej strony cieszyła, to w domu panował z tego powody nieustanny chaos.  Celowo ustawiłam tipi w salonie, bo i tak tu spędzają większość czasu i powiem Wam to był strzał w dziesiątkę. Choć Antkowi nadal zdarza się tworzy przedsionki, rozbudowywać, do środka znosi cuda na kiju, to jest to taki kącik na dole w domu tylko dla nich.

Rano, kiedy wstajemy do przedszkola, jest jeszcze ciemno, znoszę Gosię na rękach, chwilę potem schodzi zaspany Antoś, zapalam maleńkie światełka , które zawiesiłam na tipi i budzą się w nim słodko pod kocykiem czekając na ciepła herbatkę i śniadanie. Popołudniami bawią się w nim, książeczki w środku oglądają (ma okienko). Pakują do niego tuzin poduszek i seanse filmowe w piątki urządzają. Tipi i poduszki gwiazdki pasujące do namiotu znajdziecie w sklepie Muzpony, zresztą koncepcja marki jest taka, żeby móc w ich ofercie wybrać wiele spójnych, pasujących do siebie elementów (także pościele, dywany…). Mogę ich polecić ze względu na  jakość użytych materiałów oraz solidne i ładne wykonanie.

Muzpony tak się miło składa obchodzą w  właśnie swoje 10 urodziny i na hasło ,,10urodziny” na wszystkie produkty z kolekcji można otrzymać 10% rabatu (promocja trwa do 30 listopada). Jeśli ktoś planuje zakup tipi w mikołajkowym czy świątecznym prezencie to jest to dobre miejsce i moment. (linki zostawię na koniec)

Wracając do książek jeszcze, dwie z nowości, o których istnieniu moje dzieci dowiedzą się 6 grudnia…

 

,,Hurra, są Święta!”, których autorem jest Ulf Nilsson to podobnie jak we wspomnianych wyżej ,,Prezent dla Cebulki” i ,,Świętach dzieci z dachów , tu również książka podzielona jest na 24 rozdziały. Opowiada o perypetiach młodego prosiaka, który uciekł z transportu do rzeźni i zamieszkał najpierw z bezdomną kotką, a potem z cała gromadka nowych przyjaciół z którymi to starał się przygotować Święta Bożego Narodzenia. Książka pisana przyjaznym dla dziecka językiem,  o przygotowaniu do Świąt mimo przeciwności, o uczuciach, przyjaźni, tradycji.  Na pewno spodoba się całej mojej trójce.

 

,,Jak Johan uratował cielaka” to z kolei opowiadanie Astrid Lindgren, które ukazało się z okazji 110 rocznicy urodzin autorki. Tytułowy Johan to kilkuletni chłopak, mieszkaniec szwedzkiej Smalandia. Bajka zaczyna się smutną historią utraty ukochanej krowy. Młody czytelnik dowie się o trudnym obliczu życia, o tym, że można być biednym, mieć problem, ale niesie też ze sobą nadzieję i uczy wiary, że dobro jest w każdym człowieku.


Książki Wydawnictwo Zakamarki (klik)

Tipi (nasz z kolekcji słoniki/gwiazdki) tutaj (klik)

Poduszki gwiazdki tu (klik)

szary, wiklinowy kuferek: Lilu (klik)

papcie Małgosi: Titot (klik)

szare kocyki: Yosoy (klik)

 

Czytajmy więc Kochani dzieciom, jak najwięcej…

Uściski

Proste ciasto kakaowo-bananowe ( wersja fit )

Aga Sz. ciasta, czekoladowe, fit, PRZEPISY, Strona glowna banner 2 Comments

Nie jest to najbardziej fotogeniczne ciasto z jakim miałam do czynienia, ale  jedne z najsmaczniejsze zdrowych ciast, które do tej pory piekłam (pod warunkiem, że lubi się banany, bo są one delikatnie wyczuwalne w smaku). Piekę je gdy mam nadmiar bardzo dojrzałych, miękkich, brązowiejących już bananów, a mało czasu. Zawiera w sobie wyłącznie zdrowe składniki ,które oczywiście można zamienić na te mniej zdrowe, tylko po co… Jest mięciutkie, w sam raz słodkie, banalnie proste w wykonaniu, szybkie, zawsze się udaje i znika w jedno popołudnie…

Korzystając z okazji, z całego serducha pragnę Was prosić o głos na mój dom, który bierze udział w plebiscycie na najpiękniejsze wnętrze. Jesteśmy ostatnim domem, na samym dole (Aga ze Śląska) siedzimy przy choince, wystarczy kliknac ,,lubie to”. Jeśli macie ochotę zostawić tam również komentarz, weźmiecie wówczas udział w konkursie dla głosujących. Z góry bardzo, bardzo dziękuję… Link tutaj (KLIK)

Składniki:

  • 2 bardzo dojrzałe banany
  • 3/4 szklanki mąki orkiszowej
  • 1/2 szklanki cukru kokosowego (lub brzozowego)
  • 3 łyżki kakao (ja używam sproszkowanego karobu)
  • 3 pełne łyżki oleju kokosowego (masło klarowane też będzie dobre)
  • 1 duże jajko
  • 100 ml mleka kokosowego  (lub innego roślinnego)
  • 1 pełna łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • szczypta cynamonu (opcjonalnie)
  • łyżeczka ekstraktu waniliowego (opcjonalnie)

Banany obrać, pognieść dokładnie widelcem, wbić do nich jajko, wymieszać.

W drugiej misce wymieszać mąkę z cukrem, kakao, proszkiem do pieczenia, sodą, cynamonem i wanilia. Dodać banany, olej kokosowy (jeśli jest z lodówki to wcześniej podgrzać trochę) i mleko, wymieszać.

Zawartości obu miseczek połączyć i wymieszać widelcem.

Przełożyć do formy tzw. keksówki wysmarowanej tłuszczem.

Piec w temp. 180 stopni przez ok 40-45 min.

Po upieczeniu odstawić na kwadrans przed wyjęciem z formy.

Upieczcie koniecznie…

Smacznego!

 

,,Liść” recenzja książki Julii Rozumek

Aga Sz. DZIECI, KSIĄŻKI, książki, Strona glowna banner 1 Comment

Czekałam z przedstawieniem tej książki parę dobrych miesięcy. Bo taka jestem głupio drobiazgowa, że nie wyobrażałam sobie pokazać ją inaczej niż w jesiennym klimacie. I nadal ubolewam, że na ogródku dąb wielki nam rośnie, a nie miłorząb, bo liście by mi bardziej pasowały…I choć z pewnością, będę w jesienno-zimowych postach o książkach dla dzieci jeszcze pisać, to ta książka  na blogu, podobnie jak w moim sercu zasługuje na swoje własne miejsce…

Na sama informację, że Julia Rozumek pisze drugą książkę, tym razem bajkę dla dzieci zrobiło mi się ciepło na sercu. Znając jej słowo pisane, a także mądrość i miłość z jaką wychowuje swoje dzieci, byłam pewna, że będzie to merytorycznie niezwykła i wartościowa książka. Tylko, że w książce dla dzieci oprócz treści ważne są też ilustracje. Dużo łatwiej wówczas zainteresować dzieci lekturą, skłonić do rozmowy, w ich główkach i sercach pozostawić ślad. Bywa niestety, szczególnie często ma to miejsce w książkach kulinarnych, ale w książkach dla dzieci też nie jest rzadkie, że choć tekst piękny, to zdjęcia/obrazki do bani…

Moi Drodzy, rysunki do książki Juli Rozumek wykonała Kasia Stróżyńska- Goraj… Jedna z najzdolniejszych, najmocniej obecnie rozchwytywanych ilustratorek. Jej prace możecie znaleźć na stronie sklepu ,,Mysi ogonek” (może pamiętacie alfabet i grę memo z postu ,,Leśna szkoła”(klik) ? Są jej autorstwa!). Nie wiem, czy jest firma z branży dziecięcej w tym kraju, która na dzień dzisiejszy nie chciałaby z Kasią współpracować, chyba tylko Ci, którzy jej prac nie znają…

Klimat jaki tworzy  na swoich rysunkach to magia przez duże M. Nie wiem jak Ona to robi, ale w każdą narysowaną kreskę wpompowuje nieobliczalne pokłady piękna, ciepła, dobroci i magii, a jej nawiązywanie do natury, lasu, roślin i zwierząt nieustannie mnie wzruszają. Zawsze oglądając Jej rysunek myślę, że to granica, że nic piękniejszego nie jest już w stanie stworzyć, a potem widzę kolejny i już wiem jak bardzo się myliłam…

Sama Julka przyznała, że nie wyobrażała sobie nikogo innego w roli ilustratora tej książki, i że gdyby Kasia (tak bardzo zapracowana przecież) jej odmówiła, prawdopodobnie bajka ta nie została wydana. Duet Julii i Kasi  musiał zaowocować czymś pięknym. I zaowocował.

Przed Wami, najpiękniejsza w mojej ocenie i najbardziej wartościowa książka dla dzieci 2017 roku…

Książka opowiada historię liścia miłorzębu, który wędrując od ogródka do ogródka, jest obserwatorem różnych sytuacji i rozmów, które są dla niego i dla nas czytelników, swoista lekcją szacunku, dobroci, przyjaźni. To bajka dla dzieci, ale to także obowiązkowa lektura dla każdego dorosłego. Napisana prześlicznym, pełnym ciepła językiem, przypomina co w życiu ważne, składnia do refleksji, docenienia tego co mamy, dostrzeżenia rzeczy, o których w codziennym pośpiechu nietrudno zapomnieć, a na które z całą pewnością powinniśmy dostrzec i pielęgnować..

 

Julia Rozumek Liść

Julia dziękuję, że dzięki niej w tak pięknych sposób mogę opowiadać moim dzieciom o rzeczach w życiu najistotniejszych.

ps. Płakałam ze wzruszenia tylko dwa razy. Przy opowiadaniu o dziewczynce, która marzyła o urodzinach i o panu ze straganu…

 

Książkę ,,Liść”, a także piękne plakaty z cytatami z niej możecie zamówić  tutaj (KLIK)

Z całego serca polecam..

,,Moje Mieszkanie” grudzień 2017

Aga Sz. Boże Narodzenie, DZIECI, NASZ DOM, Strona glowna banner 1 Comment

Kochani dziś kilka słów i zdjęć  magazynu ,,Moje Mieszkanie”, w którym mamy przyjemność gościć w tegorocznym grudniowym, świątecznym wydaniu…

Kilka dni po tym, gdy dowiedzieliśmy się, że po raz trzeci zostaniemy rodzicami, pamiętam nawet, że jechaliśmy wtedy samochodem, postanowiliśmy  z Robertem, że zbudujemy dom. To znaczy to, że kiedyś, w nieokreślonej przyszłości go zbudujemy było pewne, wtedy jednak, podjęliśmy decyzję, że zaczniemy od zaraz. Nie będziemy czekać z marzeniami, aż dzieci urosną, tylko zbudujemy go jak najszybciej, by cała trójka mogła jak najwięcej dzieciństwa spędzić blisko natury.

W dniu, w którym poznaliśmy płeć dzidziusia i który jednocześnie szczęśliwie był 7 rocznicą naszego ślubu, przyjechała koparka i zaczęła kopać fundament.

Doskonale pamiętam jak z dwójką małych dzieci i wielkim brzuchem wybierałam kolor dachówki, jak na wariata jeździliśmy po salonach wybierając płytki, wannę czy panele. Jak z Małgosia przy piersi zamawiam krany, a na parkingu Ikei o 22:05 pakowaliśmy do przyczepy łóżka i komody. Pamiętam moje niekończące się problemy decyzyjne, wymianę wszystkich przywiezionych już drzwi wewnętrznych, partii płytek i frontów kuchennych bo zmieniłam zdanie (ups). Te setki (Robert mówi, że tysiące) wykonanych telefonów, ekipy budowlane (od tej najlepszej pod słońcem po te o których nie chce myśleć). Pamiętam determinację, zorganizowanie, ciągłą naukę, kierownicze predyspozycję i perfekcyjne wręcz prowadzenie budowy przez mojego męża.

Rok. Dokładnie w rok postawiliśmy nasz wymarzony dom, tak by 1 września Maja z Antkiem mogli pójść do tutejszego przedszkola.

I naprawdę wtedy nie miałam wtedy ani głowy ani czasu by przeglądać magazyny wnętrzarskie czy internet w poszukiwaniu inspiracji. Mnóstwo rzeczy było wybieranych na wariata i jedyne czym się kierowałam to serce. Chciałam by było przytulnie, pastelowo, ciepło i tak po naszemu…

Od początku przyjęliśmy z Robertem strategię, że ufamy sobie i ja powierzam mu wszystko co związane z budową domu, nie doradzałam mu, nie wtrącałam się w kwestii murów, ocieplenia, rur czy ogrzewania, a on dał mi pełną swobodę w urządzeniu domu. I choć z naszej górnej, babskiej łazienki nie korzysta i pewnie wolałby sypialnie w szarości, to wiem, że kocha ten dom całym sercem. Zawsze mi mówi, ze póki mu w warsztacie różowych zasłonek nie wieszam, reszta mu nie przeszkadza.

Ponieważ dzieją się w moim życiu czasami rzeczy zaskakujące, rok później ktoś uznał (tym kimś była Dorota, redaktor naczelna ,,Mojego Mieszkania”), po obejrzeniu mojego profilu na Instagramie i sesji pierniczkowej wykonanej przez FotoSister,  że te nasze cztery kąty zasługują na to, by je pokazać w magazynie wnętrzarskim.

Pierwszy telefon odebrałam po Nowym Roku i padła wtedy propozycja by pokazać pastelową Wielkanoc w Ciasteczkolandii . Sesja musiałaby się odbyć możliwie szybko, a ja wiedziałam, że mój stary, biały, wymarzony kredens (dla którego w projekcie domu ściana poszerzana była, choć go jeszcze fizycznie jeszcze wówczas nie było) stoi nieodnowiony w garażu i że za żadne skarby Robert w tydzień  go nie odnowi, bo na narty wyjazd ma zabukowany. A zależało mi, żeby ten kredens był. Bo on ważny dla mnie bardzo. Odmówiłam. I choć smutno mi było, bo to przecież wyróżnienie, pamiątka taka ładna. Dorota na to, że to nic, że Robert ma na narty jechać, a my się na sesję do grudniowego, świątecznego numeru umówimy…

Lato się kończyło, a ja ozdoby świąteczne w kartonach ze strychu znosiłam, pierniczki piekłam, zabawnie było bardzo. Nie chce myśleć co sąsiad widząc Roberta z choinka do domu wchodzącego pomyślał sobie wtedy o nim…

Sama sesja była bardzo miłym dniem, ale gdy zdjęcia były gotowe okazało się, że nasz dom nasz był ostatnim fotografowanym w numerze i na reklamy tylu chętnych było, że okroić by nasz materiał trzeba znacząco, a szkoda było wszystkim. Ponieważ  to sesja z choinką, to zdjęcia rok musiały czekać, by światło dzienne ujrzeć.

Rok minął błyskawicznie i oto jest. Ciasteczkolandia w ,,Moim Mieszkaniu”. Grudzień 2017. Trzy egzemplarze owinę w papier i schowam na strychu. Kiedyś dzieciom pokaże, choć ufam, że i bez tego dom rodzinny i święta nasze zapamiętają…

Z tego miejsca uściski wielkie dla Dorotki Jaworskiej za to, że zauważyła w naszym domu coś, co ja chyba też trochę widziałam, ale w co nie do końca wierzyłam i dla Joli Musiałowicz  zdolnej i doświadczonej stylistki  (mam nadzieję Jolu, że baniak ma mleko w Twoim ogródku czasem Ci mnie przypomina…). Ewie Jagalskiej serdecznie dziękuję za długie rozmowy przez telefon, a potem przelanie tego w tak piękny i ciepły tekst. Piotrowi Mastalerzowi, świetnemu fotografowi, który nie wiem czy bardziej imponuje mi swoją fotograficzna wiedzą czy tym jakim jest fajnym człowiekiem, dziękuję za piękne zdjęcia, ale jeszcze bardziej za to, że do dziś jest moim kolegą (Piotr melduj się jak będziesz na Śląsku, zrobię żurek 😉 )

Jeśli tacy ludzie tworzą magazyn wnętrzarski, to nic dziwnego, że jest on od lat w czołówce najlepiej się sprzedających w Polsce…

Kochani, będzie mi ogromnie miło, jeśli maczając pierniczki w popołudniowej kawię,  sięgniecie po grudniowy numer ,,Mojego Mieszkania”

Ściskam mocno

 

Czekoladowa chmura (najlepsze ciasto czekoladowe bez mąki)

Aga Sz. ciasta, czekoladowe, Strona glowna banner, torty 2 Comments

czekoladowe ciasto bez maki najlepsze

Intensywnie czekoladowe, kojące, wyjątkowe.  Sprawdzi się jako szybki tort- niespodzianka, świetne na deser, kiedy wpadną znajomi, ale także na jesienna chandrę i złamane serce.

Dodatek pomarańczy i likieru Cointreau nie jest konieczny, ale jeśli posiadacie na stanie,  bardzo słuszne będzie ich użycie.

Robi je się prosto, zawsze się udaje. Przepis pochodzi z pierwszej książki Nigelli Lawson, piekę je od ponad dziesięciu lat. To jeden z najlepszych przepisów na blogu…

Składniki:

(wszystkie powinny być w temperaturze pokojowej)

  • 250 g ciemnej czekolady (min. 70% zawartości kakao)
  • 125 g miękkiego masła
  • 6 jajek: 2 całe, 4 z żółtkami oddzielonymi od białek
  • 170 g cukru
  • 2 łyżki likieru Cointreau (albo Grand Marnier) -opcjonalnie
  • starta skórka z umytej, wyparzonej, najlepiej ekologicznej pomarańczy -opcjonalnie

Na wierzch:

  • 500 ml śmietany kremówki ( schłodzonej!)
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 1 łyżka likieru Cointreau (albo Grand Marnier)- opcjonalnie
  • 1 łyżeczka gorzkiego kakao

Dno tortownicy o przekroju ok. 23 cm wyłożyć papierem do pieczenia.

Czekoladę połamać na kawałki i stopić w kąpieli wodnej.

Odstawić, dodać masło, pomieszać i poczekać aż masło całkiem się stopi.

Ubić 4 białka na pianę, a następnie dosypywać stopniowo 100 g cukru, aż stanie się ona sztywna, błyszcząca, ale nie za długo, tylko do momentu, kiedy zacznie zachowywać swój kształt.

W drugiej miseczce zmiksować  2 jajka,   4 żółtka z resztą (70g) cukru, na jasną masę, a następnie dodać do niej rozpuszczona wcześniej czekoladę z masłem.

Kilka łyżek piany z białek dodać do czekoladowej masy, przemieszać, a potem dodać resztę i całość delikatnie połączyć mieszając.

Masę przelać do przygotowanej tortownicy.

Piec w nagrzanym do temp. 180 stopni C. temperaturze przez 30-40 min. do momentu aż środek nie będzie już płynny.

Wyjąć z piekarnika i ostudzić w formie.

Ciasto w miarę stygnięcia ciasta, jego środek będzie się zapadał i tak ma być. utworzy się taki ,,krater” idealny by wypełnić go śmietaną.

Nie przejmujcie się również nierównymi, kruszącymi się trochę bokami, taki jest urok tego ciasta, tak ma być!

Gdy ciasto przestygnie, obrysować nożem boki i wyjąć z formy.

Śmietanę ubić, dodać ekstrakt waniliowy i likier, chwilę całość zmiksować.

Wypełnić zagłębienie ciasta śmietaną. Przed podaniem oprószyć za pomocą sitka gorzkim kakao.

Samych pięknych, czekoladowych chwil Wam życzę…

sernik z awokado i limonką wegański bez pieczenia

Sernik z awokado i limonką (wegański, bez pieczenia)

Aga Sz. ciasta, ciasta z owocami, fit, PRZEPISY, serniki, Strona glowna banner 2 Comments

swernik z awokado wegański z limonką bez pieczenia

Delikatny, kremowy torcik bez pieczenia dla miłośników awokado i zdrowych słodkości. Limonka sprawia, że ciasto nie jest mdłe, syrop klonowy osładza dodając fajnej smakowej nuty, a olej kokosowy po schłodzeniu dobrze scala masę. Osoby, które przyzwyczajone są do smaku awokado będą zachwycone, inne mogą go uznać za dziwny, nie jest to więc ciasto, które polecam podać gościom, których upodobań w tej kwestii nie znacie.

Spód:

  • 150 g ciasteczek kruchych (owsianych, bezglutenowych jakie tak lubicie)
  • 50 gram orzechów nerkowców
  • 50 g wiórków kokosowych
  • sok i skórka z 1 limonki
  • 50 g syropu klonowego

Ciasto:

  • 4 duże dojrzałe, miękkie awokado (ok. 400g)
  • 7  łyżek syropu klonowego (syrop z agawy tez będzie dobry)
  • 4 pełne łyżki oleju kokosowego
  • sok z skórka z  limonki (skórkę  sparzyć, albo tylko umyć jeśli używacie bio)

Małą (u mnie 20 cm) tortownicę z rozkładanymi bokami wyłożyć papierem do pieczenia.

Ciasteczka zmiksować w robocie kuchennym z orzechami i wiórkami kokosowymi.

Dodać do nich syrop klonowy, sok i skórkę z limonki. Ponownie zmiksować na jednolita masę.

Masę wyłożyć na jej spód tortownicy i dobrze ugnieść dłonią lub zewnętrzną stroną łyżki.

Odstawić do lodówki na min. 15 min.

Awokado obrać i dokładnie zmiksować z pozostałymi składnikami, aż do uzyskania idealnie gładkiej konsystencji.

Wylać masę na przygotowany spód.

Wstawić do lodówki na ok. 6 godz. a najlepiej przygotować go wieczorem i zostawić tam na cała noc.

Jeśli zależy nam na czasie możemy wstawić go na pierwsze pół godziny do zamrażalnika, a potem do lodówki (po 4 godz. powinien  być gotowy do krojenia).

Smacznego!

Gry i zabawy w podróży

Aga Sz. DZIECI, gry & zabawy, PODRÓŻE, Strona glowna banner 0 Comments

,,Gry i zabawy w podróży, czyli jak pokonać z dziećmi tysiąc kilometrów bez tabletu i zachować zdrowie psychiczne”. Tak powinien brzmieć pełny tytuł tego posta.

Kiedy się jest rodzicem, przygotowanie do dłuższego wyjazdu powinno obejmować także sferę podróży i nie mam na tu na myśli jedynie zapewnienia rodzinie prowiantu.

Zaplanowanie jak dzieci spędzą te kilka godzin jest niezmiernie ważne, chyba, że jest się odpornym na ,,mamooo daleko jeszcze?”, ,,nuudzi mi się” wypowiadane co cztery i pół minuty, albo też jesteście zwolennikami wręczenia młodym podróżnikom smartfona, tabletu lub zainstalowania na swoim zagłówku małego ekranu z bajką na cały czas trwania podróży. W powyższych sytuacjach zagłębianie się w dalsze meandry tego tekstu jest pewnie bezcelowe.

Jeśli natomiast chcecie podróż na wakacje/ ferie/ weekend/ wizytę u odległych terytorialnie krewnych, zapamiętać miło i spędzić owocnie, zachęcam do zapoznania się z poniżą listą pomysłów. Kreatywni rodzice z całą pewnością są w stanie sami zaplanować zabawy, nie mniej moja propozycja zaopatrzenia się w sprawdzone, naprawdę niedrogie ,,gotowce” uważam za godne rozważenia.

Gry i książeczki w które zaopatrzyłam moja brygadę kosztowały od kilku do kilkunastu złotych.

Maja widząc (pozwoliłam jej przed wyjazdem tylko pobieżnie przejrzeć), co dla nich przygotowałam sama od siebie, a w przeciwieństwie do brata jest dzieckiem skorym do instalowania aplikacji z grami w telefonach, powiedziała- ,,Mamo ja nie zabieram na drogę Ipada”. Musiała to powtórzyć bo myślałam, że źle ją zrozumiałam a wstępnie przecież nie wykluczałam zabrania go.

Ipad został, pojechały za to z nami…

Brulion zabaw w podróży– O ile kolejność pozostałych propozycji będzie przedstawiona losowo, tak ten brulion musiał być pierwszy. Coś genialnego! Taki powrót do przeszłości. Na skromnych (ale solidnych) niewybielanych kartkach, skarbnica pomysłów, zabaw, łamigłówek. Kółko i krzyżyk, statki itd.  Z tej serii wydano jeszcze ,,Brulion zabaw podwórkowych” i ,,Brulion zabaw dla każdego”. Wszystkie fajne, a cena śmieszna. Maja korzystała w nich zarówno w podróży jak i na miejscu ogrywając nas równo w kółko i krzyżyk. Bardzo, bardzo polecam… klik

Lego Friends zabawy w podróży – coś dla dziewczynek, fanki Lego Friends będą szczególnie usatysfakcjonowane. Kolorowanki, zagadki, naklejki. Dwie książeczki spięte wygodna gumką. Maja bardzo dużo i z zainteresowaniem kolorowała, projektowała. Tu uważam, cena również z gatunku zabawnych jak za jakość i ilość czasu zajętego w podróży. (klik)

100 zabaw w podróży (klik) Zestaw 50 dwustronnych kart (czyli 100 planszy) wraz ze ścieralnym pisakiem. Dziecko rozwiązuje zagadki, szuka szczegółów, rysuje, zaznacza, rozwiązuje krzyżówki, rebusy, pokonuje labirynty. Ładne rysunki, poręczne opakowanie. Przydatne nie tylko w podróży, ale także w restauracji czy kolejce do lekarza . Zamówiłam z myślą o Antku, ale Maja z Małgosią też z nich korzystały.

Dzieci kontra rodzice w samochodzie – to zabawa dla całej rodziny. Pierwsza z nich wymyślona stricte do zabawy w podróży. Zasady są proste, każdy z uczestników (oprócz kierowcy) otrzymuję kartę z kilkoma punktami np. znajdź czerwony samochód, wskaż pana w okularach, tablicę z oznaczeniem miasta i kiedy zauważy za oknem coś z listy głośno o tym informuje pozostałych pasażerów. Ponieważ młodsze nasze dzieci jeszcze samodzielnie nie czytają, zmieniłam zasady i sama wyczytywałam hasło. Dzieci uruchomiły spostrzegawczość i były żywo zainteresowane zbieraniem punktów.

Dzieci konta rodzice to druga gra z tej serii, którą posiadamy. Dwa zestawy kart, jedna z prostymi pytaniami dla dzieci, druga z trudniejszymi dla rodziców (ale dacie radę ;). Ja wybierałam pytania dla dzieci, Maja czytała pytania dla nas- rodziców. Bardzo mile pokonaliśmy, grając w nią część drogi.  Małe, zgrabne pudełko i tu znowu niska cena.

Te i wiele innych gier z tej serii znajdziecie tutaj (klik)

Kieszonkowiec geograficzny. Gdzie Rzym a gdzie Krym – Każda podróż, jest dobrą okazją do poznania geografii, dlatego spośród gier z serii ,,kieszonkowiec” wybrałam właśnie ten geograficzny. Kieszonkowiec to talia kart z państwami i ich stolicami. Można je wykorzystać na różne sposoby, zagrać w Piotrusia czy memo, ucząc się przy okazji nazw stolic, ich położenia geograficznego i symboli. Duży plus za śliczne rysunki Anny Kleszczewskiej. Pełną ofertę możecie zobaczyć na stronie Kapitana Nauki (klik), dostępne są również w Smyku, Empiku i dobrych księgarniach.

Super Quiz  (wybrałam ,,Świat”) to seria dla dzieci od 7 roku życia. Poręczne karty z opisem ciekawostek związanych z daną tematyką (o świecie, państwach i miastach, pustyniach, wulkanach itp). Na drugiej stronie znajdują się pytania, na które odpowiedzi zawarte są w tych tekstach. Słowem oprócz ciekawych, cennych informacji także ćwiczenie czytania ze zrozumieniem. Quizów jest kilka do wyboru, nawet fani piłki nożnej czy kotów znajdą coś dla siebie. Super quiz otrzymał wyróżnienie w konkursie Zabawka Roku 2017  (klik)

Kurs językowy podstawowy z płytą cd… Jeśli jedziemy za granicę, to taka płyta cd, na której lektor wypowiada po polsku a następnie w danym języku słowa, zwroty to nie tylko nauka podstawowego słownictwa, oswojenie się z nim (w przypadku j południowych melodyjności), ale przede wszystkim mnóstwo śmiechu i zabawy. Dzieci z ogromnym zaciekawieniem słuchają płyty, czekają na kolejne słowa. Można się umówić, że każdy uczestnik kolejno powtarza za lektorem, albo powtarzacie razem.

Nasz kurs zamówiłam na stronie wydawnictwa Edgard tutaj (klik), mają bardzo bogata ofertę kursów i jestem pewna, że znajdziecie kurs kraju do którego jedziecie.

Mali Odkrywcy Wielkich Miast. Dzieciom które już samodzielnie czytają, dobrym pomysłem jest podsunięcie książki, przewodnika o kraju do którego jadą, ale takiego stworzonego z myślą o najmłodszych. Gdyby celem Waszej podróży były Włochy, to polecić mogę książeczki z tej serii (klik). Można je kupić pojedynczo lub w pakiecie.

,,Mój dziennik podróży” to z kolei kreatywny sposób na zachowanie wspomnień z wakacji. Już przed wyjazdem dziecko (samo lub z pomocą rodzica) uzupełnia w nim informacje dotyczące miejsca podróży, osób z którymi jedzie, a następnie, już na wakacjach, notuje przeróżne wakacyjne informacje, wkleja bilety, zdjęcia przyjaciół, mapy. Opisuje najfajniejszy dzień, tworzy listę potraw, które jadło po raz pierwszy itp. W twardej okładce, co ułatwia korzystanie z niego już w podróży. Dostępny np. tutaj (klik)

Fajne jest to, że z każdej z tych rzeczy dzieci mogły korzystać również podczas samego już pobytu na miejscu…

Mam nadzieję, że moje propozycję okazały się przydatne, piszcie w komentarzach jeśli macie jakieś swoje sprawdzone gry i zabawy w podróży.

Szerokiej drogi !

 

 

Wenecja z dziećmi

Aga Sz. DZIECI, PODRÓŻE, Strona glowna banner 0 Comments

Podczas naszych wakacji we Włoszech, wybraliśmy się na kilka godzin tramwajem wodnym do Wenecji, żeby pokazać dzieciom to słynne miasto na wodzie.

Jako, że był wrzesień, nie dokuczał ani upał, ani nadmiar turystów (choć oczywiście nigdy ich tam nie brakuje).

Żadnego intensywnego zwiedzania, zwykły spacer wąskimi uliczkami, plac św. Marka, przystanki na mostkach, by przyjrzeć się gondolom, gelato, pizza i breloczki na pamiątkę 😉

Fajny czas…

 

Marina di Venezia czyli nasze wakacje z Eurocamp

Aga Sz. DZIECI, PODRÓŻE, Strona glowna banner 3 Comments

Kochani! Porywam Was dziś do Włoch, w okolice Wenecji, gdzie z biurem podróży Eurocamp  spędziliśmy tegoroczne wakacje.

Zobaczcie proszę zdjęcia, pod nimi napiszę Wam coś więcej o tym raju dla dzieci…

Marina di Venezia ( w katalogu znajdziecie go tutaj: klik ) to bardzo obszerny (mieści nawet 3 tysiące ludzi), zadbany, czterogwiazdkowy kemping z kompleksem basenów, zapleczem restauracyjnym i bezpośrednim dostępem do plaży. Domki Eurocamp umiejscowione są w spokojnej części obiektu w lasku piniowym, można więc liczyć na spokój, cień, a pod koniec lata na szyszki pinii 🙂

Same domki dostępne są w różnych standardach, my trochę za późno zabraliśmy się za rezerwację i załapaliśmy się na dość skromną wersję Esprit, ale domek był czysty i niczego w nim nie brakowało (była nawet praska do czosnku 😉 ). Należy jednak pamiętać, że to nie pięciogwiazdkowy hotel, a kemping. Trzeba np. zabrać ze sobą pościel i ręczniki. Taka odrobina wakacyjnego survivalu, niemniej jeśli ktoś spodziewa się luksusów, to niech może celuje w bungalow Aspect.

Kompleks basenów Aquamarina znajdujący się na terenie kempingu zapewnia atrakcje dla każdego, od basenu o wymiarach olimpijskich, przez basen ze sztucznymi falami poprzez zjeżdżalnie i kilka brodzików dla najmłodszych.

Piaszczysta, szeroka, czysta plaża znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie  kempingu ( z  naszego domku mieliśmy spacerem ok. 10 min.)

Z pobliskiego portu w Punta Sabbioni kursują tramwaje wodne do Wenecji, więc to punkt obowiązkowy będąc tam (relacje z Wenecji pokaże w osobnym poście).

Na terenie, a także tuż obok kempingu znajdują się sklepy spożywcze ( ja jako wierna fanka Lidla wybrałam się na zakupy oddalonego ok. 30 km 😉

Atrakcją dla dzieci będzie z pewnością także plac zabaw Leo Park, pojazdy na akumulator, mini golf no i animacje.

Obiekt jest naprawdę duży, ale bardzo zadbany i świetnie oznaczony.

Do wyjazdu z Eurocamp (oprócz kilku bardzo przychylnych opinii znajomych) przekonała nas cena. Wakacje naszej rodziny samolotem z opcją all inclusive kosztowałby nas myślę minimum dwa razy więcej.

Namawiam więc rozważenie takiej opcji wakacji. Może dorośli nie odpoczną aż tak jak na wspomnianym wyjeździe z all inclusive, może momentami będziecie się złościć na mały metraż domku, trzeba będzie robić samemu śniadania, obiad czasem ugotować, ale dzieci będą Wam za nie wdzięczne do końca życia. Tego jestem pewna.

A propos zdjęć… Można taszczyć ze sobą wielki, ciężki aparat. Można nie zjeść kilku lodów (bo ktoś te zdjęcia na bloga musi w tym czasie zrobi…), ale i tak potem takie jedno znalezione w telefonie zdjęcie najlepiej podsumowuje wakacje…

Kiedy ja pisze ten post Robert wybiera nasz kierunek z Eurocamp za rok…

Bezpłatny katalog możecie zamówić już niebawem tutaj (klik)

Jeśli macie jakieś pytania, pytajcie śmiało w komentarzach, chętnie odpowiem.

Samych niezapomnianych wakacji Wam Kochani życzę…

Ostatni dzień sierpnia…

Aga Sz. DZIECI, gry & zabawy, Strona glowna banner 2 Comments

Jeśli mnie kiedyś poproszą żebym im o ich dzieciństwie opowiedziała wyciągnę z albumu te zdjęcia…
A jeśli mnie ktoś zapyta jakie mam marzenie, odpowiem, że już mi się spełniło…

Nie planowałam tego postu. Węgiel przywieźli i żeby te worki łatwiej było z przodu do tyłu domu przewieść, Robert od brata taki wózek pożyczył (brat zrobił go sam, jeszcze mu nie mówiłam, że zamiast quada na komunie, chcemy taki sam… 😉 )

Słońce już zachodziło, a zachodzi zawsze za domem tak pięknie, obsypując ogródek złotą poświatą, że aparat włączyłam. I choć sto innych rzeczy robić powinnam, chociażby tych nowych papci dla Małgosi na ten jutrzejszy pierwszy raz w przedszkolu poszukać, to usiadłam przy komputerze i zaczęłam te zdjęcia przeglądać…


I niech nikt mi nie mówi, że fotografia to bzdura, bo ja lepszego pomysłu by dobrze zapamiętać to ostatnie sierpniowe popołudnie nie miałam…

Róbcie dużo zdjęć dzieciom Kochani…

Warzywa…

Aga Sz. DZIECI, NASZ DOM 1 Comment

Nasze pierwsze grządki.

Przez głowę rodziny wybudowane. Cegła po cegle, bo choć z drewna piękne, to takie trwalsze.

Ziarenka do ziemi wkładane w rządkach równych.

Sałaty tak głupio wszystkie naraz posadzone, że potem nie wiadomo było co z nimi robić.

Słodki smak zielonego groszku, wyłuskiwanego małymi paluszkami.

Rukola wielka zaskakująco.

Spojrzenia wieczorami w niebo z nadzieją, ze deszcz przyjdzie i podlewać nie będzie trzeba.

Ostrość niepryskanej rzodkiewki.

Ogórki pnące się po sznurkach.

Miseczki emaliowane na to wszystko.

Zdziwienie w oczach dzieci na wiadomość, ze kwiaty nasturcji można jeść.

Nazwy ziół czarną farbą na cegłach napisane.

Ziemia pod paznokciami.

Pełny kompost.

I nadzieja. Ogromna nadzieja, że cała trójki choć trochę te grządki, te smaki i to lato zapamięta…

bazylia

 

Łapcie te ostatnie letnie dni Kochani…

 

Wegański pasztet z brokułu, grochu, kaszy jaglanej i suszonych pomidorów

Aga Sz. fit, PRZEPISY, Wielkanoc, wytrawne 0 Comments

Taki pasztet to alternatywa dla zwykłych, mięsnych pasztetów. Składa się wyłącznie ze zdrowych, wartościowych składników, które nie zakwaszają naszego organizmu. Brokuł nie jest wyczuwalny w smaku, a przyprawy można oczywiście stosować inne, wg. swoich preferencji. (ja np. nie użyłam curry i zmniejszyłam ilość ziół). Dobrze smakuje posmarowany chrzanem z dodatkiem kiszonego ogórka.

Składniki:

  • 500 g ugotowanego na pół twardo brokułu (najlepiej na parze)
  • 1 szklanka grochu ugotowanego do miękkości
  • 1 szklanka kaszy jaglanej ugotowanej
  • 2 cebule pokrojone w kostkę i zeszklone
  • 1 słoik suszonych pomidorów
  • 1/2 szklanki oliwy z oliwek
  • 1 łyżka oregano
  • 1 łyżka ziół prowansalskich
  • 1 łyżka kminku
  • 1 łyżka curry
  • 1 łyżka ostrej papryki
  • sól himalajska lub morska

Kilka suszonych pomidorów odłożyć do ozdoby.

Wszystkie składniki pasztetu zmiksować, dodać przyprawy, posolić do smaku, całość dokładnie wymieszać.

Piekarnik rozgrzać do temp. 180 stopni C.

Blachę o wymiarach 30 x 20 cm wyłożyć papierem do pieczenia, przelać masę, powtykać kilka suszonych pomidorów (jeśli kawałki są duże można je przepołowić) i piec przez 40 min.

Smacznego!

Źródło przepisu: ,,Alkaliczne gotowanie. Przy zielonym stole” Beata Sokołowska, Edyta Skorupska.

Książki na wakacje dla dziewczynek 7-9 lat

Aga Sz. DZIECI, książek, książki, RECENZJE, Strona glowna banner 0 Comments

Kochani zaglądam dziś do pastelowej biblioteczki mojej Mai. Poprosiłam by wypełniła ją książkami, które poleciłaby koleżankom do czytania na wakacje. Zobaczcie co wybrała…

Pierwszą samodzielnie przeczytaną przez Maję książką było ,,Moje szczęśliwe życie”, a potem cała reszta z serii o Duni autorstwa Rose Lagercrantz wydawnictwa Zakamarki.

Prześliczne książki o wszystkim tym co dotyczyć może uczennicy pierwszej klasy. Mnóstwo w nich emocji, uczuć, obaw, rozterek, problemów przedstawionych z punktu widzenia dziecka. Pojawiają się w niej tematy przyjaźni, rodziny, szkoły. Młodemu czytelnikowi czytanie ułatwia prosty język, duża czcionka, przejrzysty układ strony, pojawiają się oczywiście rysunki. Maja uwielbia te książki do dziś i często do nich wraca. Imieniem bohaterki nazwała nawet swojego ukochanego chomika 😉

Z serii ukazały się kolejno: ,,Moje szczęśliwe życie”, ,,Moje serce skacze z radości”, ,,Kiedy ostatnio byłam szczęśliwa”,  ,,Życie według Duni” i ,,Do zobaczenia następnym razem”.

Mamy do tych książek ogromny sentyment. Wszystkie zamawiałam tutaj (klik)

,,Nelka marzycielka” i ,,Nelka i jej prawdziwa przyjaciółka” Abby Hanlon to książki wydawnictwa Muza.  Urocza i zabawna seria opowieści o małej dziewczynce Nelce, która z pomocą wyobraźni próbuje oswajać swoje lęki. Opowiada o problemach z rodzeństwem  i o szkolnej przyjaźni. Książki mają formę pośrednią między komiksem i tradycyjną bajką. Maja czytała je z dużą przyjemnością. Niewielki format, aż się prosi, by włożyć ją do walizki pakując się na wakacje.

Kiedy dowiedziałam się, że Katarzyna Pakosińska (tak, ta Pani z kabaretu o najbardziej perlistym uśmiechu w Polsce) napisała książki dla dzieci, byłam pewna, że to będzie coś fantastycznego i w sam raz na wakacje. Nie myliłam się. Bohaterką ,,Malina cud dziewczyna” i ,,Malina szał dziewczyna”  jest tytułowa Malina, uczennica szkoły podstawowej, która ,,nie nosi zegarka, ma problemy z matmą i koleżanką Ewą. Lubi śmieszne słowa, jajko na miękko i pogaduchy z mama i babciami…”.

Mnóstwo w nich powodów śmiechu. Czytelnik jest wciągany w akcję książki i musi wykonywać różne zadania. Dużą rolę odgrywają opowiadane rodzinne historie. Dzięki Malinie czeka Was wspaniała zabawa z największym skarbem, jaki posiadamy, czyli wyobraźnią…

Książka ,,Wiktorio, I love you” Mai Hjertzell wydawnictwa Zakamarki to ciekawa opowieść o przyjaźni inteligentnej, wrażliwej dziewczynki z bibliotekarką. Książka o dojrzewaniu, szukaniu swojej tożsamości, o codziennych troskach i radościach dziewięciolatki. Po tą lekturę powinni też sięgnąć rodzice, bo ta historia pozwala spojrzeć na świat dorosłych oczami dziecka. Pokazuje jak w lustrze nas- rodziców z cała naszą nadopiekuńczością i brakiem czasu. Przypomina co jest  najważniejsze w relacjach z naszymi dziećmi…

,,Zakochałem się w Milenie” Pera Nilssona to niewielka książeczka w twardej oprawie. Zgodnie z tym co sugeruje nam tytuł, jest to opowieść (pisana w formie pamiętnika, nawet rozdziały to pięć kolejnych dni tygodnia) chłopaka Dawida, któremu podoba się Milena. Problem w tym, że dziewczyna nie zwraca na niego uwagę. Nasz bohater próbuje kolejnych metod (na twardziela, sportowca, inteligenta…) by to zmienić. Czy któraś okaże się skuteczna? Bardzo sympatyczna lektura dla dorastających dzieci.

Obie książki wydane zostały nakładem wydawnictwa Zakaramarki 

Na koniec seria  książek Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai, które od kilku lat wybierane są książkami roku przez szwedzkie Jury Dziecięce (czyli niemal 50 000 głosujących dzieci) i tym samym nie schodzą w Szwecji z listy bestsellerów.

Ta piękna kolekcja, którą widzicie na zdjęciu nie należy Mai, a do jej koleżanki Patrycji, która z takim entuzjazmem o nich opowiada, że doszłam do wniosku, że powinnam o nich tu napisać. Dziewczynki pożyczają sobie książki i Maja przeczytała kilka z nich i także chwaliła.

Akcja książek rozgrywa się w małym szwedzkim miasteczku Valleby i jego okolicach. Główni bohaterowie, Lasse i Maja, chodzą do tej samej klasy i wspólnie prowadzą małe biuro detektywistyczne. Każdy tom to nowa zagadka do rozwikłania przez duet młodych detektywów Maję i Lassego.

Książki te również świetnie nadają się dla dzieci, które właśnie zaczynają samodzielnie czytać posiadają duża czcionka, spora ilość charakterystycznych czarno-białych ilustracji. i wciągającą akcję. Seria o Mai i Lassem uczy analitycznego myślenia, sprytu, uruchamiają wyobraźnię czytelnika.

Wielu pięknych książek przeczytanych tego lata Wam życzę.

Piszcie proszę jeśli możecie coś Mai polecić…

amarantuski

Serduszkowe amarantuski

Aga Sz. ciasteczka, fit 0 Comments

amarantuski

Urocze, składające się w 100%  ze zdrowych składników ciasteczka serduszka, których bazą są preparowane ziarna amarantusa. To taki rodzaj słodkości, której nie musimy dzieciom odmawiać i całe szczęście, bo one chętnie po nie sięgają. Bez jajek, glutenu, nabiału i cukru. Fajna baza do eksperymentów, następnym razem z pewnością przemycę w nich też ziarna chia.  Polecam!

Składniki:

(na ok. 20 sztuk)

potrzebne będą trzy arkusze papieru do pieczenia

szklanka o pojemności 250 ml.

  • 1 szklanka preparowanego amarantusa (tzw.poppingu)
  • 1/2 szklanki jasnego sezamu
  • 1/4 szklanki siemienia lnianego
  • 1/4 szklanki łuskanego słonecznika
  • 3 łyżki miodu
  • 1/2 łyżeczki cynamonu( w oryginale 1 łyżeczka) opcjonalnie
  • szczypta soli

Na patelni podprażyć ziarna słonecznika, sezamu i siemię lniane, aż nabiorą złotego koloru.

W  większym rondelku zagotować miód z cynamonem i solą. Kiedy miód zacznie bulgotać dodać popping z amarantusa i podprażone ziarna z patelni.

Całość dokładnie wymieszać.

Przygotować dwa arkusze papieru do pieczenia o wymiarach ok 30×30. Na jeden z nich wysypać mieszaninę, przykryć drugim arkuszem i rozwałkować masę na grubość min. pół centymetra.

Usunąć papier z wierzchu, odczekać chwilę (ciasteczka łatwiej będą się wykrawać, gdy masa trochę przestygnie i stwardnieje) i wykrawać ciasteczka. Warto pomiędzy kolejnym wykrawaniem maczać foremkę w oleju 9ciasto nie będzie się kleić do foremki).

Ciasteczka przełożyć na blachę i piec w temp. 150 stopni C. przez 15 min. lub do czasu aż zrobią się złote.

Przed podaniem wystudzić.

Przepis znalazłam w przeuroczej (jak sama autorka, którą miałam przyjemność poznać osobiście) książce ,,Fit  słodkości” Kingi Paruzel.

Serdeczności

 

pająki z parówek

Parówkowe pająki

Aga Sz. PRZEPISY, wytrawne 1 Comment

pająki z parówek

Parówkowe pająki są banalnie proste w wykonaniu (no może nie licząc stworzenia pajęczyny z drucików na talerzu, co na szczęście nie jest elementem obowiązkowym…). Gwarantuje, że dzieciaki będą nimi zachwycone. Na leśnych urodzinach Antosia podałam je z tostami-trójkacikami z ciągnącą się mozarellą i pomidorkami i kolacja zniknęła błyskawicznie.

Składniki:

(na 6 porcji)

  • 12 małych paróweczek (lub 6 długich przeciętych na pół) *
  • pół opakowania ciasta francuskiego
  • 1 jajko
  • łyżeczka nasion czarnuszki, kminku

* błagam zwróćcie uwagę na jakość kupowanych parówek. Naprawdę można już bez problemu kupić takie bez chemi, konserwantów z 97% mięsa w składzie.

Parówki nacinamy na końcach.

Z ciasta francuskiego wycinamy paseczki (ok. 3 cm x 10 cm) i owijamy nim kiełbaski.

Blachę do pieczenia wykładamy papierem do pieczenia i układamy na nim w owinięte parówki odstępach.

Jajko roztrzepać w  miseczce czy kubku i posmarować nim pędzelkiem z góry ciasto francuskie (dzięki niemu ciasto będzie błyszczało, a ziarenka-oczy się do niego przykleją).

Na każdej parówce przykleić po parze ,,oczu” z ziarenek czarnuszki.

Piec wg wskazówek na opakowaniu ciasta francuskiego (zapewne w ok. 220 stopniach C. przez ok. 20 min.) , aż parówkom zaczną wywijać się końcówki, a ciasto będzie upieczone.

Gotowe wyjąć z piekarnika, przełożyć na talerzyk, poczekać aż trochę przestygną i podawać nasłuchując dziecięcego ,,łaaaał”.

Inne pomysły na urodzinowe smakołyki dla dzieci znajdziecie w postach  tutaj ( klik )

Udanej zabawy

 

kruche ciasteczka orkiszowe

Kruche ciasteczka orkiszowe

Aga Sz. ciasteczka, PRZEPISY 0 Comments

Smaczne, kruche, maślane ciasteczka w zabawnych kształtach będą smakowały nawet tym dzieciom, które przyzwyczajone są do smaku ciasteczek z mąki pszennej. Fajne na przyjęcia dla dzieci. U nas przygotowane na leśne urodziny Antosia (klik), mali goście chętnie po nie sięgali.

Składniki:

szklanka o pojemności 250 ml.

  • 2 szklanki mąki orkiszowej
  • 1 szklanka pełnoziarnistej mąki pszennej
  • 2 szczypty soli
  • 200 g miękkiego masła
  • ¾ szklanki drobnego brązowego cukru
  • pół szklanki syropu klonowego (można zastąpić syropem z agawy lub miodem)
  • 1 żółtko
  • ½ łyżeczki ekstraktu waniliowego opcjonalnie)

Mąkę orkiszowa połączyć z pełnoziarnistą, dodać sól, wymieszać.

W osobnej misie utrzeć mikserem masło z cukrem na puszysta masę. Dodać syrop klonowy,  żółtko, wanilie i miksować jeszcze chwilę.

Wsypać do masy mąki z solą i wyrobić mikserem, by składniki się połączyły.

Podzielić ciasto na dwie części, owinąć folią spożywczą i odstawić na ok. 20 min. do lodówki.

Duże blachy wyłożyć papierem do pieczenia.

Wyjąć pierwszą część ciasta, rozwałkować na podsypanej mąką stolnicy na grubość ok. 5-6 mm i wycinać foremkami w kształcie liści ciasteczka.

Przekładać na blachę.

Czynność powtórzyć z drugą partią ciasta.

Piec w rozgrzanym do 180ºC (termoobieg) piekarniku przez ok. 12 min. do momentu, aż się zarumienią.

Upieczone przełożyć na metalową kratkę do ostudzenia.

Przechowywać w metalowej puszce do tygodnia spokojnie.


kruche ciasteczka orkiszowe

Dobrej zabawy przy pieczeniu przy pieczeniu Wam życzę

Szyszki fit (z preparowanym amarantusem i daktylami)

Aga Sz. fit, małe słodkości, PRZEPISY 0 Comments

Słodkie, małe, pożywne co nie co, idealne do dziecięcej rączki. Świetne na imprezy urodzinowe, czy na piknik. Dzieci je uwielbiają, a my mamy możemy być spokojne, że dajemy dzieciom zdrowe słodycze.

Składniki:

  • 100 g suszonych daktyli (idealnie bez konserwantów)
  • 70 g gorzkiej czekolady (najlepiej 70%)
  • 3 łyżki mleka (może być roślinne)
  • 100 g ekspandowanego amarantusa (tzw. popping)

Daktyle zalać wrzątkiem (tak by je przykryło) i odstawić na godzinę.

Po tym czasie odlać wodę i zblendować je na gładka masę.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej (czyli umieszczając ją w rondelku nad garnkiem z gotująca się wodą).

Daktyle połączyć z czekoladą, dodać mleko i wymieszać. Masę dokładnie wymieszać z 70 g. ekspandowanego amarantusa, dosypując stopniowo resztę nie trzeba zużyć całego, ważne by masa dobrze go obkleiła.

Formować kulki (gałkownica do lodów może się do tego zadania bardzo przydać…).

Gotowe umieścić np.w papilotkach do muffinek i odstawić do lodówki.

Jeśli nie jesteście obsesyjnymi fanami zdrowej żywności, to nie ukrywam, że te tradycyjne szyszki na bazie masy krówkowej są (jak to bywa z mniej zdrowymi rzeczami) chyba jeszcze smaczniejsze (głównie dlatego, że słodsze).

Przepis znajdziecie tutaj (klik)

Miłej zabawy przy ich przygotowaniu i smacznego!