Francuskie urodziny Antosia

Aga Sz. DZIECI, przyjęcia, Strona glowna banner 0 Comments

Kochani, dziś Francja zdobyła tytuł mistrza świata w piłce nożnej, wygląda więc na to, że to dobry moment na ten post…

Tak się w tym roku złożyło, że siódme urodziny Antosia przypadło nam świętować podczas wyjazdu wakacyjnego we Francji. Jak wiecie, zawsze staram się by urodziny dzieci moich były wyjątkowe, pomysłowe i dopracowane, a tu bach! Zorganizuj kobieto urodziny na kempingu, 1500 km od domu, w obcym kraju…

I wiecie co? Okazało się, że to nic trudnego, trzeba po prostu pewne rzeczy zaplanować wcześniej, coś zabrać coś ze sobą, odpuścić wielkie pieczenie, część smakołyków zwyczajnie kupić i cieszyć się tym dniem!

Wymyśliłam, by barwy narodowe kraju w którym będziemy uczynić motywem przewodnim urodzin. Kolory niebieski, biały i czerwony towarzyszyły nam zatem tego dnia.

Notabene Wikipedia podaje, że:

,,W czasie wprowadzania obecnie obowiązującej flagi Francji interpretacja znaczenia i symboliki kolorów flagi głosiła, iż barwa biała oznacza króla, barwa niebieska – szlachtę, zaś barwa czerwona – lud; kolory te, umieszczone na fladze symbolizować miały równość tych grup społecznych i wskazywać na ich równorzędny status.”

No to teraz  zapraszam już na fotorelację…

Jeśli wyprawiamy urodziny w innym kraju, warto oczywiście na takiej imprezie podać słodkości, charakterystyczne dla danego państwa. Choć bardzo chciałam, nie udało mi się kupić makaroników w tych trzech kolorach, ale były tradycyjne babeczki magdalenki (to te które przypominają muszelki).

Z owoców wybrałam czereśnie i granat. Czereśnie, bo kojarzyły mi się z francuskim deserem clafoutis, który do końca bardzo chodził mi po głowie, pestki granatu użyłam natomiast jako kwaśny dodatek do słodkiej bezy.

Galaretka to rzecz, którą na urodziny dla dzieci (nie tylko takich w warunkach polowych) warto przygotować. Żadna z nią praca, a zawsze znika błyskawicznie. Jeśli urodziny przychodzi nam organizować w innym kraju, warto ją zabrać ze sobą, bo za granicą bywa problem z jej dostępnością…Ograniczyłam się do galaretki czerwonej, ale gdyby paski na fladze Francji ułożone były pionowo a nie poziomo z pewnością pokusiłabym się także o przygotowanie białej (na bazie jogurtu) i niebieskiej by takie galaretkowe flagi przygotowała w szklaneczkach.

Popcorn (taki do mikrofalówki), dostępny chyba wszędzie, choć ja nasz przywiozłam, bo podobnie jak galaretka szczęśliwie nie zajmował miejsca.

Jeśli nie macie problemu z podaniem dzieciom słodyczy, to one też zawsze fajnie wyglądają na słodkim stole i warto zrobić rozeznanie w tej kwestii w sklepie. Jako, że trwały mistrzostwa świata w piłce nożnej, widziałam np.  (po urodzinach stety-niestety, sama nie wiem) M&M’sy w kolorach flagi Francji.

No i te lemoniady, w tak cudnej butelce mi się trafiły, że skrzynkę do domu przywiozłam nie bacząc na brak miejsca w samochodzie i wzrok męża mego…

I choć pewnie nie do końca było idealnie, bo beza opadła, śmietanę ubijałam dwukrotnie,  babeczki były bez kremu, to było to bardzo fajne popołudnie.

Nawet goście znaleźli w swoich walizkach ubrania w barwach urodzin (Ciocia Patrycja z sukienką ze wstążeczką jak flaga Francji była najlepsza <3 )

Antoś jak zwykle mnie wyściskał, podziękował i zaskoczony był bardzo ,,Mamo skąd ty to wszystko wzięłaś!”.

Beza z tego przepisu (tylko z granatem zamiast truskawek) (klik)

Babeczki z tego przepisu tylko bez kremu (klik)

Balony, papierowe kubeczki, rurki, foremki do babeczek i toppery do nich, pudełka na popcorn i papierowe kule, serwetki, girlandy z bibuły, świeczka  jak zawsze u nas są ze sklepu Partymika (KLIK).

Kochani, warto dbać o to, by urodziny naszych dzieci były wyjątkowe, nawet jeśli przychodzi nam je obchodzić w nietypowych miejscach.

Nikt nie nauczy ich, jak ważne jest celebrowania takich dni, podobnie jak nie wyrobi w nich estetyki jeśli nie zrobimy tego my…

Uściski

 

Nasze wakacje ze Skip Hop

Aga Sz. DZIECI, gry & zabawy, PODRÓŻE, Strona glowna banner 0 Comments

Nie jest tajemnicą naszą sympatią do marki Skip Hop, sporo z nich zabraliśmy na wakacje, by towarzyszyły nam zarówno w podróży jak i na miejscu.

Zapraszam na  przegląd naszych wakacyjnych ulubieńców tej marki…

Organizer na fotel samochodowy. Ładnie wykonany z mnóstwem przegródek, chroni by buciki małych pasażerów nie pobrudziły fotela, ale przede wszystkim pozwala przechować wszystkie podróżne ,,przydasię”dziecka. Są miejsca na bidony, przekąski, przegródki na książeczki, kolorowanki czy kredki, a nawet przezroczysta kieszonka, w której można umieścić tablet z bajką.

Przenośny organizer samochodowy.  Podczas podróży mógłby sobie leżeć na środkowym tylnym siedzeniu, w naszym przypadku (gdzie środkowe siedzenie jest również zajęte…) zastąpił mi koszyk wiklinowy, który zwykłam wozić pod nogami i na hasło ,,mama jeść”, ,,żono kawę podaj mężowi” wyczarowywać z niego  życzenia pasażerów. Nie zajmuje dużo miejsca, a mieści sporo. Ma sprytne przegródki na chusteczki, paszporty, czy mapy. Wstawki z eco skóry sprawiają, że wygląda zacnie w każdym samochodowym wnętrzu. Bardzo się z nim polubiłam podczas podróży.

Rolety przeciwsłoneczne do samochodu. Nie każdy samochód ma je w standardzie (nasz nie), a to przecież taki ,,must have” w podróży samochodem z dziećmi. Nie są duże, ale spełniają swoją rolę. Solidne, za dużo przerobiłam już tych byle jakich, na liche przyssawki z postaciami z bajek. Okazuje się, że bez robienia z samochodu Disneylandu, można oszczędzić dzieciom uciążliwych promieniami słońca. Podobnie jak pokrowce powyżej od zewnętrznej strony mają wzór ,,chevron”. Francja-elegancja i solidność.

Lanczówka Zoo. Jak nazwa wskazuje przeznaczona jest na drugie śniadania, nie mniej przyda się także w podróży czy na wakacjach. Posiada przypięcie umożliwiające doczepienie jej do ramy wózka, czy plecaka (czy jak u nas w samochodzie do drążka do mocowania ipada). Łatwa do utrzymania w czystości (można ja spokojnie wrzucić do pralki), termoizolowane wnętrze, utrzyma odpowiednią temperaturę napojów bądź posiłków. No i jej wygląd! Urocza…

Walizka Zoo. Maja i Antek spakowali swoje zabawki i książki jak zwykle w swoje Skip- hop’owe plecaki, z których korzystają na co dzień w szkole i przedszkolu.  Małgosia natomiast jako szczęśliwa posiadaczka walizeczki spakowała się do niej. To dobry pomysł, określić dziecku za pomocą plecaka czy walizeczki ile zabawek może ze sobą zabrać. Takie pierwsze wyjazdowe dylematy, wybory powodują, że dziecko czuje się odpowiedzialne za coś, docenione, że mają na coś wpływ. A sama walizeczka wystarczająco pojemna, by spakować do niej zabawki na wyjazd, czy ubranka na weekend u babci. Ma wyciąganą rączkę, jest na kółkach, więc mały podróżnik poradzi sobie sam z jej transportem (a gdy się znudzi, rodzic może skorzystać z paska i nieść ja na ramieniu…)Sprawdzi się też jako bagaż podręczny podczas lotu samolotem. W kilku wersjach kolorystycznych, my tego lata pokochałyśmy pastelowego jednorożca. Na walizeczce w tym temacie się zresztą nie skończyło…

Ręcznik Zoo. Ma wymiary 89 cm x 89 cm więc zakładam, że przeznaczony jest dla dzieci od urodzenia do 5-6 roku życia, nie mniej gdy moja 10-cio Maja go zobaczyła, uparł się by zabrać go na zieloną szkołę i tak też zrobiła, służył jej tam podobno dzielnie. Nie wnikam. Mięciutki materiał (bawełna frotte), który dobrze wchłania wodę, cudne kolory i jakość. W kilku wariantach kolorystycznych. Pamiętajcie by wyprać przed pierwszym użyciem. Cudny!

Bidon sportowy Zoo. Z silikonowym ustnikiem to nowość w ofercie marki. Od wersji z rurką różni się (oprócz ustnika zamiast rurki)  pojemnością (ten ma 414ml, te z rurką 350 ml), zabezpieczeniem przy otwieraniu i paseczkiem który umożliwia przymocowanie go do wózka czy rowerka (tu jest gumowy, co jest w mojej ocenie lepsze niż wersja materiałowa). Nie zawiera BPA, PVC oraz ftalanów i wg. producenta jest przeznaczony dla dzieci powyżej 3 roku życia. U nas układ jest taki, że z bidonów dzieci piją tylko wodę, myślę, że to dzięki nim nauczyłam je picia wody właśnie. Nie upominają się o słodkie napoje, wiedząc, że tylko wodę mogą pić z ulubionych, kolorowych bidonów.

Termos Zoo. Z serii z jednorożcem sprawdził nam się jeszcze termosik. Małgosia delikatnie mówiąc lubi jeść, ja natomiast lubię, gdy jej starsze rodzeństwo szczupłej budowy coś je, tak więc termosik przydawał się na basenie codziennie. Czasem wlewałam do niego na zupę, czasem trzymałam w nim cieple ravioli. Jeśli chcemy by potrawa zachowała swoje ciepło kilka godzin, warto przed nałożeniem napełnić na kilka minut termos wrzątkiem. Myślę, że  świetnie się sprawdzi dla ucznia, które lubi ciepłe drugie śniadania (kasze jaglaną, czy owsiankę z owocami). W komplecie wygodna widelco- łyżeczka i uchwyt na nią.

Lunchbox Bento. No to też jest super sprawa. Widzieliście je już na początku w organizerze przenośnym w samochodzie. Zwrócił moją uwagę w ofercie ponieważ wydawało mi się, że w komplecie są trzy plastikowe (mieszczące 180 ml lub 30 g) kwadratowe pudełeczka ze szczelnie zamykanymi pokrywkami na przekąski. Jako mamie trójki dzieci, ta magiczna liczba trzy daje mi poczucie sprawiedliwości i spokoju świętego (każdy dostanie swój i obędzie się bez kłótni) Niespodzianką było, że pojemniczków w zestawie jest aż sześć, czego w rozkojarzeniu swoim nie doczytałam! Etui (zamykane na zamek) w który są zapakowane to nic innego jak mini torba lodówka, od środka posiada bowiem termoizolacyje wnętrze oraz wkład chłodzący w komplecie. Pojemniczki możemy zatem zastąpić napojem, czy trzema lodami. Pojemniczki można ze sobą łączyć. Służyły nam dzielnie i w podróży i na miejscu, przechowując owoce, bakalie, chipsy jabłkowe. Bardzo praktyczne i pomysłowe.

Wiaderka do wody. Tu nie będę się za bardzo rozpisywać, zdjęcia powyżej chyba mówią wszystko… Zapewniły dzieciakom mnóstwo fajnej zabawy i radości, pół basenu się nimi bawiło. Solidne, kolorowe, z dziurkowanymi w różny sposób spodami, wkładane jedno w drugie, więc do transportu super. Hit!

Koc piknikowy. Mata, która dobrze izoluje przed chłodem i wilgocią, więc sprawdzi się zapewne w tradycyjnych, piknikowych warunkach tj. rosa, czy chłodne podłoże, ale z racji materiału świetnie spisywała się też na basenach, bo nie wchłania wody. Po rozłożeniu ma 150 cm x 150 cm, złożona natomiast składa się w zgrabny kwadrat i  można ją wówczas nosić na dwa sposoby: tradycyjnie na ramieniu, albo jako plecak. Wyposażona w kieszonkę (można ja odpiąć) o właściwościach torby lodówki, która równie dobrze pomieści książkę, telefon, klucze i bidon. Nie zawiera BPA, ftalanów i PCV. Nasza we wzór chevron, lubiany jak widać, bo zupełnie przypadkiem mama kuzynki Małgosi miała ze sobą torbę Skip Hop do wózka w tym samym wzorze (widać ją na zdjęciu poniżej).

Pojemnik na chusteczki. Tak się czasem zastanawiam kiedy przestaniemy potrzebować mokrych chusteczek i dochodzę do wniosku, ze chyba nigdy. Te buzie wiecznie pobrudzone widzę, rączki poklejone do mnie przybiegają, a nie zawsze przecież dostęp do wody z kranu jest. Ten pojemnik to niby drobiazg taki, a ułatwia życie. Szczelny, chroni przed wyschnięciem chusteczek, a nie musimy nosić całej paczki. Z silikonowym paseczkiem umożliwiającym przyczepienie do do wózka czy torby. W trzech kolorach. Lubię go.

Plecak Main Frame Wide Open. Na koniec coś dla mamy, moja wakacyjna miłość i to od pierwszego wejrzenia 😉 Jestem zdania, że dobra torba dla mamy (z możliwością przypięcia do wózka) to skarb na lata. Ten plecak, stworzony myślę przez kobietę, bo tak doskonale przemyślany, że musiał zaprojektować go ktoś kto sam mamą był. Cytując za producentem…

  • Kieszeń główna z usztywnionym, szerokim, zamykanym na suwak otwarciem
  • Dwie zewnętrzne, zamykane na suwak kieszonki
  • Łatwo dostępna, przednia kieszonka
  • Dwie boczne, izolowane kieszenie na butelki
  • Dwie wewnętrzne, elastyczne kieszonki
  • Lekki, wodoodporny materiał
  • Regulowane szelki
  • Wygodne uchwyty do noszenia w ręku
  • Uchwyty mocujące do wózka
  • Zawiera turystyczną matę do przewijania

U mnie oprócz bidonów, chusteczek, okularów przeciwsłonecznych, kluczy, telefonów, portfeli, zapasowych t-shirtów, przekąsek, kremów do opalania, ręcznika, muszelek, kamyczków, patyków i wszystkiego innego z kategorii ,,potrzymaj mi mamo” służył jako…torba na aparat. I szczerze mówię, podejrzewam nie mielibyśmy w tym roku zdjęć robionych lustrzanką z wakacji, gdyby nie on, bo drugi raz z torebką i klasyczną torbą na aparat na ramie bym nie wytrzymała. I to jej genialne szerokie otwieranie jak w torbie lekarskiej!

Tu możecie zobaczyć filmik o tej serii. Polecam, polecam, polecam!

Wszystkie produkty marki Skip Hop znajdziecie na stronie internetowej Skip hop tutaj (klik)

Na dole w zakładce ,,gdzie kupić” znajdziecie link do oficjalnego sklepu marki na Allegro oraz listę sklepów stacjonarnych i internetowych mających markę Skip Hop w swojej ofercie.

pozdrawiam wakacyjnie

 

Fréjus

Aga Sz. DZIECI, PODRÓŻE, Strona glowna banner 0 Comments

Ten post to takie post scriptum do wpisu o wakacjach na campingu La Baume (klik), który to w miejscowości Fréjus się mieści. Pomyślałam, że jeśli ktoś planuje urlop w tym mieście/rejonie, to może zajrzy, by zobaczyć jakie to przyjemne miejsce.

Fréjus to niewielkie, urocze, miasteczko z nadmorskim klimatem, ładnym portem, czystą, miejską plażą biegnącą wzdłuż głównej ulicy i wieloma restauracjami, lodziarniami i sklepikami (niech żyją magnesy na lodówkę i lawenda we wszelkiej postaci…), a nawet kołem młyńskim z którego roztacza się widok na całe miasto (moje chłopaki nie byłyby sobą, gdyby na nim nie wylądowali…). Gdy po raz pierwszy odwiedziliśmy Fréjus kropił deszcz, więc zwiedziliśmy je tylko z samochodu, ale potem byliśmy jeszcze na plaży i na piękny spacerze, gdy zachodziło w porcie słońce…

pozdrawiam serdecznie

Camping La Baume (Lazurowe Wybrzeże) z Eurocamp

Aga Sz. DZIECI, PODRÓŻE, Strona glowna banner 1 Comment

W tym roku, podobnie zresztą jak w ubiegłym, wakacyjny wyjazd zaplanowaliśmy z biurem podróży Eurocamp, tym razem jako cel wybierając Lazurowe Wybrzeże.

Gwarancja udanej pogody, bliskie sąsiedztwo wielu miast i miejsc wartych odwidzenie, tj. Saint-Tropez, Nicea, Cannes, Monaco czy Kanion Verdon (a także perspektywa bagietek i croissantów na śniadanie) spowodowały, że wybraliśmy ten właśnie rejon Europy.

Ponieważ nawet dla nas, mieszkańców Śląska pokonanie samochodem drogi na Lazurowe Wybrzeże (w naszym przypadku 1500 km) byłoby za dużym wyzwaniem, zarówno jadąc do jak i wracając zarezerwowaliśmy sobie noclegi we Włoszech nad Jeziorem Garda (na campingu San Vito w Cisano di Bardolino) i bardzo polecam taką opcje podzielenia sobie podróży. Taki przystanek to oprócz odpoczynku w podróży także możliwość zwiedzenia nowego miejsca, szaleństw na innych basenach, spędzenia odrobiny czasu we Włoszech.

Docelowo jednak spędziliśmy osiem dni na campingu La Baume w miejscowości Frejus (samo miasto pokazałam w osobnym poście tutaj klik ).

To jeden z najbardziej polecanych campingów w ofercie Eurocamp, a pięć gwiazdek na jakie został oceniony,  gwarantowały czystości, zadbany teren, mnóstwo roślinności i atrakcji.

Przy wjeździe recepcja, a w niej sympatyczny Polak, pan Robert, więc jak ktoś z angielskim na bakier, to duża szansa, że języka nie będzie musiał łamać i po polsku sobie porozmawia.

W tym roku mieszkaliśmy w domku Esprit z 3 sypialniami. Był czysty, zadbany i niczego w nim nie brakowało. Należy jednak pamiętać, że wybierając taki mobil home musimy zabrać ze sobą poszewki na pościel i ręczniki.

W domku jest oczywiście duży stół z krzesłami, ale w praktyce chyba każdy jada na tarasie…

Camping La Baume to nic innego jak basenowy raj i to dla każdego zarówno kilkumiesięcznego bobasa, jak i przedszkolaka, nastolatka po dorosłego włącznie. Obiekt posiada kilka otwartych basenów i jeden kryty. Ten dla najmłodszych (na zdjęciu poniżej), kolorowy z brodzikiem i powierzchnią wykorzystaną tak by zapewnić maksimum atrakcji maluchom, posiadał fajną zjeżdżalnie, więc i starszaki chętnie szalały tam zjeżdżając na dmuchanych zabawkach…

Tuż przy nim znajdował się, głębszy basen z niego korzystały dzieci w dmuchanych kółkach i dorośli, a obok taki z trzema zjeżdżalniami oraz kryty.

Jakby komuś było mało basenów to w bezpośrednim sąsiedztwie znajdzie jeszcze taki, otoczony palmami (tu znajdziecie cień), a to jeszcze nie koniec…

Camping posiada oczywiście place zabaw, boiska, korty oraz skate park do szaleństw na deskach czy rolkach. Jeśli wasze dzieci korzystają z hulajnóg, to polecam je ze sobą zabrać, przydają się do jeżdżenia po terenie campingu.

Wracając do basenów, na koniec mój faworyt, piękny, umiejscowiony w innej części campingu niż reszta, z mnóstwem palm, miało się tu wrażenie, że jest się gdzieś znacznie dalej niż we Francji. Oprócz czystości, ciepłej wody, pięknego otoczenia, ogromnym atutem wszystkich basenów tego campingu była bezproblemowa dostępność (mówię tu końcówce czerwca) bezpłatnych leżaków. Bez znaczenia było czy przyszliśmy na basen o dziesiątej, dwunastej czy szesnastej zawsze czekało na nas kilka, a często kilkanaście leżaków do wyboru. Było ich naprawdę sporo.

Na terenie campingu jest oczywiście restauracja, supermarket, sklep z pamiątkami, pralnia. Do Lidla (mąż żartuje, że bez jego obecności tego nigdzie się nie ruszam) tylko kilka minut drogi.

Fakt, że Saint- Tropez, Cannes, Nicea czy Monaco to kwestia przebycia 40-80 km powoduje, że nie trzeba poświęcać całego dnia pobytu (i ku rozpaczy dzieci rezygnując z basenów), można na spokojnie przedpołudniem bawić się na basenach, a po obiedzie wybrać do któregoś z tych miast.

Podsumowując  gorąco polecam ten camping szczególnie osobom z dziećmi, bo baseny są absolutnie fantastyczne! Te kilka kilometrów do plaży w centrum Frejus nie jest absolutnie żadnym problemem i warto się oczywiście wybrać nad morze, ale przy basenach jakie oferuje ośrodek i wygodzie za tym idącą, myślę, że to z nich częściej byście korzystali.

Na koniec tradycyjnie nasze wakacyjne selfie z telefonu 😉

Samych pięknych wakacyjnych wyborów i ślicznej pogody Wam życzę, a Eurocamp Polska dziękujemy za kolejne już, udane i niezapomniane rodzinne wakacje…

Ofertę wszystkim campingów Eurocamp znajdziecie tutaj (klik)

Jeśli macie jakieś pytania, piszcie śmiało, chętnie odpowiem…

Słoneczne uściski

Na zdjęciach mogliście zobaczyć również…

Okularki przeciwsłoneczne, które chroniły oczy dzieci przed słońcem są marki Babiators (Małgosia- Wicked white 3-7 lat, Maja-Aces Navigator, galactic gray pink lenses, Antoś- Aces Aviator, black ops black blue lenses) ze 100% ochroną UVA i UVB, mięciutkie, wygodne, modniarskie, dzieciaki nie chciały ich ściagąć. Znajdziecie je tutaj (klik)

Sandałki dziewczynek widoczne na zdjęciach to Ria Menorca (Maja- Siria, Małgosia- Peach glitter) ze sklepu El Pomelo (kilk)

Przewodniki o Lazurowym Wybrzeżu zamawiałam w księgarni internetowej Profit24.pl  (klik)

Crumble owsiano- kokosowe z rabarbarem

Aga Sz. ciasta z owocami, desery, PRZEPISY, Strona glowna banner 0 Comments

Doczekałam się rabarbaru w ogródku, więc dziś przepis na banalnie prosty, szybki deser z rabarbarem w roli głównej właśnie. Ciepły, miękki, maślany, kwaskowaty rabarbar okryty, chrupiąca kruszonką na bazie płatków owsianych i kokosa. Jeśli macie pod ręką truskawki, śmiało dorzućcie ich też garść, będzie jeszcze pyszniej. Dla nie to idealny czerwcowy deser…

Składniki:

  • kilka łodyg rabarbaru
  • 120 g masła (a jeszcze lepiej 100 gram masła i 20 gram oleju kokosowego nierafinowanego)
  • 5 łyżek mąki pszennej
  • 1 łyżka mąki kokosowej
  • 20 g mąki kokosowej
  • szczypta soli
  • 7 łyżek płatków owsianych
  • 6 łyżek wiórków kokosowych
  • 3 łyżki pestek słonecznika
  • 5 łyżek cukru (najlepiej kokosowego, brzozowego ale brązowy i zwykły też mogą być)

Rabarbar umyć, obrać, pokroić w kilkucentymetrowe słupki i rozłożyć na dnie naczynia, w którym będziemy go zapiekać.

Pozostałe składniki wymieszać dokładnie w miseczce palcami, tworząc kruszonkę.

Posypać nią równomiernie rabarbar.

Piec w piekarniku nagrzanym do temp. 200 stopni C. przez ok 15-20 min., aż kruszonka się zarumieni i będzie chrupiąc

Najlepiej smakuje na ciepło, podane z lodami.

Smacznego!

,,O czym szumią drzewa” Peter Wohlleben

Aga Sz. DZIECI, KSIĄŻKI, książki 0 Comments

O tym, że Peter Wohlleben wydał książkę dla dzieci wiedziałam już wtedy, gdy pisałam poprzedni post o książkach w biblioteczce małego leśnika (klik), znając jednak poprzednie książki tego autora, przeczuwałam, że będzie ona tak wyjątkowa, że warto będzie poświęcić jej osoby post… Nie myliłam się. Zapraszamy Was dziś zatem z Antosiem do lasu, by opowiedzieć o bardzo niezwykłej książce…

Zacząć powinnam od tego, że autor książki Peter Wohlleben to leśnik z ponad dwudziestoletnim stażem, absolutny fascynat przyrody, jej wybitny obserwator i ekolog z powołania. Tata moich dzieci z nieukrywaną przyjemnością i zainteresowaniem przeczytał wszystkie trzy bestselerowe książki Petere Wohlleben’a czyli ,,Sekretne życie drzew”, ,,Duchowe życie zwierząt” i ,,Nieznane więzi natury”.  Do dziś jest pod ogromnym wrażeniem wiedzy autora i sposobu jej przekazywania. W trakcie wspólnych, rodzinnych rozmów, spacerów opowiadał nam o ciekawostkach które w nich przeczytał. O tym jak drzewa potrafią się ze sobą porozumiewać, jak dbają o potomstwo, jak potrafią się ze sobą przyjaźnić a nawet sobie współczuć. Mówił o mądrości, sprycie i uczuciach zwierząt, które okazują się być pod tym względem tak bardzo podobne do ludzi. O niewiarygodnych wręcz powiązaniach ekosystemu, który sprawia, że natura tak dobrze ze sobą współgra i o roli człowieka jaką w tym świecie odgrywa.  Jeśli ktoś interesuje się przyrodą, otaczająca go naturą, albo zwyczajnie lubi poszerzać swoja wiedzę o świecie w przyjemny sposób, to jest to pozycja absolutnie obowiązkowa. Po lekturze tych książek inaczej patrzy się na las. Szczególnie polecam ślicznie wydane wersje ilustrowane.

Dzieciom pewne informacje z książki mąż starał się upraszczać, tłumaczyć tak, by mogli zrozumieć, więc kiedy wydawnictwo Otwarte napisało do mnie  z informacją, że Peter Wohlleben wydał książkę dla dzieci, aż mi się ciepło na sercu zrobiło, bo wiedząc ile wiadomości Peter Wohlleben może dzieciom przekazać wiedzę (jest on także założycielem Akademii Leśnej i od ponad dwudziestu pięciu lat zabiera grupy dzieci na niezapomniane wycieczki do lasu) mogłam przypuszczać, że będzie to ważna książka w życiu Antka. Gdybym miała wybrać jedną, jedyną książkę spośród wszystkich o lesie, które Antoś posiada, wybrałabym właśnie ,,O czym szumia drzewa”…

Książka jest napisana (i tu brawo dla tłumacza) w sposób, który wciąga czytelnika (nie tylko tego małego…) Autor nie zanudza, przekazuje tylko to co ciekawe. Tłumaczy, wyjaśnia, zaskakuje. Chwytliwe tytuły rozdziałów tj. czy w lesie jest internet, czy drzewa maja pryszcze, jak działa leśna klimatyzacja rozbudzają ciekawość dziecka. Quizy i pomysły na zabawy to dodatkowy atut, który z pewnością spodoba się ciekawym świata dzieciom. Jest przyjemnie ilustrowana i oprawiona w grubą okładkę. Skierowana dla dzieci w wieku 6+, ale jestem w stanie nią zainteresować moją czteroletnią Małgosię, jeśli oczywiście czytam niewielkie fragmenty.

Moim zdaniem książka ta powinna być wpisana jako obowiązkową lektura szkolna dla dzieci.

A Antoś? Z każdym kolejnym miesiącem kocha ten nasz las coraz bardziej. Na spacerze dostrzega detale, których ja nie widzę, ma siedem lat, a opowiada mi w lesie o rzeczach o których nie miałam pojęcia.

Pewnego dnia na spacerze wszedł w głąb lasu i powiedział:

-Wiesz mamo, ja już chyba na pewno będę tym leśnikiem.

-Dlaczego synu?- spytałam

– Bo kocham przyrodę.

Bardzo liczę na to, że w na swojej drodze edukacji szkolnej Antek spotka dobrego nauczyciela biologii, który jeszcze bardziej rozwinie jego skrzydła w tym temacie. Peter Wolleben byłby do tej roli idealny…

Oprócz tego, że ten mój mały leśnik ma szczęście mieszkać w lesie, ma też szczęście mieć tatę, który mu w tym odkrywaniu przyrody pomaga, wspiera, przekazuje swoją wiedzę i sam dokształca by móc nauczyć go czegoś nowego. Ich męskie leśne wycieczki, wspinanie się na najwyższe wierze obserwacyjne w lesie, wieszanie budek dla ptaków, wyjazdy by zobaczyć las po przejściu nawałnicy, czy akcja pozyskiwanie soku z brzozy to ich codzienność.

Wszystkie książki Petera Wohlleben’a znajdziecie tutaj: klik

Fragmenty książki oraz inne ciekawostki o książce tutaj: klik

Myślę, ze to od nas rodziców zależy jak nasze dzieci będą postrzegały naturę, jaka będzie ich wiedza i stosunek do przyrody, czy wyrzucą w lesie papierek, czy raczej go podniosą.

Książka ta, pomaga tą dobrą drogę dzieciom wskazać.

Raz jeszcze gorąco polecam książkę ,,O czym szumi las” Waszej uwadze.

Pozdrawiamy z lasu!

& Antoś

ps. Peter Wohlleben wydał właśnie kolejną książkę z myślą o dorosłych czytelnikach pt. ,,Instrukcja obsługi lasu” (dostępną od 4.07.2018r). Muszę zadbać o to, by Antek sprezentował ją swojemu tacie…

Lekki tort brzoskwiniowo- śmietankowy na Komunię

Aga Sz. PRZEPISY, torty 2 Comments

Prosty, skromny, lekki z brzoskwiniową nutą. Bez ciężkich kremów i niepotrzebnych ozdób. Taka była moja wizja tortu komunijnego Mai. Rumianek do jego ozdoby wybrała sobie już sama…

Spokojnie wystarczy dla 25 gości

Biszkopt:

Na dwie tortownice 20 cm i 24 cm

(szklanka o objętości 250 ml)

  • 12 dużych jajek (najlepiej w temperaturze pokojowej)
  • 1 i 1/2 szklanki mąki pszennej tortowej
  • 3/4 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 350 g cukru (najlepiej drobnego)

Białka ubijać ze szczyptą soli, pod koniec ubijania dosypywać stopniowo cukier.

Miksując na wolnych obrotach dodawać po kolei żółtka.

Do masy jajecznej przesiać mąkę i delikatnie, najlepiej za pomocą szpatułki wymieszać tak by dokładnie wmieszać ją w masę. Czynność tą wykonywać ostrożnie tak by białka nie opadły.

Spody tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia.

Boków nie smarować!

Przelać ciasto do dwóch tortownic (powinno wypełnić każdą z nich do 2/3 wysokości)

Piec na jednej wysokości w nagranym do 170º C piekarniku przez ok 30-35 min.

Większy biszkopt będzie się piekł kilka minut dłużej (wbity w biszkopt patyczek powinien być suchy).

Upieczone biszkopty wyciągnąć i upuścić w formie na podłogę ( z wysokości kolan, podłogę najlepiej zabezpieczyć ściereczka kuchenną), tak by spód uderzył o podłogę.

Nie jest to czynność niezbędna, gwarantuje natomiast, że biszkopt stygnąc nie opadnie.

Odstawić do ostudzenia.

Przełożenie:

  • 700 ml schłodzonej śmietany kremówki (jeśli macie opakowania po 330 ml to dwa także wystarczą)
  • 200-250 g serka mascarpone
  • 3 łyżki cukru pudru
  • brzoskwinie z puszki (ok. 7 szt.) (syrop zachować)
  • dobrej jakości dżem z brzoskwini lub moreli
  • opcjonalnie (np. jeśli tort będzie przygotowywany dzień wcześniej) warto rozważyć użycie usztywniacza do śmietany, tzw śmietan fix’u

Każdy z biszkoptów przeciąć na trzy części uzyskując łącznie sześć blatów.

Do 1/3 szklanki syropu z brzoskwiń dodać tyle samo przegotowanej wody i wymieszać ; posłuży nam to do nasączenia blatów.

Kilka połówek brzoskwiń (ok. 6-7 sztuk) pokroić w kosteczkę.

Śmietanę ubić, (jeśli używacie śmietan fix’u to należy go dodać po krótkiej chwili miksowania), pod koniec ubijania dodać cukier puder i stopniowo, po łyżce serek mascarpone.

Zaczynając od blatów dużych biszkoptów, pierwszy z nich nasączyć  kilkoma łyżkami syropu brzoskwiniowego z wodą, posmarować cienka warstwą dżemu, a na niego wyłożyć kilka łyżek śmietany z mascarpone.

Kolejny blat również nasączyć, pokryć cieniutko śmietaną i posypać pokrojonymi brzoskwiniami i ponownie przykryć je śmietaną.

Następny (ostatni z dużych) blat, ułożyć na torcie i również pokryć śmietaną.

Podobnie postąpić z warstwami mniejszego biszkoptu. Każdy z nich odrobinę nasączyć, jeden posmarować dżemem i śmietaną, drugi pokryć śmietaną z pokrojonymi brzoskwiniami.

Najwyższy blat pokrywamy tylko śmietana. Boków nie smarować!

Do ozdoby:

gałązka gipsówki, rumianek lub inne kwiaty.

Drewniany topper wbity w tort (może zawierać również imię dziecka) zamówiłam w Cut it now (klik)

Przed podaniem  możemy oba biszkopty  przechowywać w lodówce osobno, w dwóch pudełkach na tort,  złożyć i ozdobić dopiero przed podaniem.

Po więcej komunijnych inspiracji zapraszam tutaj: (klik)

Udanych wypieków i pięknej uroczystości Wam życzę…

Rustykalna Komunia Mai

Aga Sz. DZIECI, NASZ DOM, przyjęcia

Komunia Mai za nami.  Żeby nie zanudzać, pokażę Wam tylko migawki z przygotowań, słodki stół i trochę detali. Było prosto, sielsko, tylko odrobinę elegancko. Biały len, juta, kilka metrów sznurka, trochę koronki, skromny tort ozdobiony rumiankiem co to nam niespodziankę sprawił i na tyłach ogródka zakwitł… Pod zdjęciami napiszę trochę więcej.

Na białym, lnianym obrusie rozciągnęłam jutę kupioną na metry. Z juty wycięliśmy też z Robertem chorągiewki, ozdabiając je papierowymi, ażurowymi serwetkami i przyczepiając na sznurku zrobiliśmy girlandy.

Proste białe serwetki przewiązałam najzwyklejszym sznurkiem i włożyłam do nich sztućce. Na stołach ustawiłam wazony, ozdobiłam koronkową wstążką i wstawiłam do nich gałązki gipsówki.

Większą część imprezy i tak wszyscy w ogrodzie spędzili, bo pogoda była piękna tej ostatniej majowej niedzieli.

W oknach powiesiłam białe pompony tiulowe, a na trasie kremowe (Pomponove klik), które moim zdaniem są zdecydowanie bardziej odpowiednie niż balony, które mi do tego święta jakoś nie do końca pasują.

Prosty wianek na głowę Mai został upleciony z mirtu (Aniu dziękuję Ci za niego!). Dokładnie o takim marzyłyśmy.

Zarówno do alby, którą Maja miała na sobie tylko w kościele, jak i do prostej kremowej sukienki, w której biegała do wieczora, pasowały złote sandały (El Pomelo klik). Ręcznie szyte, skórzane, piękne i wygodne, w których teraz Maja przechodzi zapewne całe wakacje. Dla mnie milion razy lepsza/rozsądniejsza sprawa niż oklepane lakierki z tandetnymi ,,brylancikami” na obcasiku, które dziecko będzie miało na nogach kilka godzin (o ile  wcześniej nie obetrą…).

W kwestii słodkości:

Tort najprostszy na świecie tzw. naked cake, czyli tort który ma nieobłożone boki, tym razem brzoskwiniowy, ozdobiony gipsówka i rumiankiem z drewnianym topperem ,,Komunia Święta” (Cut it now klik). Przepis n tort tutaj (klik)

Babeczki migdałowe z kremem, w subtelnych, eleganckich papilotkach (Partymika klik). Tam też znajdziecie sielskie, jednorazowe talerzyki z brązowego papieru, rurki i sznurki itp.

Oprócz tortu i babeczek był jeszcze biszkopt z mandarynkami z syropu z galaretką, sernik krojony w kosteczkę i tort z truskawkami mojej mamy (których zabrakło na zdjęciach)

Z drobnych słodkości na słodkim stole znalazły się pasujące do klimatu moim zdaniem rurki waflowe, ciasteczka anyżki, kruche, maślane ciasteczka z napisem Komunia Mai, waniliowe wafelki, białe pianki marshmallow.

Były też lody i tu polecam wafelki i miseczki waflowe, bo odpada zmywanie… 😉

Na obiad podaliśmy żurek mojej roboty (bo robię podobno niezły) i zamówiliśmy catering; koryta z grilowanym mięsem, pieczonymi ziemniakami. pierogami, śliwkami w boczku, te klimaty ( w Chacie Polaka w Gliwicach-polecam jeśli ktoś z okolicy, wesele tam mieliśmy i tak nas sentyment i dobra kuchnia tam ciągnie). Takie sielskie klimaty kochamy od zawsze, jakoś mi tu eleganckie nadziewane mięsa nie pasowały.

Naprawdę kochani, niewiele trzeba, żeby w takim dniu było lekko, naturalnie bez przepychu, a ładnie…

Piszcie śmiało, jeśli macie pytania, coś pominęłam, albo mogę jakoś pomóc.

Serdeczności

Najpiękniejsze książki dla dzieci o miłości macierzyńskiej

Aga Sz. DZIECI, książek, książki, RECENZJE, Strona glowna banner 2 Comments

Dziś mija dokładnie dziesięć lat, od kiedy po raz pierwszy raz zostałam mamą, za kilka dni Dzień Matki, a zaraz potem Dzień Dziecka. Pomyślałam, że to dobry moment, by przedstawić książki o miłości macierzyńskiej. Wybrałam trzy, które w prosty, ale niezwykły sposób opowiadają małemu czytelnikowi o tym wyjątkowym uczuciu. Najpiękniej jak się tylko da…

,,Kiedyś” Alison McGhee i Peter H. Reynolds, wyd. Mamania

Zwykle robiąc takie przeglądy, książki przedstawiam w przypadkowej kolejności, dziś jednak zacznę o tej moim zdaniem najpiękniejszej…To książka, która jest wyznaniem matki do córki. Ukazuje ulotność macierzyństwa i koło które się na tym obszarze zatacza. Opowieść o ulotnych momentach, które budują wspomnienia. O zwyczajnych, codziennych czynnościach tworzących więź na całe życie między mamą a córką. Nie chce tu pokazać za dużo na zdjęciach, bo bardzo bym sobie życzyła, by każda mama pewnego dnia sprezentowała ją swojej córce. Moja Majeczka dostanie ją dziś ode mnie na swoje dziesiąte urodziny, ale równie mocno chciałabym jej ją sprezentować na osiemnaste, lub gdy będzie wyjeżdżać  z domu na studia, czy sama zostanie mamą . Absolutny majstersztyk i wyciskacz łez. Ogromna dawna wzruszenia zaklęta na kilkunastu kartkach. Jeśli jesteście mamami córek, nie zastanawiajcie ani minuty, czy wasze córki powinny ją mieć. Ani minuty…

,,Miłość” Astrid Desbores i pauline Martin wyd. Entliczek

W książce tej mama odpowiada małemu chłopczykowi na zadane przez niego pytanie czy go kocha. Przytoczone zostają codzienne sytuacje, w których mama kocha dziecko i uświadamia małemu czytelnikowi, że mama kocha zawsze. Bez względu na to, czy jest czyste czy brudne, czy osiąga sukcesy, czy dopiero o nie nieudolnie walczy. Buduje wiarę dziecka w miłość mamy, daje poczucie bezpieczeństwa. Piękna opowieść o niezwykłości matczynej miłości. Uniwersalna w odbiorze, u nas wyląduje na półce Antka, bo on lubi słuchać jak go w moich uczuciach do niego utwierdzam. Również, bardzo gorąco polecam.

,,Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham” Sam McBratney, ilustracje Anita Jeram, wyd. Egmont

Z racji naszej miłości do zajączków i pastelowych kolorów ta książka już z racji samej, ślicznej okładki musiała u nas zagościć. I cudownie, ze zagościła, bo to urocze opowiadanie, która spodoba się nawet najmłodszym czytelnikom. Nie jest tu co prawda powiedziane, czy mowa o relacji rodzicielskiej, ale dzieci tak z pewnością wywnioskują, bo opowiada o małym i dużym zajączku. Pokazuje jak potężnym uczuciem jest miłość. Moje młodsze dzieci ją uwielbiają. Po kilku zdaniach, dalszy tekst jest przewidywalny, nie mniej dzieci nie opuszcza oczarowanie, co będzie dalej, czy większy zajączek zdoła kochać jeszcze bardziej. Śliczna i wartościowa.

Każdą z tych książek znajdziecie tutaj: (klik)

Z całego serca polecam je waszej uwadze.

Z pozdrowieniami

Niemapa (Zabrze)

Aga Sz. DZIECI, gry & zabawy, PODRÓŻE 0 Comments

Zabrze. Miejsce mojego urodzenia, spędzonego dzieciństwa, nawiązanych najcenniejszych przyjaźni, miasto w którym ukończyłam dwie szkoły (obie do dziś uważam za najlepsze jakie mogły mnie spotkać). Pierwsze randki, miłości, prace zawodowe, pierwsze własne mieszkanie. To w końcu miasto, w którym wyszłam za mąż,  cieszyłam się kolejnymi ciążami i narodzinami dzieci. Tysiące niezapomnianych momentów, ludzi i wspomnień. I mimo, że od czterech lat żyje oddalona nieco od Zabrza to nadal darzę to miasto ogromnym sentymentem i odwiedzam je regularnie. I gdyby mnie ktoś w środku nocy obudził i zapytał które miasto jest moim ukochanym to z pewnością powiedziałabym Zabrze. Każdy z nas ma w sercu miasto, które zajmuje w nim honorowe miejsce. Moim jest właśnie Zabrze…

Kiedy napisały do mnie dziewczyny z Niemapy (klik), że robią projekt w Zabrzu to bardzo się ucieszyłam. Małgosia i Asia to dwie młode mamy z Łodzi, które postanowiły nie marudzić, że w ich mieście nie ma co robić z dziećmi, tylko udowodnić, że jest wręcz przeciwnie. Że przy odrobinie dobrych chęci odkryć można przed dzieckiem (i wraz z nim) wiele ciekawych miejsc w każdym z miast Polski, a Niemapa miała w założeniu rodzicom pomóc. Za stronę graficzną Niemapy odpowiada studio graficzne Ładne halo i jak mówią same pomysłodawczynie projektu, był strzał w dziesiątkę. Grafiki ich autorstwa idealnie wpasowują się w całość projektu. Jest prosto, estetycznie, przejrzyście, a zarazem realnie. Projekt okazał się ogromnym sukcesem, dziś objął już dwanaście miast w Polsce, a są już plany kolejnych.

Zabrze ma to szczęście, że tamtejszy Urząd Miasta (przy współudziale finansowym i merytorycznym) sponsorów i partnerów w związku z premierą zabrzańskiej Niemapy zorganizował wystawę dla dzieci. Wystawę Piękną, przemyślaną, wartościową i estetyczną. Mnóstwo pracy włożono w jej stworzenie.  Jeśli jesteście ze Śląska, albo będziecie w Zabrzu przejazdem to gorąco zachęcam do odwiedzenie wystawy i poznania bliżej tradycji tego miasta i regionu. Jeśli natomiast jesteście mieszkańcami Zabrza, a do tego rodzicami, to jest to moi drodzy punkt obowiązkowy w Waszych kalendarzach, by miło i efektywnie spędzić z dziećmi czas, zadbać o przywiązanie do Waszego miasta. Więcej szczegółów znajdziecie pod zdjęciami.

Na wystawie odwiedzicie stadion Górnika Zabrze oraz Teatr Nowy…

Poznacie grę w kapsle i poskaczecie w kasy…

Przebierzecie się w strój górnika i dowiecie się co oznacza każdy z kolorów kasku…

Pokonacie podziemne tunele (bez obaw są do dyspozycji latarki )…

Przetransportujecie nawet na powierzchnię wydobyty węgiel (który w rzeczywistości jest pomalowaną na czarno gąbką, genialne!)…

Poznacie wiele miejsc wartych odwiedzenia w Zabrzu, środki transportu w tym mieście i śląską gwarę.

A jeśli uda Wam się przejść wszystkie tunele otrzymacie certyfikat górnika 😉

Choć nie wszyscy bywają zadowoleni, że to już koniec zabrzańskiej przygody…

To każda ,,szychta” się kiedyś kończy…

Wystawa mieści się w Łaźni Łańcuszkowej Sztolni Królowa Luiza, przy ul. Wolności 408

Otwarta jest codziennie (oprócz poniedziałku) od 10-27 maja 2018r.

w godz. 10-19

Wejście jest bezpłatne.

Jeśli jesteście z innych miast/ rejonów Polski, śledźcie na stronie lub Fp Niepampy (klik) czy i Wasze miasto ma/będzie miało to szczęście na takiej Niemapie się znaleźć

Polecam & pozdrawiam serdecznie

Nowości w biblioteczce małego leśnika

Aga Sz. DZIECI, KSIĄŻKI, książki, Strona glowna banner 0 Comments

Fascynacja przyrodą mojego siedmioletniego syna wzrasta wprost proporcjonalnie do ilości książek o tej tematyce w jego biblioteczce. Ku naszej radości wydawnictwa dla dzieci nie zaniedbują tej tematyki, dostarczając nieustannie pięknych i wartościowych pozycji książkowych, które Antek z radością poznaje.

Dziś wybrałam sześć z nich, nie wszystkie są nowościami wydawniczymi, ale my mamy je od niedawna.

No to po kolei…

,,Rok w lesie” Emilia Dziubak wyd. Nasza Ksiegarnia

Jedna z kilku książek z serii (wydano jeszcze ,,Rok na wsi”, ,,Rok w mieście”, ,,Rok w krainie czarów” i ,,Rok w przedszkolu”). Gruba, solidnie wydana, ze ślicznymi rysunkami autorki. Tekst pojawia się tylko na pierwszych stronach, na których przedstawieni są bohaterowie (zwierzęta). Na kolejnych stronach czytelnik podgląda las i zmiany jakie w nim zachodzą przez kolejnych dwanaście miesięcy. Można ją oczywiście traktować jako książkę obrazkową dla maluszków, bawić się w poszukiwanie zwierząt, ale w przypadku starszych dzieci takie książki bez tekstu dają nam rodzicom ogromne pole do popisu, pracy z dzieckiem. To prawdziwa gratka dla rodziców kochających przyrodę, las, ponieważ w pięknych sposób ułatwia opowiadanie własnymi słowami o tym co dzieje się na kolejnych stronach. Potrafi wciągnąć, zaciekawić i wiele nauczyć. Do tego posiada jedną z ładniejszych okładek jakie mamy na regale.

,,Wielka księga robali” Yuval Zommer wyd. Wilga.

Kiedy trafiłam w internecie na tą książkę, od razu wiedziałam, że to coś dla Antka, niestety okazało się wówczas, że jej nakład został wówczas wyczerpany. Niedawno szczęśliwie wróciła do sprzedaży. Jak tytuł sugeruje, rzecz dotyczy robali (szczęśliwie tylko tych ogrodowych). Książka w przystępny sposób odkrywa przed nami sekrety życia pszczół, pasikoników, chrabąszczy, pająków, much czy biedronek. Ogromnie ciekawa, bardzo przyjemnie ilustrowana, Antek ją uwielbia. No i ta piękna okładka…Zdecydowanie polecam, każdy mały fan owadów będzie zachwycony.

Niedawno ukazała się druga książka z tej serii pt. ,,Wielka księga ssaków” tego samego autora, pełna ciekawostek z życia ssaków tj. lis, wilk, pawian, hipopotam, a także mniej znanych tj. binturong, ratel  itp. Odpowiada m.in. na pytania po co jeżozwierz ma kolce, czy hieny się śmieją, czy nietoperze są ślepe i kto jest największym kotem na świecie.

,,Mały atlas ptaków” Ewy i Pawła Pawlaków wyd.Nasza Księgarnia.

Niby to atlas, czyli przegląd gatunków, ale inny niż można by się spodziewać…

Znajdziemy w niej opisy poparte rysunkami i zdjęciami dwudziestu najpopularniejszych, występujących w Polsce gatunków ptaków. I to jest świetne, opisuje ptaki, które dzieci mogą znać ze spacerów i stanowi najlepszy moim zdanie wstęp do ornitologicznej przygody małego człowieka. Same opisy też w niczym nie przypominają takich z nudnego, tradycyjnego atlasu. By zaciekawić dzieci (choć i zapewniam, że i nie jeden dorosły da się tej ptasiej przygodzie porwać…) autorzy postawili na zaciekawienie małego czytelnika, stąd brak opisu ile ptak ma cm, a położyli nacisk na ciekawostki (często zabawne) o tym który gatunek lubi jeść mrówki, a który żołędzie, który jest odważny, który słyszy nawet robaki pod ziemią, a który uwielbia zamieszkiwać domy w budowie, dlaczego wybierają wschodnią stronę dachu, a który i kiedy rozkłada swój wachlarz.

Książka ma świetny format, grube (!) , tekturowe kartki (spokojnie może ją oglądać samodzielnie dwulatek bez obawy, że zniszczy czy zagnie kartkę.

Moim zdaniem to najbardziej godna uwag książka ornitologiczna dla dzieci dostępna na rynku.

,,Grzyby. Dziwne fakty z życia o których nie mieliście pojęcia” Asia Gwis i Liliana Fabisińska wyd. Nasza Księgarnia.

To kolejny atlas, który z tradycyjny atlasem niewiele ma wspólnego. I świetnie!

Mnóstwo pracy musiały włożyć autorki, by stworzyć książkę, która aż kipi ona od informacji i ciekawostek w ogromniej mierze takiej, o której z pewnością i dorośli nie mieli o pojęcia. Niezwykle ciekawa opowieść o życiu tych organizmów. Książka, która uświadamia jak fascynujący jest świat grzybów. Choć położono w niej nacisk na przedstawienie zagrożeń związanych z grzybami trującymi, to cała traktuje oczywiście nie tylko o grzybach leśnych, ale także tych w postaci pleśni w serach jadalnych a nawet o grzybku…do cerowania! 😉 Znajdziecie w niej nawet prawdziwe kulinarne przepisy…

Nie jestem niestety miłośniczką takiego rodzaju rysunków/grafiki, nie mnie wartość merytoryczna tej książki mi tą kwestię rekompensuje.

To książka, którą pobieżnie można zainteresować przedszkolaka nie mniej zdecydowanie skierowana da dzieci szkolnych, ich posiadacze z pewnością nie raz błysną na lekcjach przyrody czy biologii.

,,Zwierzęta muzycy” Pedro Alcalde i Julio Antonio Blasco wyd. Esteri. wyd. Esteri

To  książka o czternastu zwierzętach, które w przyrodzie szczególnie zasłynęły z tego, że wydają charakterystyczne dźwięki.

Zgromadzono w niej mnóstwo wiedzy i ciekawostek z tego zakresu. Zdecydowanie dla większych dzieci, ciekawych świata zwierząt, które chcą poszerzyć swoją wiedzę w tym temacie.

Z  serii ukazały się również ,,Zwierzęta lekarze” i ,,Zwierzęta architekci”.

Wszystkie te książki znajdziecie np. tutaj (klik)

Sosnowe regały (których znowu nam za mało) na książki znajdziecie w sklepie Bambooko (klik)

Jeśli traficie na jakieś ciekawe książki w leśno-przyrodniczych klimatach, będę wdzięczna jeśli dacie mi znać.

Uściski

Miodowe szyszki z preparowanym ryżem

Aga Sz. ciasteczka, fit, małe słodkości, PRZEPISY, Strona glowna banner 0 Comments

Przepis na te pyszne, lekkie, zdrowe szyszki znalazłam niespodziewanie na końcu w książki ,,Pszczoły” Joachima Pettersona, którą czytał mój mąż. Niespodziewanie, bo nie jest książka kulinarna, a piękny przewodnik po świecie pszczół, opowieść o i ich życiu, zwyczajach, ogromnej roli jaką odgrywają w przyrodzie, a także szczegółowy opis hodowli. To książka o wielkiej pasji i miłości do pszczół. Wszystko to pięknie wydane przez Wydawnictwo Literackie, przejrzyste, opatrzone wieloma zdjęciami i ślicznymi obrazkami. Jeśli interesujecie się przyrodą warto po nią sięgnąć, a jeśli po głowie chodzi Wam założenie pasieki, to ta książka to prawdziwy skarb. My póki zasialiśmy łąkę kwietną, żeby ułatwić tym owadom życie…

Wracając do szyszek. Proste i szybkie w wykonaniu, zawierają tylko to co zdrowe,  bardzo smakują dzieciom, dodają energii. Nic tylko je piec.

Składniki:

na ok. 20-30 szt.

  • 2 szklanki preparowanego (dmuchanego) ryżu
  • 1/2 szklanki pestek słonecznika (niesolonych)
  • 1/2 szklanki pestek dyni
  • 4 łyżki nasion sezamu
  • 50 g masła
  • 100 ml skrystalizowanego miodu

Ryż wsypać do miski, w której będziemy przygotowywać szyszki.

Pestki dyni, słonecznika i sezamu uprażyć na suchej patelni. Najlepiej robić to po kolei, zsypując uprażone ziarna do miseczki z ryżem.

Masło roztopić na małym ogniu, ściągnąć z palnika, dodać miód i mieszać aż wszystko będzie płynne.

Uzyskaną masą miodowo-maślaną zalać ryż z pestkami i sezamem i dobrze wymieszać.

Dwie blachy do pieczenia wyłożyć papierem do pieczenia, nakładać porcje ciasta (sprawdzi się do tego duża łyżka) w odstępach na blachach.

Piec w temperaturze 175 stopni C. (termoobieg) ok. 8 min., aż szyszki się zarumienią.

Wyciągnąć do ostygnięcia i nie ściągać ich z blachy aż nie wystygną! W przeciwnym razie całkiem nam się pokruszą). Tylko zimne, udaje się z łatwością ściągnąć z papieru.

Przechowywać w szczelnie zamkniętym opakowaniu np. słoju czy puszce.

Kokosowy tort bez laktozy (na Chrzest, Roczek czy Komunię)

Aga Sz. fit, PRZEPISY, Strona glowna banner, torty 6 Comments

Niewielki, lekki tort na mniej liczne uroczystości rodzinne. Bez nabiału i laktozy. Ozdobiony tak, że sprawdzi się na Chrzest, roczek czy Komunię .

Przełożony kremem z ubitej śmietanki kokosowej, lekko dosłodzonej z dodatkiem soku z limonki, by tort nie był mdły i lekko zagęszczony mąka kokosową. W połączeniu z biszkoptem smakuje jak bita śmietana z mascarpone, ale o wyraźnej kokosowej nucie.

Jeśli gości jest więcej (potrzebujecie więcej tortu), a tylko część nie toleruje mleka krowiego, można go postawić na większym, 24 cm biszkopcie, przełożonym klasycznie bitą śmietaną z mascarpone, czy kremem (tak by tworzył jego piętro), wówczas będzie wyglądał jeszcze dostojniej.

Wystarczy na 8-10 porcji

Składniki:

Biszkopt:

na tortownicę  20 cm

  • 5 dużych jajek
  • ¾ szklanki maki pszennej tortowej
  • ¼ szklanki mąki ziemniaczanej
  • 150 g cukru (najlepiej drobnego)

Oddzielić żółtka od białek.

Białka ubijać ze szczyptą soli, pod koniec ubijania dosypywać stopniowo cukier.

Miksując na wolnych obrotach dodawać po kolei żółtka.

Do masy jajecznej przesiać oba rozdaje mąki i delikatnie, najlepiej za pomocą szpatułki wymieszać tak by dokładnie wmieszać mąkę. Czynność tą wykonywać ostrożnie tak by białka nie opadły.

Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia.

Boków nie smarujemy!

Piec w nagranym do 170º C piekarniku przez ok 30-35 min. (wbity w biszkopt patyczek powinien być suchy).

Upieczony wyciągnąć z piekarnika i upuścić ciasto w formie z wysokości kolan na podłogę (najlepiej zabezpieczoną ściereczka kuchenną).

Nie jest to czynność niezbędna, gwarantuje natomiast (oprócz zabawy i bycia superową mamą w oczach dzieci), że biszkopt nam nie opadnie.

Krem kokosowy

  • puszka mleczka kokosowego z puszki (idealnie takiego, by w składzie było tylko mleczko, bez zagęstników itp)
  • 2 łyżki mąki kokosowej (to to samo co zmielone ,,,na mąkę” wiórki kokosowe, można tez zastąpić mielonymi migdałami)
  • łyżka ksylitolu lub cukru kokosowego (biały cukier też może być)
  • 2-3 łyżki soku z limonki

Uwaga: Mleko z puszki musi przed użyciem do kremu musi stać w lodówce min. 12 godzin.

Po otwarciu puszki wykorzystujemy wyłącznie grubą warstwę śmietanki, która zebrała się na górze puszki, woda z dołu nie będzie am potrzebna.

Śmietankę ubijamy mikserem, kiedy zgęstnieje dodajemy cukier, mąkę kokosową i sok z cytryny. Gdyby krem był za rzadki dodajemy jeszcze łyżkę mąki kokosowej.

Biszkopt kroimy tak by uzyskać trzy blaty ciasta. Każdy z nich pokrywamy warstwą kremu. Boków nie smarować, wystarczy wygładzić nadmiar kremu na bokach nożem.

Górę można posypać wiórkami koksowymi, a przed podaniem ozdobić żywymi gałązkami np. mirtu i białymi kwiatami tj. goździki, róże, jaskry.

Samych, pięknych uroczystości rodzinnych Wam życzę i udanych wypieków

Wiosenna sałatka z amarantusem

Aga Sz. fit, sałatki, Strona glowna banner, wytrawne 0 Comments

Amarantus…Jedna z najstarszych roślin uprawnych. Przez Indian nazywany ,,święta rośliną”, dziś mówi się o nim, że to zboże XXI wieku. Pełen białka, wit. B6, fosforu, magnezu, żelaza, cynku, wapnia, potasu a także kwasu foliowego i pantotenowego. Ponieważ szczęśliwie moje nasze dzieci chętnie zjadają te malutkie kuleczki, staram się by regularnie u nas gościł, najczęściej na słodko z orzechami i miodem, albo w formie sałatki, np. takiej wiosennej jak ta…

Składniki:

  • 250 g ziaren amarantusa
  • 2 pomidory (albo dwie garści koktajlowych)
  • 1 czerwona papryka
  • mały ogórek (lub pół dużego)
  • garść natki pietruszki
  • 2 łyżeczki szczypiorku
  • 1-2 ząbki czosnku
  • 4 łyżki oliwy z oliwek
  • sok z 1 cytryny
  • sól, pieprz

Ziarna amarantusa ugotować według przepisu na opakowaniu. Odstawić do ostudzenia.

Pomidora pokroić w kostkę (warto go sparzyć i obrać ze skórki).

Paprykę pozbawić gniazdka nasiennego, ogórka obrać ze skóry i również drobno pokroić i wraz z pomidorem dodać do amarantusa.

Oliwę z oliwy wymieszać z sokiem z cytryny i przeciśniętym przez praskę czosnkiem, a następnie polać nim sałatkę.

Pietruszkę, szczypiorek posiekać, posypać sałatkę, dodać sól, pieprz i całość wymieszać (najlepiej widelcem).

Smacznego!

Prosta babka majonezowa z polewą z białej czekolady

Aga Sz. babki, ciasta, PRZEPISY, Wielkanoc 0 Comments

Oprócz kilograma ciepłych słów na temat naszej rodzinnej, wielkanocnej sesji (za które raz jeszcze pięknie dziękuję), dostałam kilka zapytać o babkę, która się na zdjęciach przewijała.

To prosta, klasyczna babka z dodatkiem majonezu. Podaje zatem przepis, a sceptyków, którzy do czynienia z majonezem w wypiekach nie mieli uspokoję, majonez to nic innego przecież niż olej i jajka i odrobina octu, nie jest jakoś wyczuwalny, można śmiało piec.

Składniki ciasta:

(szklanka o pojemności 250 ml)

  • 4 jajka
  • 4 łyżki majonezu
  • 3/4 szklanki cukru
  • 1/2 szklanki mąki pszennej
  • 1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • łyżeczka ekstraktu waniliowego (opcjonalnie)

Jajka ubić z cukrem na jasna, puszystą masę.

Miksując na wolnych obrotach dodawać po łyżce majonezu i ekstrakt waniliowy (jeśli go używacie).

Mąki z mąki z proszkiem do pieczenia przesiać i również dodać do masy miksując.

Foremkę do babki (z kominem lub zwykłą) wysmarować masłem, obsypać bułka tartą.

Ciasto przelać do formy i piec w nagrzanym do 180 stopni C. (grzałka góra-dół)przez ok 45-50 min.

Polewa

  • 100 g białej czekolady
  • 3 łyżki masła lub śmietany kremówki

Nad garnkiem z gotującą się wodą postawić rondelek (tak by nie dotykał wody)

Jeśli używamy śmietany kremówki lub masła z lodówki jako pierwsze umieszczamy je w rondelu i dopiero gdy się ogrzeją do temp. pokojowej dodajemy połamana na kostki białą czekoladę. Mieszamy, aż do uzyskania gładkiej płynnej masy.

Zaraz po przygotowaniu polewamy nią wystudzoną babkę i po krótkiej chwili, gdy czekolada ciut przestygnie, ale nie zdąży zastygnąć posypujemy posypką/ozdabiamy czekoladowymi jajkami.

ps. Biała czekolada bywa kapryśna, zdarzyło mi się w ,,karierze” ją zważyć. Pamiętajcie o dwóch rzeczach, rondelek w którym ją topicie nie może być mokry, a jeśli roztapiacie ją samą (bez śmietany na start) to najlepiej jej nie mieszać, dać jej spokojnie samej się pod wpływem ciepła roztopić, gdy jednak na dnie jest ogrzana śmietana to zdecydowanie lepiej mieszać.

za zdjęcia dziękuję Fotosister (klik)

Samych udanych, wielkanocnych wypieków wam życzę

Nasza pastelowa Wielkanoc w obiektywie FotoSister…

Aga Sz. DZIECI, NASZ DOM, Strona glowna banner, Wielkanoc 2 Comments

To było jedno z tych marcowych, sobotnich przedpołudni, kiedy pierwsze promyki wiosennego słońca nieśmiało zaglądają przez okno. To wtedy odwiedziły nas Agnieszka i Ania z FotoSister. Przyjaciółki domu, dobre wróżki, Ciocie-anioły z aparatami. Ja to czasem myślę, że one nie są zza miedzy a z bajki…

I powtarzać to będę do znudzenia. Nie ma na tym świecie lepszego sposobu na zatrzymanie ulotnych chwil życia naszego niż fotografia. Nie ma.

Zapraszam dziś na migawki z naszych przygotowań do Świąt Wielkanocnych widziane oczami Fotosister

 

„Szczęśliwe dni są wtedy, kiedy możemy spotkać na swojej drodze ludzi takich jak my i realizować swoje pasje”

Nic nie obrazuje lepiej tego co czuje mogąc współpracować z FotoSister niż te słowa Andrzeja Wajdy.

Dziewczyny dziękuję Wam za tą sesję, niech chcę nawet myśleć, jak cenna będzie ona dla nas po latach po się poryczę…

Dziękuję za to, że potraficie tak niezauważalnie wtopić się w nasz dzień i uwiecznić go dokładnie tak, jak chciałabym byśmy go zapamiętali.

Za Wasz czas, wiedze i talent, którymi się tak chętnie dzielicie dziękuję. Za serdeczność, spontaniczność i pomysłowość. Za wieloletnie zaufanie i wyrozumiałość w realizowaniu moich stylistycznych wizji.

Za to, że tak dzielnie znosicie te nasze wszechobecne pastele. Za anielską wręcz cierpliwość do naszych dzieci, ale najbardziej za to, że jesteście. Bo wiecie piękne zdjęcia to jedno, a przyjaźń z tak wyjątkowymi kobietami to już coś zupełnie innego…

Dziękuję… <3

Na Facebooku FotoSister znajdziecie tutaj (klik).

Życzę Wam Kochani by ta wiosna przyniosła ciepło, miłość i szczęście…

Książki w retro klimacie…

Aga Sz. książek, KSIĄŻKI, RECENZJE 0 Comments

Nie wiem czy to przychodzi z wiekiem, ale jakoś pogłębia się we mnie ostatnio potrzeba otaczania się wyłącznie dobrymi, wartościowymi ludźmi i to samo dotyczy książek. Staram się wyłuskać (sama i spośród propozycji nadsyłanych od wydawnictw) tylko te najbardziej wartościowe. Nie zawalać półek i umysłu byle czym. W książkach, które wybrałam do dzisiejszego postu, oprócz wartości merytorycznej (a często i wizualnej), dodatkowo wyczułam klimat retro. Zapraszam więc dziś na mały powrót do przeszłości, zajrzyjmy wspólnie do kuchni i spiżarni naszych babć…

,,Retro Kuchnia” Anna Włodarczyk.

Znamy się  z Anią internetowo ponad dziesięć lat. Obie zakładałyśmy wówczas swoje blogi i wspierałyśmy się na tym nowym, nieznanym wówczas polu. Uwielbiam ją. Za mądrość, inteligencję, styl, konsekwencję, poglądy, uszanowanie i celebrowanie tradycji. Z wierność sobie, a ostatnio również za to jaką jest fajną mamą. Odkąd pamiętam fascynowały ją stare przepisy, porcelana z duszą i klimatyczne miejsca. Nic więc dziwnego, że jej najnowsza książka ,,Retro kuchnia” (wydana przepięknie nakładem wyd. Nasza Księgarnia) jest zbiorem wszystkiego co sobie w sztuce kulinarnej najbardziej ceni.

Sympatycy nowoczesnych smaków i składników nie będą jednak zawiedzeni, gdyż każdy z przepisów ma dwie wersje ,,kiedyś” i ,,dziś”. Obok przepisu na pasztet z ryb we francuskim cieście Marii Disslowej przedstawia swoją wersję pasztetu z łososia we francuskim cieście, obok leguminy morelowej, tarte z tymi owocami, obok przecieranego bobu, humus z niego. Do puree z marchwi Ania dodaje mleko kokosowe, chilli i prażony sezam, do zrazików z indyka kremowy serek z ziołami, do klusek ser pleśniowy, orzechy i szałwię.

Zawsze dodaje coś od siebie, unowocześnia, pokręca smaki. Książka podzielona jest jak to w starych książkach kucharskich na 13 rozdziałów (np. zupy, jaja,potrawy z mąk, kaszy i ryżu, jarzyny. ciasta itp.), a każdy z nich poprzedzonych jest dawką wiedzy teoretycznej i ciekawostek z danego zakresu.

Ponieważ niektórzy ludzie mają szczęście urodzić się z licznymi talentami, Ania ma także świetne oko do zdjęć i  jest autorką wszystkich zdjęć w książce. A są one prześliczne (to pisze ja, wybredna w tej kwestii bardzo…).

Aniu gratuluję! Przepiękna książka, podziwiam Cię za ogrom pracy, który włożyłaś w nią. Z radością będę z niej korzystała, na pierwszy ogień pójdzie chleb z suszonymi pomidorami i tymiankiem oraz babka z kaszy manny z sosem karmelowym i orzechami). Książka będzie stała w tej biblioteczce za szklanymi szybami. Ty wiesz, że tam stoją tylko te najukochańsze…

,,Trufla. Same dobre rzeczy” Patrycja Dolecka.

Patrycja, choć część z Was może ją kojarzyć bardziej z blogosfery jako Truflę, dokładnie w tym samym czasie, co my z Ania założyła swojego bloga i fakt, że jakoś nie miałam przyjemności poznać Patrycji ,,prywatnie”nie zmienia faktu, że jej książka zauroczyła mnie totalnie. Jest w niej wszystko co w książkach kulinarnych sobie cenię, co mi odpowiada. Od formatu, papieru, jakości druku (tu duże brawa dla wydawnictwa Buchmann) po same przepisu. I te pełne ciepła, kilku zdaniowe wstępy poprzedzające każdy przepis…

Są takie książki kucharskie, które niby śliczne, ale po kilku latach, człowiek przeglądając biblioteczkę orientuje się, że skorzystał z przepisów z nich zawartych  raz albo wcale. W książce  Patrycji przepisy o wykonanie wręcz się proszą swoją prostotą, klimatem, dostępnością produktów. I to zarówno te tradycyjne (pasta z makreli, zupa z młodych jarzyn, nalesniki) jak i bardziej nowoczesne (mleko laskowe czy sorbet ananasowo-kardamonowy). I muszę tu wspomnieć, ze przepisy są proste, nieskomplikowane, nawet osoba debiutująca w kuchni poradzi sobie z nimi.

Przeglądając tą książkę czułam się jakbym siedziała w kuchni z Patrycją i jej Babcią. Zdjęcia (których autorka jest Patrycja) są w mojej ocenie absolutnie doskonałe. Klimatyczne, sielskie. Takie kadry cenie sobie w fotografii kulinarnej najbardziej. Wąskie, nieprzekombinowane z perełkami w postaci migawek codzienności. Same dobre rzeczy- ten tytuł idealnie oddaje wszystko co zawiera ta książka. Gorąco polecam.

Patrycjo bardzo Ci tej książki jej zazdroszczę. W najbardziej oczywiście pozytywnym tego słowa znaczeniu. Mocno kibicuję i czekam na kolejną książkę, może coś wyłącznie na słodko, albo o chlebie, który tak kochasz piec?

,,Okupacja od kuchni. Kobieca sztuka przetrwania”, ,,Dwudziestolecie od kuchni. Kulinarna historia przedwojennej Polski” oraz ,,Piękno bez konserwantów” to trzy książki wydane nakładem wydawnictwa Ciekawostki Historyczne.

Ich autorka jest Aleksandra Zaprutko-Janicka, publicystka, kobieta, która mam nieodparte wrażenie, dobrze wybrała swój zawód, bo nie dość, że imponuje swoją historyczną wiedzą to jeszcze ma dar pisania. Od pierwszego zdania porywa czytelnika w tamte czasy, potrafi zaciekawić a momentami rozśmieszyć, mimo, iż generalnie temat nie zawsze wesoły. Wszystkie te książki to ogromny ukłon i hołd dla wszystkich kobiet, którym w tych trudnych czasach dane było żyć…

,,Okupacja od kuchni” Aleksandra Zaprutko- Janicka

To pierwsza książka o roli kobiet w czasie wojny. I tak myślę sobie, ze jeśli człowiek czegoś nie przeżył, albo nie przeczytał książki takiej jak ta, nie jest sobie w stanie wyobrazić tych czasów, w tym przypadku od kuchennej strony. Mówi się, o Polakach, że są sprytni, zaradni, kombinują. Ja myślę sobie, że tak nas historia ukształtowała. Bo żeby zarżniętą świnie przebrać za staruszkę, byle ją tylko ze wsi do miasta pociągiem przewieść to trzeba mieć odwagę i fantazję. Podobał mi się fragment ,,na niewygodnych drewnianych ławkach wagoników sadowiły się kobiety, upychając swoje pakunki pod nimi. Zdarzało się, ze panie wiozły gęsi, kaczki, kury, ale najczęściej jajka. Kiedy wpadały przypadkiem w obławie, wolały cisnąć koszem jaj o beton peronu z cichym syknięciem ,,niech żrą jajecznicę„, niż oddać go Niemcom.”

W książce znajdziemy również przepisy kulinarne na potrawy wówczas przyrządzane, o tak prostych składnikach, że aż smutne.

I przyznam Wam się tu, że w tych dzisiejszych czasach ja nosze chyba taki pierwiastek obawy o to co to z tym światem naszym będzie i nasza spiżarnia jest zawsze wypchana po brzegi. Wierzę, że na tych zgromadzonych przeze mnie kaszach, mąkach i przetworach trochę czasu byśmy przeżyli. Może to dziwne, bo przecież wojny nie pamiętam.

,,Dwudziestolecie od kuchni”. Aleksandra Zaprutko- Janicka

,,Mężczyźni pomogli im odzyskać dla Polski niepodległość. Ale to one zapewniły Rzeczpospolitej przetrwanie”. To jedno zdanie z tyłu okładki książki najlepiej, najpiękniej i najgłębiej opisuje to co chciała przekazać nam tą książką autorka.

Poznajemy w niej bliżej trudne dwudziestolecia międzywojennego, codzienności gdzie frontem walki były także kuchnie i puste spiżanie, gdzie ceny wzrastały w zastraszającym tempie, fałszowano  żywność i żerowano na ludzkiej krzywdzie. Ukazuje niezwykłą wręcz zaradność, oszczędność i gospodarność ówczesnych kobiet, ale także rodzącą się emancypację. To także książka o postępie technicznym, który miał wówczas miejsce i z którego dobrodziejstw korzystamy do dziś.

,,Piękno bez konserwantów” Aleksandra Zaprutko- Janicka

To z kolei książka o kosmetykach, sposobach i sekretach naszych babć i prababć na urodę. Dowiemy się z niej jak radziły sobie bez tego wszystkiego, czym dzisiaj powypychane są po brzegi drogerie. Poznamy sekrety tego, że tak dobrze wyglądały na przedwojennych fotografiach. Jak dbały o cerę, włosy, czym pielęgnowały dłonie. Wiele cennych porad, opartych na naturalnych składnikach przydatnych szczególnie teraz, w czasach, kiedy nasza świadomość chemii w kosmetykach szczęśliwie wzrasta.

Olu miałam w swoim życiu dużo szczęścia do nauczycieli historii, ale na Twoich lekcjach siedziałabym w pierwszej ławce…

Wszystkie z tych książek znajdziecie w (mojej ulubionej) księgarni internetowej Nieprzeczytane tutaj (klik)

Mam nadzieję, że odnalazłyście wśród tych książek coś wartościowego dla siebie.

Wszystkiego dobrego!

Premiera Jaguara E-PACE

Aga Sz. PODRÓŻE 0 Comments

Całkiem inaczej ten czwartkowy wieczór planowałam. Bilety od miesięcy przecież w szufladzie czekały. Miały być Tarnowskie Góry. Piąty rząd. Mąż u boku. Koncert Korteza. Wyczekany taki bo my tą jego muzykę oboje byśmy łyżkami jedli. I kilka dni przed tym koncertem telefon od  Julki odebrałam, że premiera Jaguara E-PACE’a na Śląsku, impreza fajna,  że może byśmy  pojechały zobaczyć ten samochód a przy okazji taki motoryzacyjny babski wieczór sobie zrobiły…

I choć w pierwszej chwili pomyślałam, że przecież  ja kompletnie nie wiem o co w tych koniach mechanicznych chodzi, raz jedyny w życiu, a prawo jazdy mam 2o lat samochód samodzielnie tankowałam (nie, niestety nie żartuję…) i problem nagminny miewam ze zlokalizowaniem włącznika tylnych wycieraczek w vanie naszym, to zaraz potem pomyślałam, że to kurcze fajnie! Że to bardzo fajnie że organizator na premierę samochodu stworzonego z myślą o kobietach zaprasza po pierwsze kobiety, a po drugie kobiety nie koniecznie z branżą związane. Że może taka Matka Polka jedna z drugą, nawet jak pojęcia nie ma na jakim jakim oleju jeździ, to jak nikt inny oceni dobrze czy jej trzy foteliki dla dzieci do tyłu wejdą, czy miejsca na książeczki, ukochane maskotki i bidoniki dość, czy z przodu pod nogami koszyk wiklinowy z kanapkami wejdzie gdyby tak gdzieś dalej jechać no i czy te cotygodniowe zakupy w Lidlu bagażnik pomieści. I że takie zaproszenia doceniać się powinno. A że mąż mój Julię sympatią darzy to choć mu koncertu żal było orzekł, że to nie problem, Korteza nadrobimy i mam śmiało jechać.

I tym sposobem miły wieczór w klimatycznej chorzowskiej Sztygarce z koleżankami blogerkami spędziłam, śmiejąc się, rozmawiając, E-PACE’a podziwiając, wino pijąc, muzyki na żywo słuchając (nie był to Kortez, ale grali świetnie) i za Julią z aparatem biegając bo ona zagadana taka z wszystkimi, że chyba zapomniała, że dobrze gdyby jakieś zdjęcie koło Jaguara miała…

A samochód? No piękny! Jaguar to przecież klasa sama w sobie. Najwyższa jakość w każdym szczególe od deski rozdzielczej, przez przeszycia na tapicerce aż po szklany dach. Bez grama tandety, każdy detal wysmakowany, przemyślany z materiałów najlepszych wykonany. Cała masa opcji do wyboru, żeby samochód był taki jak sobie wymarzymy. Stworzony z myślą dla kobiet, choć ja bym w nim mężczyznę za kierownicą spokojnie  widziała. Nie malutki, nie ogromy. Taki w sam raz by wygodnie spakować rodzinę z psem na weekend w górach albo trzy przyjaciółki i uciec do SPA…

Pięknie dziękuję, za zaproszenie…

www.ba-silesia.jaguar.pl
https://www.facebook.com/MMCarsPremium/

 

Małgosia- gosposia i jej nowy kuchenny kącik…

Aga Sz. DZIECI, gry & zabawy, NASZ DOM, Strona glowna banner 4 Comments

Nie jest tajemnicą, że mam słabość do drewnianych zabawek, dlatego, kiedy napisała do mnie Emilia z Turkusowej Pracowni pytając o możliwość wykonania dla nich zdjęć uśmiechnęłam się, bo o tej polskiej marce słyszałam same miłe słowa i pochlebne opinie. Zabawa ,,w dom” to chyba ulubiona zabawa Małgosi (mała Ślązaczka z genami nie wygrasz…). Również moje najmilsze zabawowe wspomnienia z dzieciństwa to właśnie te związane z kuchnią, więc z dużą radością patrzę, jaką słodką panią domu jest Małgosia, jak naśladuje moje codzienne obowiązki.

Im więcej zdjęć robię dzieciom, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że najfajniej, najbardziej naturalnie wychodzą sesję robione spontanicznie, bez ustawiania, planowania, kombinowania. Kiedy tak po prostu dzieci się bawią, a ja to fotografuję. Tak było i tym razem. Nie planowałam tych zdjęć akurat na ten sobotni poranek (co zresztą widać po fryzurze Małgosi… 😉 Nie mówiłam jej jak ma się ustawić i co ma robić (nawet tą na nóżkę na nóżkę sama założyła), tylko (z nieukrywana radością) obserwowałam jej zabawę. Dawno się tak nie śmiałam ze zgranych z aparatu zdjęć jak tym razem… No zobaczcie sami wypisz wymaluj Matka Polka na macierzyńskim… Zakupy, gotowanie, pranie no i oczywiście dzieci, które trzeba nakarmić, na spacer zabrać i spać położyć. Samo życie…

Myślę, że tu zdjęcia mówią więcej niż to co napiszę, ale słów kilka o tym co na nich…

Kuchnia i pralka wykonane bardzo starannie z naturalnego drewna z  dużą dbałością o szczegóły. Pokrętłami można kręcić, drzwiczki w kuchence i pralce są otwierane, szybki z plexi, więc bezpieczne. Kuchnie dostępne w różnych wariantach kolorystycznych, mi zależało na wstawkach w kolorze naturalnego drewna, bo w tym kierunku zmierza w tej chwili moja wizja pokoju Małgosi.

Córeczka skończyła 4 lata i ma ok 100 cm wzrostu, moim zdaniem kuchnia będzie dobra do zabawy dla dziecka miedzy 1 a 6 rokiem życia.

Drewniany wózek Turkusowej Pracowni to produkt flagowy tej marki, najczęściej wybierany przez klientów. Nic dziwnego jest doskonale wykonany, solidny, piękny i w rozsądnej cenie. Zamiast serduszek na budce wózka (ja wymiękłam…), można wybrać wersję np. z gwiazdką, w dowolnym wariancie kolorystycznym, a nawet zażyczyć sobie (w cenie!) z tyłu umieszczenie drewnianych liter z imieniem właścicielki. Regulowana rączka praktyczna sprawa, bo wózek będzie rósł wraz z dzieckiem.

W ofercie są również auta jeździki, jeden już kupiłam na prezent z okazji roczku i coś czuje, że gdy go Antek zobaczy to nie ma mi żyć, bo wózkami sióstr urządza nagminnie wyścigi po całym domu.

Kołyska (dostępna również w innych pastelowych kolorach) pomieści nawet spore lale. Podobnie jak do wózka można do niej skompletować pościel z materacykiem.

I sprawa o której nie każdy myśli, a priorytetowa przecież być powinna jeśli o zabawki chodzi. Drewno użyte do produkcji tych zabawek jest certyfikowane, produkty te nie zawierają szkodliwych substancji w użytych klejach, są jak najbardziej odpowiednie dla dzieci. To nieliczne w polskim ,,handmejdzie” zabawki oznaczone znakiem CE. Bardzo mile zaskoczyła mnie jakość i wiecie jakaś taka duma ogarnęła, że Polak to jednak naprawdę potrafi…

Kuchnie, pralkę, wózek, kołyskę i pościel znajdziecie w Turkusowej Pracowni tutaj (klik)

Na zdjęciach również:

Owoce, warzywa, sadzone jako i pierogi robione ręcznie na szydełku. Coś prześlicznego! Kiedy trafiłam na profil Olgi na Instagramie oszalałam. Te pierogi, no mistrzostwo świata! Robiąc zdjęcia pomyślałam, ze świetne byłyby (szczególnie, że my ze Śląska) kluski z dziurką i Olga obiecała, że je wdroży w życie, więc wbijajcie do niej, bo jak na rzeczy tak estetyczne i czasochłonne nie są drogie, a to piękny hand made na lata… Znajdziecie ją tutaj (klik)

Garnki metalowe : dokładnie takich szukałam, proste, matowe, minimalistyczne, zapakowane w szary kuferek, który po odwróceniu sam w sobie służy jako kuchenka : Tender and Cute (klik)

Plakaty: zależało mi, żeby na ścianie w tym kąciku wisiały plakaty o adekwatnej, kuchennej tematyce, ale nie typowo ,,dorosłe”. Nie było to łatwe, bo kuchenne plakaty to najczęściej teksty o kawie, albo tabele miar i wag. Te ze sklepu Postirella spodobały mi się od razu. Subtelne, naturalne, a i ziół się człowiek poduczy. Warto tam również zajrzeć do zakładki ,,ramy” bo oprócz ramek- wieszaczków w niezrozumiale śmiesznie niskich cenach, można kupując plakat oprawić go sobie w proste, bez udziwnień drewniane ramki. Sklep tutaj: Posterilla (klik)

Lalki Ukochane obu moich dziewczynek, ręcznie szyte, można je personalizować dobierając kolor włosów i fryzurę. Świetne materiały, duża estetyka. Model jednej z lalek dostała imię po mojej Małgosi! Piękne i na lata. Znajdziecie je tu: By Krawcowa (klik)

Drewniane krzesełko: miniaturka klasycznego krzesła tzw.patyczaka. Wykonane z bukowego drewna. Solidne. Stworzone do tej kuchni uważam… Ukochane I haha tutaj: (klik)

Sukienka i opaska: dresowa, miła w dotyku, wygodna (a to w kuchni istotne 😉 ) z opaską do kompletu, dostępna na zamówienie w różnych kolorach. A szyje je tak sympatyczna mama, że już dla samej rozmowy z nią warto markę zapamiętać… Maluszkowe love tutaj: (klik)

Regał domek i wieszaczek płotek : służą nam od dawna, wieszaczek był biały, ale zeszlifowaliśmy (no dobra Robert zeszlifował…) trochę farby i jest teraz taki troche vinatge 😉 : Bambooko tutaj (klik)

Papcie: oliwkowe, mięciutkie ze skórzanym czubkiem, lubimy… Titot tu (klik)

Pozdrawiam ciepło i zmykam, bo wołają mnie na szydełkowe pierogi… 😉

Orzechowe skarby

Aga Sz. fit, małe słodkości, PRZEPISY, Strona glowna banner 1 Comment

Tak. Orzechowe skarby to będzie dobra nazwa dla tych połówek orzechów włoskich zapieczonych w słodkim kremie z nutą cynamonu. Powiedzieć o nich niebo w gębie to nie powiedzieć nic…

Przepis dostałam od Ewy, naszej przyjaciółki  i takiej osoby, od której chcesz na wszystko czym cię częstuje przepis. Znacie takie? No właśnie. Kiedy nam je wręczyła, od razu rzuciliśmy się z Robertem na nie i wyciągając je spośród pergaminu, kosztując, spojrzeliśmy na siebie mówiąc ,,mmm”. Już wtedy wiedziałam, że tradycyjnie muszę prosić Ewe o przepis by je odtworzyć i podzielić się z Wami przepisem…

Podobno pierwotna wersja przepisu zakładała, że orzechy mogą być dowolnej wielkości, nawet pokruszone, ,,koglem- moglem” zalewa się całą blachę na której są wysypane, a po upieczeniu i przestygnięciu łamie się je na małe kawałki. Nie mniej wersja Ewy w której zanurzamy połówki (ćwiartki też będą ok.) w masie i układamy je na blaszce w odstępach, wydaje się bardziej elegancka.

Składniki:

(szklanka o pojemności 250 ml.)

  • 1 małe jajko
  • pół szklanki cukru*
  • 250 g połówek orzechów włoskich
  • szczypta soli
  • 1/2 łyżeczki cynamonu

Jajko ubijamy z cukrem, szczyptą soli i cynamonem na puszystą, gęstą masę. Kawałki orzechów maczamy w masie i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec 25-30 min. w temp. 160 st. C.

Wyjąć, poczekać aż przestygnąć i ostrożnie zdejmować z blachy.

Można przechowywać kilka dni  w pergaminie/puszce.

*Jasne ,,ciasteczka” były zanurzone w masie ze zwykłym, białym cukrem, do brązowej wersji użyłam zdrowego cukru kokosowego.

Przygotujcie je koniecznie komuś w prezencie.

(upewniają się wczesniej, że ten ktoś nie ma uczulenia na orzechy i cynamon…)

Serdeczności…