Orzechowe skarby

Aga Sz. fit, małe słodkości, PRZEPISY, Strona glowna banner 1 Comment

Tak. Orzechowe skarby to będzie dobra nazwa dla tych połówek orzechów włoskich zapieczonych w słodkim kremie z nutą cynamonu. Powiedzieć o nich niebo w gębie to nie powiedzieć nic…

Przepis dostałam od Ewy, naszej przyjaciółki  i takiej osoby, od której chcesz na wszystko czym cię częstuje przepis. Znacie takie? No właśnie. Kiedy nam je wręczyła, od razu rzuciliśmy się z Robertem na nie i wyciągając je spośród pergaminu, kosztując, spojrzeliśmy na siebie mówiąc ,,mmm”. Już wtedy wiedziałam, że tradycyjnie muszę prosić Ewe o przepis by je odtworzyć i podzielić się z Wami przepisem…

Podobno pierwotna wersja przepisu zakładała, że orzechy mogą być dowolnej wielkości, nawet pokruszone, ,,koglem- moglem” zalewa się całą blachę na której są wysypane, a po upieczeniu i przestygnięciu łamie się je na małe kawałki. Nie mniej wersja Ewy w której zanurzamy połówki (ćwiartki też będą ok.) w masie i układamy je na blaszce w odstępach, wydaje się bardziej elegancka.

Składniki:

(szklanka o pojemności 250 ml.)

  • 1 małe jajko
  • pół szklanki cukru*
  • 250 g połówek orzechów włoskich
  • szczypta soli
  • 1/2 łyżeczki cynamonu

Jajko ubijamy z cukrem, szczyptą soli i cynamonem na puszystą, gęstą masę. Kawałki orzechów maczamy w masie i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec 25-30 min. w temp. 160 st. C.

Wyjąć, poczekać aż przestygnąć i ostrożnie zdejmować z blachy.

Można przechowywać kilka dni  w pergaminie/puszce.

*Jasne ,,ciasteczka” były zanurzone w masie ze zwykłym, białym cukrem, do brązowej wersji użyłam zdrowego cukru kokosowego.

Przygotujcie je koniecznie komuś w prezencie.

(upewniają się wczesniej, że ten ktoś nie ma uczulenia na orzechy i cynamon…)

Serdeczności…

 

Keks z bakaliami

Aga Sz. babki, ciasta, PRZEPISY, Strona glowna banner, Wielkanoc 0 Comments

Kochani dziś w roli głównej keks. Ciasto, które z powodu bogactwa bakalii, które zawiera często tradycyjnie pieczone jest z okazji Świąt Bożego Narodzenia. U mnie nigdy nie gościło na świątecznym stole i zdecydowanie zaliczam je do prostych, codziennych ciast, pieczonych bez okazji. Do keksów najczęściej dodaje się te przerażająco odblaskowe czerwone, zielone i pomarańczowe kandyzowane owoce napchane chemią. Na szczęście można sobie rodzaj bakalii dobrać samemu i upiec zdrowszą wersję, do czego zachęcam…

Składniki:

  • 150 g masła
  • 6 łyżek cukru pudru
  • 5 jajek
  • 1,5 szklanki (o pojemności 250 ml) mąki tortowej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • ok. 100-200 g bakalii (u mnie rodzynki, suszone wiśnie, orzechy włosie i skórka pomarańczowa z syropu)
  • szczypta soli

Masło utrzeć z cukrem, dodać po jednym żółtku, a następnie dosypać bakalie.

Białka ubić z solą. Stopniowo i delikatnie wmieszać w masę.

Przełożyć do keksówki (o wymiarach ok. 23 x 9 cm)  wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni C.  przez ok. 50-60 min. (uważając, żeby nie przesuszyć, tylko do suchego patyczka).

Upieczony, wyjąć z piekarnika, przestudzić.

Warto polukrować lukrem z cukru pudru i odrobiny soku z cytryny.

keks

Przepis znalazłam na Instagramie u Agnieszki tutaj (klik)

Pamiętajcie o nim, gdy będziecie potrzebowali czegoś prostego do popołudniowej herbaty

Smacznego!

śnieżynki z lukru

Jak zrobić śnieżynki z lukru (do ozdoby tortów, babeczek)

Aga Sz. Boże Narodzenie, małe słodkości, PRZEPISY, Strona glowna banner 2 Comments

śnieżynki z lukru

Przygotowując urodzin Małgosi (te ostatnie w klimacie Krainy Lodu) , wymyśliłam sobie na babeczkach takie śnieżynki. Pomyślałam, że skoro lukier na piernikach się trzyma, to na pergaminie powinno się udać takie śnieżynki uzyskać. Udało się. Urocze są prawda?

Składniki lukru:

  • 1 białko
  • ok. 2 szklanek (250 ml) cukru pudru
  • kilka kropel soku z cytryny.
  • dwa arkusze papieru do pieczenia

Nie jest to konieczne,  ale z pewnością bardzo ułatwi pracę wydrukowanie śnieżynkowego szablonu, który znajdziecie tutaj (klik)

Białko lekko ubijamy (korzystam z ręcznego blendera z końcówka do ubijania piany), dosypując stopniowo cukier puder i dodając kilka kropel soku z cytryny. Lukier ma być dość gęsty, ale na tyle, by przejść przez dziurkę w metalowej tylce.

Jeśli Wasze tylki mają numerki, to rekomenduje użycie takiej z nr 3, ma ok. 3-4 mm).

Szablon podłożyć pod papier do pieczenia.

Rękaw cukierniczy/woreczek napełnić lukrem (najwygodniej wkładając woreczek do wysokiego kubka i wywijając końce na jego brzegach).

Wyciskać lukier wg. wzoru na szablonie (ja przeciągałam najpierw najdłuższe linie, potem dorabiałam krótsze, ale to bez znaczenia)

Jeśli po wyciśnięciu lukier za bardzo się rozpływa na szablonie, dodajcie więcej cukru pudru, jeśli przesadziliście z ilością cukru i lukier nie chce przez tylkę przejść, dodajcie soku z cytryny.

Chwilę po wyciśnięciu, gdy lukier zacznie powoli zastygać, można dla ozdoby w ich środek powtykać, nie za duże kuleczki-posypki (srebrne, złote czy niebieskie).

Odstawić do przeschnięcia. Gotowe, wyschnięte same bez problemu odchodzą od papieru.

WAŻNE!

Po wyciśnięciu śnieżynek na pergamin, przez 24 godziny lukier musi w spokoju zaschnąć. Niech Was nie kusi ściąganie go, podważanie nożem wcześniej, bo tylko je połamiecie!

Ozdabiać nimi kremy na babeczkach czy torty najlepiej możliwie krótko przed podaniem.

Przygotować można dzień czy dwa przed ozdabianiem i trzymać w suchym miejscu (np.w puszce).

Udanej zabawy z lukrem Wam życzę…

Babeczki na przyjęcie Kraina Lodu

Aga Sz. babeczki & muffinki, PRZEPISY 3 Comments

Klasyczne, waniliowe babeczki z kremem maślanym. Wykorzystałam krem maślany na bazie bezy szwajcarskiej, który  szczęśliwie został mi z tortu, ale ten który podaje poniżej będzie równie dobry, a łatwiejszy i szybszy w przygotowaniu.

Składniki:

na około 9 babeczek

(wszystkie składniki w temp. pokojowej)

  • 125 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 125 g masła
  • 100 g cukru
  • 2 jajka
  • 2 łyżki mleka
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • łyżeczka ekstraktu waniliowego (opcjonalnie, nie mylić z olejkiem waniliowym)

Wszystkie składniki oprócz mleka umieścić w misie miksera i zmiksować.

Dodać mleko i ponownie zmiksować, aż do uzyskania gładkiego ciasta.

Ciasto przełożyć do foremek. Miękkie papilotki umieścić w formie do muffinek, sztywne wystarczy poustawiać na blaszce do pieczenia.

Piec w temp. 180 st. C przez 20-25 min.

Krem:

  • 200 g masła (miękkiego)
  • 1, 5 szklanki cukru pudru
  • 1 łyżka mleka
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego (opcjonalnie)
  • odrobina (dosłownie na końcówce wykałaczki) niebieskiego barwnika spożywczego w żelu (Używam marki Wilton)

Masło i cukier puder miksować ok 10 min. do białości.

Dodać mleko, odrobinę barwnika i całość ponownie zmiksować.

Krem powinien być gładki i nie bardzo gęsty. Gdyby był za gęsty dodać więcej mleka, jeśli za rzadki osypać cukru pudru i wstawić na kwadrans do lodówki.

Krem przełożyć do rękawa cukierniczego z wybrana końcówką  i ozdabiać babeczki.

Ponieważ krem zawiera sporo masło, będzie się podobnie jak masło zachowywał. W lodówce stanie się twardy, w ciepłym pomieszczeniu, będzie miękki, dlatego należy trzymać je w lodówce i wyjąć 15 min. przed podaniem.

Smacznego!

Po więcej inspiracji na urodziny w klimacie z bajki Kraina Lodu zapraszam tutaj (KLIK)

ps. Przepis na śnieżynki z lukru podam jutro 😉

Tort Kraina Lodu (Frozen ombre petal cake)

Aga Sz. PRZEPISY, torty 3 Comments

Na urodzinach w klimacie z bajki ,,Kraina Lodu” (klik) nie mogło oczywiście zabraknąć ,,Elsowego” tortu…

Ponieważ zarówno sam krem, jak i ta metoda ozdabiania pojawiła się na blogu, początkowo planowałam by był to tort ombre (czyli przechodził kolorystycznie od jasnego do ciemniejszego koloru), ale bez zdobienia tylko tak gładki. Potem stwierdziłam, że tak będzie może jednak efektowniej, by gdy był w połowie ozdobiony doznac olśnienia, że takie kolory i zdobienie byłoby idealne kiedyś na urodziny morskiej syrenki… No nic może urodziny z morskim motywem dla dziewczynek mnie w życiu ominą, póki co łapcie przepis…

ps. Zdaje sobie sprawę, że może się wydawać, ze jest to tort trudny w wykonaniu. Bzdura. Serio. Moi bliscy potwierdzą, ze jestem totalnie antymanualna, a ten tort ozdabiałam (przy świadkach- Gosiu i Marcinie pozdrawiam…) o pierwszej w nocy, po dwóch lampkach wina…Naprawdę wystarczy odpowiednia końcówka do woreczka cukierniczego i każdy z was da radę!

Składniki ciasta:

(tort jest wysoki, spokojnie nakarmicie nim 12 osób)

Na dwie 20 cm tortownice

  • 7 dużych jajek
  • 1 szklanki maki pszennej tortowej
  • 1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 200 g cukru (najlepiej drobnego)

Można oczywiście pokusić się o to by blaty również były niebieskie, albo dodać odrobinę barwnika do jednej części ciasta i układać je naprzemiennie.

Oddzielić żółtka od białek.

Białka ubijać ze szczyptą soli, pod koniec ubijania dosypywać stopniowo cukier.

Miksując na wolnych obrotach dodawać po kolei żółtka.

Do masy jajecznej przesiać mąkę i kakao i delikatnie, najlepiej za pomocą szpatułki wymieszać tak by dokładnie wmieszać je w masę. Czynność tą wykonywać ostrożnie tak by białka nie opadły.

Spody dwóch tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia.

Boków nie smarować!

Przelać ciasto (możliwie po równo) do dwóch tortownic.

Piec na jednej wysokości w nagranym do 170º C piekarniku przez ok 30-35 min. (wbity w biszkopt patyczek powinien być suchy).

Upieczone wyciągnąć i upuścić w formie na podłogę (tak z wysokości kolan, podłogę najlepiej zabezpieczyć ściereczka kuchenną)

Nie jest to czynność niezbędna, gwarantuje natomiast (oprócz zabawy i byciem cool mamą w oczach dzieci), że biszkopt stygnąc nie opadnie.

Odstawić do ostudzenia.

Każdy z biszkoptów przeciąć na pół uzyskując łącznie 4 blaty.

Najgrubszy, najsolidniejszy wybierzcie jako spód.

Przełożenie:

  • kilka łyżek herbaty z cytryną do nasączenia blatów
  • 400 ml schłodzonej śmietany kremówki (min. 30%)
  • 200-250 g, serka mascarpone
  • 1-2 łyżki cukru pudru
  • łyżeczka ekstraktu waniliowego (opcjonalnie)
  • dobrej jakości dżem z czarnej porzeczki (jeżynowy też będzie super)
  • opcjonalnie (np. jeśli tort będzie przygotowywany dzień wcześniej) warto dla świętego spokoju rozważyć użycie usztywniacza do śmietany, tzw śmietan fixu.

Śmietanę ubić, (jeśli używacie śmietan fixy to należy go dodać po krótkiej chwili miksowania), pod koniec ubijania dodać cukier puder i stopniowo serek mascarpone

Każdy blat delikatnie nasączamy herbatą, smarujemy cienka warstwa dżemu, a następnie pokrywamy kilkoma łyżkami śmietany z mascarpone.

Jeśli śmietana nam zostanie odkładamy do lodówki (ja górę również pokryłam bita śmietaną).

Krem maślany na bezie szwajcarskiej (swiss meringue buttercream):

Ilość kremu wystarczyła mi do pokrycia boków całego tortu metodą ,,płatkową” i kilku babeczek.

Nie wystarczy go by górę pokryć w ten sposób co boki, ale jeśli macie taki plan to:1.

1. Zwiększcie proporcje pamiętając, że klasyczne proporcje tego kremu to 1:2:3 czyli na 100 g białek przypada 200 g cukru i 300 g masła. Obliczcie sobie proporcje na 400 g masła i wówczas pokryjecie cały tort.

2. Rozważcie pominięcie jednego blatu (wykorzystać go na na cake popsy; przepis na dniach) i wówczas jeśli biała warstwa będzie miała jeden rząd powinno go wystarczyć, a tort i tak będzie okazały.

Składniki kremu do obłożenia tortu:

  • 300 g masła, miękkiego, pokrojonego na małe kawałki
  • 100 g białek dużych jaj (ok. 3-4 szt)
  • 200 g cukru (najlepiej drobnego)
  • szczypta soli
  • ½ łyżeczki cream of tartar (winian potasu) -opcjonalnie, ja tym razem nie użyłam
  • odrobina niebieskiego barwnika w żelu ( używam Wiltona i na cały tort myślę, ze nie więcej niż pół łyżeczki zużyłam)

Wykonanie kremu

Białka umieścić w misie miksera wraz ze szczyptą soli.

W garnku zagotować wodę i postawić na nim misę z białkami, ubijać chwilę.

Dosypać cukier. Ubijać trzepaczką lub widelcem do momentu aż cukier w białku całkowicie się rozpuści (najlepiej sprawdzić to rozcierając masę między palcami- ziarenka cukru nie powinny być wyczuwalne). Potrwa to kilka minut.

Jeśli białka z cukrem mocno się zagrzały, odstawić je na chwilę, by trochę przestygły

Misę z masą umieścić w mikserze i końcówką do ubijania białek, (jeśli dodajecie cream of tartar, należy zrobić to teraz) ubijać przez około 10 minut, aż masa będzie bardzo gęsta i zimna.

Zmienić końcówkę miksera na mieszającą. Stopniowo, kawałek po kawałku dodawać masło, cały czas miksując.

Może się zdarzyć, że po jakimś czasie czasie ubijania masa stanie się rzadsza i będzie wyglądała na zważoną. TO NIC ZŁEGO. Po kilku minutach dalszego miksowania, krem zgęstnieje i będzie gotowy. Mnie ten etap ominął, ale wiem, że może się zdarza, więc uspokajam.

O tym, że krem jest gotowy poinformuje Was charakterystyczne mlaskanie o ścianki miksera.

Ozdobienie tortu metodą ,,petal”

Potrzebne będą trzy kolory masy: biała, pastelowo błękitna i błękitna.

Krem należy rozdzielić do 3 miseczek. Najwięcej będziemy potrzebowali kremu białego. Nim delikatnie pokrywamy cały tort, by biszkopt nie przebijał gdzieś spod płatków, a krem lepiej się trzymał. Biały krem zawsze można zabarwić na wypadek, gdyby zabrakło, któregoś z kremów niebieskich. Proponuję pokryć cienko cały tort białym, a następnie podzielić krem tak by połowa przypadała na krem bez barwnika, a druga po połowie na dwa błękitne odcienie.

Do kremu w drugiej miseczce dodać odrobinę (dosłownie końcówka wykałaczki) błękitnego  barwnika i zmiksować albo wygodniej przy tak małej ilości po prostu dokładnie wymieszać łyżeczką by kolor był jednolity, w razie potrzeby czynność powtórzyć, by uzyskać intensywniejszy odcień.

Trzeci krem należy zabarwić na kolor ciut ciemniejszy od pierwszego błękitu (lub jaśniejszy, jeśli przy pierwszej próbie przesadziliście z kolorem…)

Za pomocą szpatułki lub noża cienką warstwą białego kremu pokryć nim cały tort.

Rękaw cukierniczy/woreczek z zakończoną na okrągło tylką (lub bez niej jeśli nie posiadamy) napełnić białym kremem.

Zaczynając od najniższej warstwy, trzymając worek cukierniczy prostopadle do boków tortu, wyciskamy dwie kremowe kulki, jedna nad drugą (szczerze mówiąc teraz mi się przypomniało, że wyciskając od razu dwie jest bardziej równo, ja tort ze zdjęcia ozdabiałam po 1 w nocy warstwa po warstwie, dlatego płatki nie są szczególnie równo pod sobą 😉

Aby uzyskać efekt płatka potrzebna będzie specjalna wąska szpatułką do nakładania kremu, ale równie dobrze sprawdzi się końcówka płaskiego trzonka widelca czy łyżeczki zakończonego na okrągło.

W połowie kropki przykładamy szpatułkę i delikatnie przyciskając przeciągamy krem w prawo. W miejscu gdzie krem się kończy robimy kolejną kulkę i tak tworzymy dookoła dwie warstwy błękitnych płatków.

Schemat działania powtarzamy tworząc bezpośrednio nad błękitną warstwą, dwa rzędy,,płatków” jasnobłękitnych, a następnie białych. Jeśli korzystacie z jednej tylki trzeba je przed zmiana koloru umyć, a przy zmianie błękitu na biel zmienić/umyć także woreczek.

Jeśli decydujecie się tym kremem ozdobić również górę tortu, ozdabiajcie np. kierując okręgi od zewnątrz, ku środkowi.

jak ten sposób ozdabiania wygląda w praktyce możecie zobaczyć od 55 sek. na tym filmiku TUTAJ

Jeśli tak jak ja planujecie ozdobić go bezikami, to najlepiej zrobić to możliwie krótko przed imprezą, po kilku godzinach beziki w chłodzie rozmiękną, a to ani dobrze nie wygląda, ani nie smakuje.

Gotowy tort schłodzić i przechowywać w lodówce. Przed podaniem wyciągnąć go z lodówki 15-30 min. wcześniej, pamiętając, ze masa zawiera bardzo dużo masła i jak masło będzie się zachowywała w lodówce jak i poza nią.

Miłej zabawy Wam życzę

Urodziny w klimacie ,,Kraina Lodu” ( Frozen Birthday Party)

Aga Sz. DZIECI, NASZ DOM, przyjęcia, Strona glowna banner 7 Comments

Słowo wstępu (usprawiedliwienia…) dlaczego Kraina Lodu. Kiedy trzy lata temu kupiliśmy lodówkę (no frost ) ktoś wspiął się na wyżyny marketingu i dołączył nam do zakupu płytę z bajką ,,Kraina Lodu”.  Nie wzbudziła ona wówczas sensacji, pewnie dlatego, że malutki Antek pozbawił nas (wyrzucając przez balkon w starym mieszkaniu…) pilota do dvd i płyta miała jakieś problemy z dźwiękiem nie do ustawienia bez tego pilota. Kiedy jednak Małgosia poszła do przedszkola, na 90% woreczkach w szatni widniała złotowłosa Elsa i mała przepadła na amen w tym temacie, wszystko miało być ,,Elsowe”…

Miałam mnóstwo innych pomysłów na jej czwarte urodziny, bo temat Krainy Lodu wydaje mi się być już tak oklepany, że chyba bardziej się nie da, ale to co ja bym chciała nie ma przecież znaczenie, bo Ten Dzień miał być z jej marzeń wyjęty nie z moich… Sądząc po jej szczęśliwych oczkach myślę, że był…

Wieczorem, w dzień poprzedzający urodziny, kiedy dom już tonął w błękitach, a wszystko było z niebieskiego kremu, zmęczona Małgosia powiedziała przed snem swoim  dziecięcym głosikiem, nie bacząc na gramatykę ,,Mamusiu dość już mam tych Elsów na dziś”.

Pod zdjęciami napisze jak zawsze więcej o tym co słodkiego przygotowałam oraz podam linki do przepisów i dekoracji.

Dekoracja

Kraina Lodu to błękity, turkusy, pastelowa mięta, biel, srebro, ale pasować będzie też  fiolet. Żeby uniknąć tandety (o którą w tego typu motywach przewodnich nader łatwo…) nie nadużywajcie  wizerunków bohaterów. Jeśli koniecznie chcecie talerzyki z postaciami z bajek to ok, ale darujcie już sobie serwetki z ich podobiznami. Na instagramie pokazałam dodatki, które wykorzystam, bez ani jednego wizerunku Elsy, a wszyscy wiedzieli jakie urodziny się szykują. Bohaterka pojawiła się tylko jako figurka na torcie ( z zestawu Ciastoliny…) i jeden obrazek umieściłam w rameczce na środku słodkiego stołu. Moim zdaniem subtelnie i wystarczająco.

Balony (także ten foliowy z cyfrą 4), rozetki na oknach (genialne, bo wyglądają jak płatki lodu, a błękit jest taki ,,elsowy”właśnie), talerzyki, drewniane łyżeczki, foremki na babeczki, girlanda z bibuły, papierowe rurki –  jak zawsze niezastąpiona Partymika (klik).

Z właścicielką firmy Partymika -Moniką mamy bardzo podobne wyobrażenia odnośnie urodzin dla dzieci i głowy pełne pomysłów. Moje wizje zawsze spotykają się z jej akceptacją, co ogromnie mnie cieszy, bo jest ona w tej kwestii profesjonalistką.

Pompony tiulowe: Pomponove (klik)

Cottonballsy na oknie: Cotton love (klik)

Lampka gwiazdka : Little light (klik)

Na słodki stół przygotowałam:

Tort – prosty biszkopt przełożony bitą śmietaną, mascarpone i dżemem z czarnej porzeczki, obłożony stabilnym kremem na bazie bezy szwajcarskiej, ozdobiony w stylu  ombre petal, przepis tutaj (klik)

Babeczki z kremem – klasyczne, waniliowe obłożone tym samym kremem co tort z ręcznie wykonanymi śnieżynkami z lukru tu (klik).

Ciasteczka śnieżynki – Kruche, maślane, waniliowe, ozdobione lukrem- obowiązkowa sprawa (przepis podam)

Cake pops czyli ciasteczkowe lizaki w białej czekoladzie.

Ciasteczka, kopytka migdałowe (na zdjęciu w puszce w gwiazdki) oprószone cukrem pudrem (to te tutaj klik)

Białe i błękitne beziki – z tego przepisu (klik) , wystarczy na koniec, do części dodać (odrobinę, końcówką wykałaczki) niebieskiego barwnika spożywczego (najlepiej w żelu)

Wpasują się w krainowe urodziny także biało- błękitne pianki marshmallow oraz cukierki Ice (o genialnym kolorze i smaku pasującym do imprezy 😉

Do dekoracji (choć dzieci może niech myślą, że to plastik) kandyzowany, biały cukier na patyczkach, taki do drinków…

Nie wykorzystałam, ale rekomenduję na taką imprezę kuleczki Rafaello, imitujące kulki śniegu, kupione lub w wersji zdrowej z tego (klik) przepisu oraz cukierki Michałki (mają papierki srebrno- niebieskie).

Na zdjęciach także:

Drewniany wózek : Turkusowa pracownia (klik)

Lalka w wózku : By Krawcowa (nazwana imieniem solenizantki!) (klik)

Mam nadzieję, że moja wizja urodzin w klimacie Krainy Lody podoba Wam się, a pomysły wykorzystacie by uszczęśliwią Wasze małe Anny i Elsy…

Pozdrawiam z lodowej krainy (dekoracje jeszcze nie ściągnięte… 😉

Uszka do barszczu z farszem grzybowym

Aga Sz. Boże Narodzenie, PRZEPISY, wytrawne 1 Comment

Przepis na fantastyczne ciasto na uszka, szybko się je robi (ciasto, nie uszka…) i smaczny farsz. Proporcje są  tak dobrane, że zawsze udaje mi się równo wykorzystać ciasto i farsz. Robię któryś rok z rzędu, zawsze kilka dni wcześniej, mrożę i żałuję, że nie zrobiłam z podwójnej porcji, żeby móc je zjeść także po Świętach. Lepienie uszek, to u nas tradycja, trudno mi sobie wyobrazić Wigilie bez nich. W tym roku pomagała mi Małgosia i jeśli macie w domu kilkulatka to polecam, nie ma bowiem lepszej maszynki do nakładania tej odrobiny farszu niż małe paluszki…

Składniki

na ok. 6 porcji

ciasto:

  • 30 dag mąki pszennej (tortowej lub luksusowej), plus trochę do podsypywania stolnicy w wałka
  • szczypta soli
  • 200 ml gorącej wody
  • 30 g masła

farsz:

  • 40 g suszonych grzybów (borowiki lub podgrzybki)
  • 1  średnia cebula
  • 2 łyżki masła lub oleju

Przygotowanie farszu:

W rondelku umieścić grzyby, zalać szklanką  (lub więcej, tak by przykryła grzyby) wody i gotować pod przykryciem na malutkim ogniu ok. pół godziny.

Odlać wodę, odstawić do ostudzenia, a następnie drobniuteńko posiekać (ja używam do tego robota kuchennego)

Cebulę drobniutko posiekać i na małym ogniu, mieszając zeszklić na maśle.

Wymieszać grzyby z cebulą, dodać soli, pieprzu (najlepiej świeżo mielonego).

Przygotowanie ciasta:

Mąkę przesiać, dodać sól wymieszać.

Do rondelka z wrzątkiem dodać masło i mieszać aż się rozpuści.

Dodawać stopniowo do mąki wodę z masłem i wyrabiać kilka minut, aż ciasto będzie miękkie, gładkie i elastyczne.

Można to zrobić w mikserze, ale ciast dobrze się wyrabia, więc nie ma potrzeby.

Podzielić ciasto na 3 części, jedną zostawić do wałkowania, resztę zostawić w miseczce przykryć ściereczką.

Na oprószonej stolnicy cieniutko (na ok. 3 mm) rozwałkować ciasto i wycinać (np. kieliszkiem) ok 4 cm okręgi.

Jeśli mamy mniejszy kieliszek przed nałożeniem farszu ciasto troszkę rozciągnąć palcami.

Na środek każdego wyciętego kółka, nałożyć odrobinę farszu (ok 1/3 łyżeczki), skleić ciasto na pół, zlepić brzegi, a dwa końce skleić ze sobą (najwygodniej sklejając je dookoła palca).

Środek pierożka w jego najwyższej części odchylić do tyłu.

Ulepione uszka, układać na oprószonej deseczce i do czasu gotowania trzymać pod ściereczką, żeby uniknąć wyschnięcia ciasta.

Postąpić tak z kolejnymi partiami ciasta z miski.

Wrzucać partiami na gotującą się wodę, gotować na małym ogniu od czasu wypłynięcia 1-2 minuty.

Wyłowić, odstawić, zachowując odstępy (żeby się nie posklejały) do ostudzenia.

Przechowywać w zamkniętym pojemniczku w lodówce 2-3 dni.

Przestudzone można mrozić, rozkładając ja na tacce (tak by się nie dotykały!). Po zamrożeniu przesypać to torebek.

Miłego lepienia, koniecznie z kolędami w tle…

Julia Rozumek & Luis Timm czyli o książkach wyjątkowych…

Aga Sz. książek, KSIĄŻKI, RECENZJE, Strona glowna banner 2 Comments

Wielu z Was czeka zapewne, aż pokaże w końcu coś słodkiego na Święta, no ale nic nie poradzę na to, że ostatnio zdecydowanie bardziej mi po drodze do sypialni z książką, niż do kuchni z wałkiem. Poza tym nie podejrzewam, bym stworzyła coś słodkiego, co będzie lepsze niż te książki. Serio…

Bo te książki dzisiejsze to taki crème de la crème tyle, że dla duszy.

W jednym tygodniu do moich rąk trafiły. Obie tak samo w w biały pergamin zapakowane i sznurkiem owinięte. Jakby umówione, co niemożliwe, bo przez nieznanych sobie ludzi napisane. Piękne, ogromnie wartościowe i tak im ładnie razem na stoliku nocnym moim, że pomyślałam że je spróbuje Wam razem tu przedstawić.

Wygląda na to, ze cały rok na nie czekałam. Zdążyły. Moje najbardziej wyjątkowe książki 2017 r…

,,O życiu” – od książki Julii zacznę i to nie dlatego, że mi ją w swoim domu w prezencie wręczyła, dedykacje w pośpiechu pisząc, bo na zakupy się wspólne spieszyłyśmy, tylko dlatego, że o pierwszej książce Juli ,,Blog” pisałam rok temu (link pod tym postem w propozycjach innych postów znajdziecie), a ,, O życiu” jest jej kontynuacją, wyborem najładniejszych postów pisanych przez nią na jej blogu (tutaj) od marca 2016 do listopada 2017. Pewnie można te opowiadania na blogu wyłuskać i przeczytać, ale kto książki kocha, ten wie, że w papierowej formie teksty móc czytać, książkę fizycznie posiadać, to coś zupełnie innego… I choć ja te teksty dobrze znam, to cieszę się jak dziecko, że dane mi będzie tej zimy, raz jeszcze, tak na spokojnie, pod ulubionym kocem, popijając herbatę je przeczytać.

Lepszego tytułu nadać jej nie mogła, bo to książka o życiu właśnie. O wartościach, rzeczach wartych uwagi. Bez względu na to, czy któreś z opowiadań nas rozbawi, czy wzruszy do łez, pewne jest, że skłoni do refleksji. Do czytania zimą pod kocem i latem na hamaku. Bardzo, bardzo wartościowa lektura. Tyle już na tym blogu o Juli i jej słowie pisanym pisałam, że chyba mi się ciepłe epitety wyczerpały. No uwielbiam tak totalnie, z całego serca i sił polecam…I jeszcze ta losowo wybrana zakładka dokładana do niej taka piękna…Tak sobie już rozmyślam jaki będzie kolor okładki trzeciej książki. Jakąś rudość albo szarość obstawiam… 😉 Bardzo Julka czekam. I kibicuję. Ty wiesz…

,,Proste rzeczy o rodzicielstwie” Luis Timm– w całej tej podłości internetu, tego jak nas ogłupia, kradnie nam czas, jak  zamiast zbliżać paradoksalnie oddala, zdarzają się powody dla których można mu być wdzięcznym. Takim powodem (oprócz faktu, że znam Julię np.) jest książka o której istnieniu, dzięki internetowi właśnie się dowiedziałam.

Od jakiś 15 lat przewijają mi się przez ręce (choć w ostatnich latach już ich świadomie i konsekwentnie unikam) różne poradniki o wychowaniu dzieci. Jako młoda niania, potem mama sięgałam po nie z dużym zaangażowaniem. Z każdym kolejnym rokiem i przeczytanym poradnikiem wydawały mi się one coraz bardziej bezsensowne, często sprzeczne względem siebie. Książka Luisa jest poradnikiem, ale innym niż wszystkie. Nie dowiecie się z niej, czy podbiegać do łóżeczka płaczącego dziecka momentalnie, czy odczekać pięć minut, ani w którym miesiącu podać marchewkę i czy ma być ona surowa czy gotowana. Dowiecie się natomiast  jak ważne jest by uczynić z rodzicielstwa przygodę życia. Jak poukładać sobie w głowie wszystko tak, by każda chwila z dzieckiem była bezcenna i jak zaprocentuje to świetnymi relacjami w przyszłości.

Sam autor twierdzi że to ,,książka dla facetów, którą powinna przeczytać każda kobieta”. Pięknie wydana, przejrzysta graficznie książka napisana przez świetnego, inteligentnego (i przystojnego, że łojesu) mężczyznę (a miałam przyjemność trochę z Luisem sobie pogadać, więc wiem o czym piszę), który za swój życiowy cel postawił sobie bycie najlepszym ojcem na świecie. Po prostu. Zwyczajnie. Tak sobie wymyślił i w tym postanowieniu trwa. Do tego jest bacznym obserwatorem życia i szczęśliwie dla nas, ma ogromny dar przekazywania swoich spostrzeżeń.

Po lekturze tej książki, niektórzy z całą pewnością zaczną inaczej patrzeć na swoje dziecko. Będą tacy, którzy dostaną porządnie obuchem w głowę. Dotyczyć to będzie np. tych rodziców, którzy na placu zabaw z dzieckiem siedzą na ławce z telefonem udając, że spędzają z nim czas (ubawiłam się przednio czytając jak Luis ich nazwał: ,,komórkowcy”, ,,jebiemieto”, ,,Mr. i Mrs.Nobody”…). Lektura może zaboleć (ale i najbardziej pomóc) tym, dla których wspinanie się po szczeblach w korporacji jest ważniejsze od wspinania się z dzieckiem na drabinach na placu zabaw. Dla ludzi spychających swoje dzieci na drugi plan może być to lektura zawstydzająca, wręcz bolesna, bo uświadomi im sytuacje, zachowania, nie fair w stosunku do dzieci, które każdego dnia konsekwentnie powielają i bagatelizują, zamiatając pod dywan codzienności.

Będą też szczęśliwie tacy (i będzie to niestety nieliczna grupa), którzy po lekturze powiedzą sobie ,,tak! Jestem super tatą”. Tak będzie mógł z pewnością powiedzieć ojciec moich dzieci. Bo takiego tatę jakiego mają moje dzieci życzę każdemu dziecku. Najlepszy jakiego byłam w stanie im załatwić 😉 (ale nie o tym dziś). Ponieważ  staramy się otaczać ludźmi dobrymi i wartościowymi, szczęśliwie mamy wśród naszych przyjaciół kilku właśnie takich tatusiów na medal, dla których czas z dzieckiem, zabawa, rozmowa, motywowanie, pokazywanie świata, poszerzanie horyzontów jest kluczowe.

W najbardziej prosty i prawdziwy sposób, Luis przekazuje nam rzecz najważniejszą  ,,Nie ma nic wspanialszego od posiadania dziecka”.

Tak sobie myślę, że gdyby ta książka wręczano tatom na porodówkach, albo była standardowym prezentem na imprezie pępkowej jestem pewna, że dzieci miałyby lepszych ojców. Poważnie.

Nie jest to post sponsorowany, nie otrzymam również od Luisa prowizji od sprzedanych dzięki temu postowi książek. On po prostu napisał książkę z nadzieją, że jakiemuś dziecku będzie się dzięki niej żyło lepiej, a ja jestem głęboko przekonana, że tak właśnie się stanie, dlatego mam ogromną potrzebę podzielenia się nią z Wami…

Luis! Chociaż mogłabym Ci to prywatnie przekazać, to wywalę Ci to tu, może weźmiesz to do siebie trochę bardziej i poważnie. Posłuchaj mnie teraz dobrze. Masz chłopie, według moich ustaleń i wyobrażeń do zrobienia trzy rzeczy:

1. Dołożyć wszelkich starań, by ta książka została przetłumaczona na inne języki i wydana poza granicami naszego kraju (widzę, że się uśmiechasz, Ty mi się tu nie podśmiewuj tylko tłumaczy szukaj!)

2. Zabrać się do pisania drugiej książki, spoko, ja już nawet tytuł mam for you ,,Proste rzeczy o małżeństwie”. Czekam na nią bardzo, wiem, że to ogarniesz, no chyba cioci Ciasteczkolandii nie zawiedziesz…

3. Zrób wszystko, żeby zrealizować Wasze marzenie o domu w lesie. Cholernie warto…

Bardzo Ci za tą książkę dziękuję…

A skoro już przy fajnych ojcach jesteśmy, to korzystając  z okazji, nie odmówię sobie przyjemności polecenia Wam bloga innego, świetnego taty, którego czytuję od wielu, wielu lat i nieustanie mnie bawi (choć zdarzy mu się i wzruszyć)- Ojciec Wwwirgiliusz (klik). Zajrzyjcie koniecznie, by zobaczyć co dzieję się gdy inteligencja spotyka się z poczuciem humoru…

Reasumując, zarówno książka Julii jak i Luisa to najlepsze co mnie w formie drukowanej, spotkało w 2017 roku.

Wiecie, zdarza się, że ja na blogu coś polecam. Bo dobre, ładne, solidne, warte uwagi. Tym razem ja nie polecam, nie sugeruję, tylko proszę. Zróbcie prezent sobie lub komuś kogo kochacie, przyjaciołom. Przeczytajcie je sami a potem napiszcie mi tu ,,dzięki Aga, miałaś rację…”

Książka Julii Rozumek ,,O życiu” tutaj (klik)

Książka Luisa Timm’a ,,Proste rzeczy o rodzicielstwie” tu (klik)

Na zdjęciach również…

Świeca Angel Wings marki Yankee Candle– pewnie trudno opisać zapach o nazwie ,,skrzydła anioła”, ale jeśli postaracie sobie wyobrazić zapach zwiewnych cukrowych nitek z nutą wanilii i zapachem delikatnych kwiatów to będziecie blisko. Tej zimy, tak właśnie pachnie nasz dom i jestem nim totalnie oczarowana. Znajdziecie tutaj (klik)

Filiżanka ze spodeczkiem to mój ukochany Ib Laursen  (klik)

 

Zimowe uściski, nie zapominajcie w tej przedświątecznej gorączce o tym co najważniejsze…

 

 

 

Yosoy – moje pastelowe odkrycie…

Aga Sz. DZIECI, NASZ DOM 0 Comments

Zapraszam Was dziś do krainy pasteli, subtelnych wzorów i doskonałych materiałów…

Mimo, iż robię sporo zdjęć nazwijmy to pozablogowo, nie bardzo mam czas o nich tu opowiadać, zdecydowanie częściej wspominam o nich na Instagramie (klik). Są jednak firmy, o których zgodnie z zasadą, że dobrem należy się dzielić po prostu muszę napisać…

Yosoy po hiszpańsku oznacza ,,jestem”. To polska marka tekstyliów dla najmłodszych., która stawia na subtelność i jakość. Z jej właścicielką Olą poznałyśmy się jakiś czas temu na Instagramie, rozmawiałyśmy o kocykach i kilka miesięcy później zwróciła się do mnie z propozycją wykonania sesji zdjęciowej jej nowej kolekcji Celebrity. Nie znam nikogo, kto ma tak obszerną wiedzę na temat materiałów i zna ten rynek tekstyliów tak dobrze jak Ola. Nie znam również nikogo, dla kogo jakość tego co sprzedaje była aż tak ważna… Kupując pościel czy kocyk dla dzieci nie zawsze zdajemy sobie sprawę z czego tak naprawdę są zrobione (a uwierzcie, że często zachwycone milutka fakturą przykrywamy dziecko plastikiem).

Nie chciałabym się tu za bardzo rozwodzić, tylko pokazać kilka zdjęć z tej sesji i szczerze te produkty zarekomendować. Jeśli lubicie proste, klasyczne wzory z nutą elegancji, pastelowe kolory, a do tego zależy Wam na jakości za uczciwą, adekwatną, niewygórowaną cenę, to zapamiętajcie sobie markę Yosoy dobrze…

Przecudne to uczucie jest wejść na stronę sklepu i zobaczyć w nim swoje zdjęcia (i swojego siostrzeńca w roli modela…)

Pościele z wypełnieniem, poszewki, beciki, kocyki, otulacze, króliczki i gwiazdki: Yosoy (klik)

Na zdjęciach także:

Łóżeczko (z opcją przekształcenia w tapczanik) : Pinio Marsylia (klik)

Półeczka z pastelowymi koralikami: I haha (klik)

Drewniana lampka gwiazdka na komodzie Little light (klik)

Malutka, błękitna gwiazdka na pierwszym zdjęciu Cotton love (klik)

Drewniana Skrzynia: Wooden story (klik)

Pluszowe jednorożce: Melootka (klik)

Plakat: Mysi ogonek (klik)

Tiulowe pompony: Pomponowe (klik)

Pastelowych snów…

 

 

 

Moje ulubione książki Janusza Leona Wiśniewskiego

Aga Sz. książek, KSIĄŻKI, RECENZJE 1 Comment

Jeśli sympatię do pisarza mierzy się ilością jego przeczytanych książek, to jestem psychofanką Janusza Leona Wiśniewskiego, bo przeczytałam wszystko co wydał. Do napisania tego postu skłoniła mnie nową książka autora, ale także fakt, że wydawnictwo Znak wznowiło właśnie kilka tytułów, których nakład się już wyprzedał, a tak się złożyło, że to właśnie one należą do moich ulubionych tego autora…

,,Samotność w sieci” – debiutancka powieść Janusza Leona Wiśniewskiego, której jeśli nie czytał każdy, to z pewnością każdy o nie słyszał. Przetłumaczona na 18 języków. Bestseller.

Sam autor o niej pisze ,,Dla jednych ta książka stała się kultowa, dla innych kultowe stało się jej krytykowanie, dla jeszcze innych stała się duchowym przewodnikiem. Dyskutowano o niej na seminariach polonistów na uniwersytetach, pisano o niej prace maturalne, odwoływano z jej powodu śluby, nakręcono film na jej podstawie, uczono się z niej genetyki, sprawdzano czy Einsteinowi naprawdę wykradziono mózg po śmierci. I pisano mi o tym. Ponad 8 500 kobiet i mężczyzn z całego świata zechciało podarować mi swój czas i napisać do mnie o tym, dlaczego ta książka jest dla nich ważna, dlaczego nią gardzą, dlaczego czytają ją piąty raz lub dlaczego przy niej płaczą, śmieją się, upijają się lub są podnieceni.”

Pamiętam, że pierwszy raz przeczytałam ją kilka lat lat temu jednym tchem. Czytałam po przebudzeniu, gotując zupę i na placu zabaw. To ten rodzaj książki, po której skończeniu nie umiesz pozbierać myśli i wróci do rzeczywistości. Ja nie umiałam. Jedna z piękniejszych jakie przeczytałam. Nie wyobrażam sobie nie mieć jej na półce…

,,Bikini”-  w mojej ocenie (nie licząc fenomenu ,,Samotności…”) najlepsza książka Janusza Wiśniewskiego. Obszerna, wielowątkowa, ciekawa, ukazująca z różnych perspektyw wojnę i oblicze człowieka. Przepiękną. Pełna emocji, serwująca czytelnikowi dużą dawkę historycznej wiedzy. Autor zawsze mi imponował swoją wiedzą i inteligencją, ale w tej książce przeszedł samego siebie. Płakałam czytając ją kilkukrotnie. Książka o okrucieństwie wojny, ale także miłości, nadziei.

Tylko Wiśniewski mógł tak napisać o wojnie. Tylko On… Namawiam bardzo do lektury tej powieści.

,,Miłość oraz inne dysonanse„. To kolejna, bardzo dobra moim skromnym zdaniem powieść, która Janusz Wiśniewski napisała razem z Iridą Wownenko i którą zaliczam ją do tych najlepszych autora. Zamiast streszczenia posłuchajcie co sam autor o niej mówi. Bardzo przyjemnie spędzony z książką czas.

Na koniec najnowsza, wyczekiwana przez fanów autora powieść ,,Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie”. Podobno najbardziej osobista książka Janusza Leona Wiśniewskiego i faktyczni nietrudno doszukać się wątków autobiograficznych. Rodzaj rachunku sumienia, ale i ogromny hołd oddany kobiecości i pochwała miłości.

I ten ładny cytat na jej wstępnie…

,,Samotność wcale nie zaczyna się od tego, że nagle nikt nie czeka na ciebie w domu. Samotność zaczyna się wówczas, kiedy pierwszy raz odczujesz pragnienie, aby czekał tam na ciebie ktoś zupełnie inny…”

I jeszcze napisać to muszę… Wszystko co autor wydał z Małgorzatą Domagalik jest absolutnie piękne, wartościowe i warte uwagi. Ja choć czytałam nie mam na stanie, żeby pokazać. Muszę to zmienić. Jak najszybciej…

Książki zamawiam najczęściej tutaj: (KLIK)

Filiżanka na zdjęciu Ib Laursen tutaj (KLIK)

Naprawdę warto poświęcić czas tym książkom…

placak jelonek skip hop

Małgosia, jelonek i pierwszy śnieg…

Aga Sz. DZIECI, gry & zabawy, NASZ DOM 1 Comment

placak jelonek skip hop

Pierwszy w tym roku śnieg spadł akurat, kiedy dla marki Skip Hop zdjęcia ich nowej, kolekcji Winter Zoo z jelonkiem robiłam i teraz pomyślałam, że może je tu pokażę, bo może ktoś prezentu pod choinkę szuka i w tych jelonkowych cudach tak jak my się bezgranicznie zakocha…

Antoś ma z tej serii plecak jeżyka, służy dzielnie drugi rok, więc ten dziewczęcy jelonek jakby dla naszej leśnej Małgosi stworzony. Tak fajnie razem wyglądają, kiedy z autobusu szkolnego do domu wracają… Jesteśmy nim oczarowane zresztą zobaczcie sami…

Plecak, bidon i zestaw jedzeniowy z jelonkiem marki Skip hop znajdziecie tutaj (KLIK)

bluza sarenka z falbanką: Little Gold King (KLIK)

opaska z H&M

papcie: Titot (KLIK)

szara, drewniana ławeczka: I haha (KLIK)

Pozdrawiamy Was ciepło z pokrytego śniegiem lasu…

Owsiane ciasteczka z pekanami i żurawiną (wegańskie)

Aga Sz. Boże Narodzenie, ciasteczka, PRZEPISY 2 Comments

Tradycyjnie, jak co roku ciasteczka dla św. Mikołaja, zostawione na noc 5 grudnia na parapecie muszą w naszym domu być. Nie ma zmiłuj. W tym roku nasz Mikołaj może być weganem, bo czekają na niego pyszne i zdrowe ciasteczka z pekanami i suszoną żurawiną upieczone na mące owsianej, bez masła i jajek. Piekłam już mnóstwo wariacji tych ciastek, eksperymentując z  różnymi rodzajami mąk, cukrów i dodatków. Zawsze się udają. Polecam nie tylko na Mikołajki.

Składniki:

(szklanka o pojemności 250 ml)

  • 1 i 3/4 szklanki mąki owsianej (jeśli nie macie wystarczy zmielić w młynku płatki owsiane)
  • 1/2 szklanki cukru trzcinowego
  • 1 łyżka mielonego siemienia (zastępuje jajko, ale bez tez się ciasta udadzą)
  • 1/4 łyżeczki sody
  • szczypta soli
  • 1/4 szklanki mleka owsianego (lub innego roślinnego np. sojowego, migdałowego)
  • 1/3 oleju rzepakowego (słonecznikowy tez będzie dobry)
  • 3/4 szklanki mieszanki orzechów pekan i suszonej żurawiny (kupuje taką gotową w Lidlu)

Mąkę wymieszać sodą, solą, cukrem i siemieniem lnianym.

Dodać mleko wymieszać z olejem i dodać do suchych składników.

Pekany przekroić na 2-3 części i razem z żurawiną dodać do reszty składników. Dokładnie wymieszać, by powstała jednolita masa.

Wykładać łyżeczką porcje ciasta na blachy wyłożone papierem do pieczenia, zachowując odstęp. Ciasteczka można przed pieczeniem spłaszczyć trochę zewnętrzną strona łyżeczki, będą wówczas po upieczeniu bardziej płaskie niż na zdjęciu.

Piec w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez ok. 12 minut, aż się zarumienią.

Odstawić do przestygnięcia.

Udanych Mikołajek Wam Kochani życzę

Świąteczny event na Kotulińskiego 6

Aga Sz. przyjęcia 0 Comments

Mimo, że mnóstwo innych, zaległych rzeczy 3 grudnia pewnie zrobić powinnam, chociażby te puste puszki w końcu piernikami wypełnić, to czułam, że Kotulińskiego 6 w Czechowicach- Dziedzicach powinnam tego dnia odwiedzić. I nie myliłam się, bo ta niedziela w stylu slow była z gatunku tych niezapomnianych…

Zresztą zobaczcie sami…

Ania Meres radaktor naczelna OMatko magazyn zrobiła rzecz niesamowitą. Znalazła wyjątkowo klimatyczne miejsce- Kotulińskiego6 , zaprosiła kilkanaście firm z branży kobieco-dziecięcej i zorganizowana świąteczny event. Firmy dobierała skrupulatnie, tak by nie były dla siebie konkurencja, a pięknie się uzupełniały. Nie byłam nigdy na bożonarodzeniowym kiermaszu gdzie na metr kwadratowy przypadało tyle dobrego smaku, stylu i serdeczności. Bez szczypty tandety, za to z uśmiechem i ciepłym słowem.

Brałyśmy z Mają udziałyśmy w warsztatach śniadaniowych prowadzonych przez świetną Monikę Trener mama. Maja piekła też pierniki i gotowała pyszności z szefami kuchni.

Pod okiem owianej na Śląsku kwiatowa sławą Pani Kwiatkowskiej zmontowałyśmy zimowe wianki.

Nie ukrywam, że jechałam tam też by spotkać dziewczyny, z którymi znamy się lubimy i współpracujemy od dawno wirtualnie, ale nigdy wcześniej nie widziałyśmy się osobiście. Mogłam wyściskać Żanetkę (kruszynkę jak się okazało) z mężem z Bambooko. Przy ich stoisku człowiek żałował, ze nie ma pięciu lat, żeby móc bez skrępowania usiąść i w tym ich pastelowym świecie myszkami w domku drewnianym się pobawić…

Spotkałam Karolinę z pięknym ciążowym brzuszkiem z Mysiego ogonka i jej ekipę (świetni ludzie, z uśmiechem i tym rodzajem humoru, który cenię sobie nader bardzo. Mogłabym z nimi po tym śniegu na boso iść konie kraść choćby teraz. I tak Robertowi po powrocie o nich opowiadam, że to sąsiedzi są i jakie to trzeba mieć szczęście w życiu, żeby tak na siebie trafić.

I Julka Rozumek (klik), co to ją najpierw każdy słyszała, a potem dopiero widział, jak ta wisienka na torcie tam, książki podpisująca nieustannie, czytelniczkami swoimi otoczona, takimi, że ja nie wiem skąd Ona je bierze, bo jedna fajniejsza od drugiej.

I ten klimat tam taki nie do opisania. Nikt się nie denerwował, ze ekspres do kawy się przegrzał  i trzeba było  na kawę czekać , że to pyszne ciasto z konfiturą wymiotło i nie każdy się załapał. Mamy nie swoje dzieci nosiły i tuliły. I to pakowanie tego wszystkiego na koniec do aut w tym prószącym śniegu takie fajne i i łzy wzruszenia Ani Meres przy pożegnaniu takie prawdziwe…

No Magia przed duże M.

A że aparatu swojego nie taszczyłam, to za udostępnienie zdjęć Julii Rozumek dziękuję pięknie. Część zdjęć to nawet ja zrobiłam, bo mi Julka aparat wcisnęła ze słowami ,,idź i rób tak jakbyś na bloga swojego do postu robiła”. I najfajniejszej Ani z naszej wsi dziękuję, że mi jako gps służyła, sama to bym się po drodze znając moje zdolności nawigacyjne z siedem razy zgubiła zapewne…

Podobno na Wielkanoc szykuje się powtórka z rozrywki. Odliczam tygodnie i na pewno będę o tym wydarzeniu trąbić z nadzieją, że się tam spotkamy…

A czy Wy już czujecie magię Świąt?

Książki dla dzieci na czas Adwentu

Aga Sz. DZIECI, książek, książki, NASZ DOM, RECENZJE 1 Comment

Kochani jako, że wieczory długie i ciemne, sprzyjające czytaniu, a i Mikołaj niejeden pewnie jeszcze zagwozdkę ma co to do tych skarpet dzieciom wpakować, post książkowy przygotowałam. Będzie o tym co aktualnie czytamy, a także o tym co czytać niebawem będziemy (mam przecieki od naszego Mikołaja…)

W tym roku ,,na salonach” (w naszym namiocie tipi z Muzpony głównie…), królują książki Wydawnictwa Zakamarki , które zresztą nie od dziś bardzo sobie cenię.

,,Peter i Lena. Dwa opowiadania” Astrid Lindgren, bardzo ładnie wydana książka,  napisana miłym w odbiorze dla dzieci językiem z dodatkiem charakterystycznego dla autorki humoru, to u nas hit młodszej dwójki, a już Małgosia zafascynowana jest ta książka totalnie. Wiecie, to jest ten etap, że po przeczytaniu naście razy dziecko powtarza za czytającym tekst. Książka podzielona jest na dwa opowiadania:  ,,Ja też chcę mieć rodzeństwo” oraz ,,Ja też chcę chodzić do szkoły”. Śliczne, barwne ilustracje, tekst, który przykuwa uwagę dziecka.  Jak z tytułów wynika porusza kwestie pojawienia się w domu rodzeństwa i fascynacji przedszkolaków tematem szkoły. Autorki takiego kalibru nie trzeba nikomu rekomendować, można kupować w ciemno.

 Zakamarki każdego roku lubią (i chwała im za to) dostarczać nam książki, które podzielone są na 24  rozdziały, tak by od pierwszego grudnia,  oprócz codziennego opróżniania kalendarza z czekoladkami, móc także przeczytać jeden rozdział opowiadania (w praktyce codziennie kończy się to ,,mamo jeszcze jeden rozdział, pliiiiis”, ale to przecież bez znaczenia. W ubiegłym roku pisałam o napisanej na tej zasadzie  książce ,,Prezent dla Cebulki”(pod tym postem w propozycjach innych wpisów znajdziecie odnośnik).

,,Święta dzieci z dachów” to opowiadanie o trójce dzieci, które uciekły z domu dziecka, przypadkowo poznały bezdomnego, który stracił pamięć i postanowiły mu pomóc ją przywrócić. Książka troszkę metafizyczna, z rysunkami, które co prawda genialnie oddaje jej charakter i nie budziły zastrzeżeń ani też nie wywołały żadnych komentarzy negatywnych ze strony moich dzieci,  mi osobiście nie przypadły do gusty z racji swojej mroczności. Nie mniej, pozycja warta uwagi szczególnie w przedświątecznym czasie, bo dotyka relacji między dziećmi i rodzicami, tolerancji, zawiści, wykluczenia przez grupę, ale także przyjaźni. Skierowana dla dzieci od szóstego roku życia, moja cztero letnia Małgosia grzecznie słucha gdy ją czytamy, ale z pewnością nie wszystko rozumie.

 

Zanim do kolejnej książki przejdę słów kilka o widocznym na zdjęciach tipi chciałam napisać. Moda na tipi, dziecięcy namiot ma się świetnie, ja przyznam byłam dość długo sceptycznie do nich nastawiona. Przyzwyczajona do domków-namiotów z mojego dzieciństwa (mieliście?), wydawały mi się jakieś dziwne, ale Antek ma jakiś gen zmutowany, który każe mu budować bazy nieustannie. Nie było dnia, żeby z wszystkich możliwych koców, krzeseł, suszarek na pranie i klamerek nie budował czegoś na kształt schronu. I choć ta jego kreatywność z jednej strony cieszyła, to w domu panował z tego powody nieustanny chaos.  Celowo ustawiłam tipi w salonie, bo i tak tu spędzają większość czasu i powiem Wam to był strzał w dziesiątkę. Choć Antkowi nadal zdarza się tworzy przedsionki, rozbudowywać, do środka znosi cuda na kiju, to jest to taki kącik na dole w domu tylko dla nich.

Rano, kiedy wstajemy do przedszkola, jest jeszcze ciemno, znoszę Gosię na rękach, chwilę potem schodzi zaspany Antoś, zapalam maleńkie światełka , które zawiesiłam na tipi i budzą się w nim słodko pod kocykiem czekając na ciepła herbatkę i śniadanie. Popołudniami bawią się w nim, książeczki w środku oglądają (ma okienko). Pakują do niego tuzin poduszek i seanse filmowe w piątki urządzają. Tipi i poduszki gwiazdki pasujące do namiotu znajdziecie w sklepie Muzpony, zresztą koncepcja marki jest taka, żeby móc w ich ofercie wybrać wiele spójnych, pasujących do siebie elementów (także pościele, dywany…). Mogę ich polecić ze względu na  jakość użytych materiałów oraz solidne i ładne wykonanie.

Muzpony tak się miło składa obchodzą w  właśnie swoje 10 urodziny i na hasło ,,10urodziny” na wszystkie produkty z kolekcji można otrzymać 10% rabatu (promocja trwa do 30 listopada). Jeśli ktoś planuje zakup tipi w mikołajkowym czy świątecznym prezencie to jest to dobre miejsce i moment. (linki zostawię na koniec)

Wracając do książek jeszcze, dwie z nowości, o których istnieniu moje dzieci dowiedzą się 6 grudnia…

 

,,Hurra, są Święta!”, których autorem jest Ulf Nilsson to podobnie jak we wspomnianych wyżej ,,Prezent dla Cebulki” i ,,Świętach dzieci z dachów , tu również książka podzielona jest na 24 rozdziały. Opowiada o perypetiach młodego prosiaka, który uciekł z transportu do rzeźni i zamieszkał najpierw z bezdomną kotką, a potem z cała gromadka nowych przyjaciół z którymi to starał się przygotować Święta Bożego Narodzenia. Książka pisana przyjaznym dla dziecka językiem,  o przygotowaniu do Świąt mimo przeciwności, o uczuciach, przyjaźni, tradycji.  Na pewno spodoba się całej mojej trójce.

 

,,Jak Johan uratował cielaka” to z kolei opowiadanie Astrid Lindgren, które ukazało się z okazji 110 rocznicy urodzin autorki. Tytułowy Johan to kilkuletni chłopak, mieszkaniec szwedzkiej Smalandia. Bajka zaczyna się smutną historią utraty ukochanej krowy. Młody czytelnik dowie się o trudnym obliczu życia, o tym, że można być biednym, mieć problem, ale niesie też ze sobą nadzieję i uczy wiary, że dobro jest w każdym człowieku.


Książki Wydawnictwo Zakamarki (klik)

Tipi (nasz z kolekcji słoniki/gwiazdki) tutaj (klik)

Poduszki gwiazdki tu (klik)

szary, wiklinowy kuferek: Lilu (klik)

papcie Małgosi: Titot (klik)

szare kocyki: Yosoy (klik)

 

Czytajmy więc Kochani dzieciom, jak najwięcej…

Uściski

Proste ciasto kakaowo-bananowe ( wersja fit )

Aga Sz. ciasta, czekoladowe, fit, PRZEPISY 2 Comments

Nie jest to najbardziej fotogeniczne ciasto z jakim miałam do czynienia, ale  jedne z najsmaczniejsze zdrowych ciast, które do tej pory piekłam (pod warunkiem, że lubi się banany, bo są one delikatnie wyczuwalne w smaku). Piekę je gdy mam nadmiar bardzo dojrzałych, miękkich, brązowiejących już bananów, a mało czasu. Zawiera w sobie wyłącznie zdrowe składniki ,które oczywiście można zamienić na te mniej zdrowe, tylko po co… Jest mięciutkie, w sam raz słodkie, banalnie proste w wykonaniu, szybkie, zawsze się udaje i znika w jedno popołudnie…

Korzystając z okazji, z całego serducha pragnę Was prosić o głos na mój dom, który bierze udział w plebiscycie na najpiękniejsze wnętrze. Jesteśmy ostatnim domem, na samym dole (Aga ze Śląska) siedzimy przy choince, wystarczy kliknac ,,lubie to”. Jeśli macie ochotę zostawić tam również komentarz, weźmiecie wówczas udział w konkursie dla głosujących. Z góry bardzo, bardzo dziękuję… Link tutaj (KLIK)

Składniki:

  • 2 bardzo dojrzałe banany
  • 3/4 szklanki mąki orkiszowej
  • 1/2 szklanki cukru kokosowego (lub brzozowego)
  • 3 łyżki kakao (ja używam sproszkowanego karobu)
  • 3 pełne łyżki oleju kokosowego (masło klarowane też będzie dobre)
  • 1 duże jajko
  • 100 ml mleka kokosowego  (lub innego roślinnego)
  • 1 pełna łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • szczypta cynamonu (opcjonalnie)
  • łyżeczka ekstraktu waniliowego (opcjonalnie)

Banany obrać, pognieść dokładnie widelcem, wbić do nich jajko, wymieszać.

W drugiej misce wymieszać mąkę z cukrem, kakao, proszkiem do pieczenia, sodą, cynamonem i wanilia. Dodać banany, olej kokosowy (jeśli jest z lodówki to wcześniej podgrzać trochę) i mleko, wymieszać.

Zawartości obu miseczek połączyć i wymieszać widelcem.

Przełożyć do formy tzw. keksówki wysmarowanej tłuszczem.

Piec w temp. 180 stopni przez ok 40-45 min.

Po upieczeniu odstawić na kwadrans przed wyjęciem z formy.

Upieczcie koniecznie…

Smacznego!

 

,,Liść” recenzja książki Julii Rozumek

Aga Sz. DZIECI, KSIĄŻKI, książki 1 Comment

Czekałam z przedstawieniem tej książki parę dobrych miesięcy. Bo taka jestem głupio drobiazgowa, że nie wyobrażałam sobie pokazać ją inaczej niż w jesiennym klimacie. I nadal ubolewam, że na ogródku dąb wielki nam rośnie, a nie miłorząb, bo liście by mi bardziej pasowały…I choć z pewnością, będę w jesienno-zimowych postach o książkach dla dzieci jeszcze pisać, to ta książka  na blogu, podobnie jak w moim sercu zasługuje na swoje własne miejsce…

Na sama informację, że Julia Rozumek pisze drugą książkę, tym razem bajkę dla dzieci zrobiło mi się ciepło na sercu. Znając jej słowo pisane, a także mądrość i miłość z jaką wychowuje swoje dzieci, byłam pewna, że będzie to merytorycznie niezwykła i wartościowa książka. Tylko, że w książce dla dzieci oprócz treści ważne są też ilustracje. Dużo łatwiej wówczas zainteresować dzieci lekturą, skłonić do rozmowy, w ich główkach i sercach pozostawić ślad. Bywa niestety, szczególnie często ma to miejsce w książkach kulinarnych, ale w książkach dla dzieci też nie jest rzadkie, że choć tekst piękny, to zdjęcia/obrazki do bani…

Moi Drodzy, rysunki do książki Juli Rozumek wykonała Kasia Stróżyńska- Goraj… Jedna z najzdolniejszych, najmocniej obecnie rozchwytywanych ilustratorek. Jej prace możecie znaleźć na stronie sklepu ,,Mysi ogonek” (może pamiętacie alfabet i grę memo z postu ,,Leśna szkoła”(klik) ? Są jej autorstwa!). Nie wiem, czy jest firma z branży dziecięcej w tym kraju, która na dzień dzisiejszy nie chciałaby z Kasią współpracować, chyba tylko Ci, którzy jej prac nie znają…

Klimat jaki tworzy  na swoich rysunkach to magia przez duże M. Nie wiem jak Ona to robi, ale w każdą narysowaną kreskę wpompowuje nieobliczalne pokłady piękna, ciepła, dobroci i magii, a jej nawiązywanie do natury, lasu, roślin i zwierząt nieustannie mnie wzruszają. Zawsze oglądając Jej rysunek myślę, że to granica, że nic piękniejszego nie jest już w stanie stworzyć, a potem widzę kolejny i już wiem jak bardzo się myliłam…

Sama Julka przyznała, że nie wyobrażała sobie nikogo innego w roli ilustratora tej książki, i że gdyby Kasia (tak bardzo zapracowana przecież) jej odmówiła, prawdopodobnie bajka ta nie została wydana. Duet Julii i Kasi  musiał zaowocować czymś pięknym. I zaowocował.

Przed Wami, najpiękniejsza w mojej ocenie i najbardziej wartościowa książka dla dzieci 2017 roku…

Książka opowiada historię liścia miłorzębu, który wędrując od ogródka do ogródka, jest obserwatorem różnych sytuacji i rozmów, które są dla niego i dla nas czytelników, swoista lekcją szacunku, dobroci, przyjaźni. To bajka dla dzieci, ale to także obowiązkowa lektura dla każdego dorosłego. Napisana prześlicznym, pełnym ciepła językiem, przypomina co w życiu ważne, składnia do refleksji, docenienia tego co mamy, dostrzeżenia rzeczy, o których w codziennym pośpiechu nietrudno zapomnieć, a na które z całą pewnością powinniśmy dostrzec i pielęgnować..

 

Julia Rozumek Liść

Julia dziękuję, że dzięki niej w tak pięknych sposób mogę opowiadać moim dzieciom o rzeczach w życiu najistotniejszych.

ps. Płakałam ze wzruszenia tylko dwa razy. Przy opowiadaniu o dziewczynce, która marzyła o urodzinach i o panu ze straganu…

 

Książkę ,,Liść”, a także piękne plakaty z cytatami z niej możecie zamówić  tutaj (KLIK)

Z całego serca polecam..

,,Moje Mieszkanie” grudzień 2017

Aga Sz. Boże Narodzenie, DZIECI, NASZ DOM, Strona glowna banner 2 Comments

Kochani dziś kilka słów i zdjęć  magazynu ,,Moje Mieszkanie”, w którym mamy przyjemność gościć w tegorocznym grudniowym, świątecznym wydaniu…

Kilka dni po tym, gdy dowiedzieliśmy się, że po raz trzeci zostaniemy rodzicami, pamiętam nawet, że jechaliśmy wtedy samochodem, postanowiliśmy  z Robertem, że zbudujemy dom. To znaczy to, że kiedyś, w nieokreślonej przyszłości go zbudujemy było pewne, wtedy jednak, podjęliśmy decyzję, że zaczniemy od zaraz. Nie będziemy czekać z marzeniami, aż dzieci urosną, tylko zbudujemy go jak najszybciej, by cała trójka mogła jak najwięcej dzieciństwa spędzić blisko natury.

W dniu, w którym poznaliśmy płeć dzidziusia i który jednocześnie szczęśliwie był 7 rocznicą naszego ślubu, przyjechała koparka i zaczęła kopać fundament.

Doskonale pamiętam jak z dwójką małych dzieci i wielkim brzuchem wybierałam kolor dachówki, jak na wariata jeździliśmy po salonach wybierając płytki, wannę czy panele. Jak z Małgosia przy piersi zamawiam krany, a na parkingu Ikei o 22:05 pakowaliśmy do przyczepy łóżka i komody. Pamiętam moje niekończące się problemy decyzyjne, wymianę wszystkich przywiezionych już drzwi wewnętrznych, partii płytek i frontów kuchennych bo zmieniłam zdanie (ups). Te setki (Robert mówi, że tysiące) wykonanych telefonów, ekipy budowlane (od tej najlepszej pod słońcem po te o których nie chce myśleć). Pamiętam determinację, zorganizowanie, ciągłą naukę, kierownicze predyspozycję i perfekcyjne wręcz prowadzenie budowy przez mojego męża.

Rok. Dokładnie w rok postawiliśmy nasz wymarzony dom, tak by 1 września Maja z Antkiem mogli pójść do tutejszego przedszkola.

I naprawdę wtedy nie miałam wtedy ani głowy ani czasu by przeglądać magazyny wnętrzarskie czy internet w poszukiwaniu inspiracji. Mnóstwo rzeczy było wybieranych na wariata i jedyne czym się kierowałam to serce. Chciałam by było przytulnie, pastelowo, ciepło i tak po naszemu…

Od początku przyjęliśmy z Robertem strategię, że ufamy sobie i ja powierzam mu wszystko co związane z budową domu, nie doradzałam mu, nie wtrącałam się w kwestii murów, ocieplenia, rur czy ogrzewania, a on dał mi pełną swobodę w urządzeniu domu. I choć z naszej górnej, babskiej łazienki nie korzysta i pewnie wolałby sypialnie w szarości, to wiem, że kocha ten dom całym sercem. Zawsze mi mówi, ze póki mu w warsztacie różowych zasłonek nie wieszam, reszta mu nie przeszkadza.

Ponieważ dzieją się w moim życiu czasami rzeczy zaskakujące, rok później ktoś uznał (tym kimś była Dorota, redaktor naczelna ,,Mojego Mieszkania”), po obejrzeniu mojego profilu na Instagramie i sesji pierniczkowej wykonanej przez FotoSister,  że te nasze cztery kąty zasługują na to, by je pokazać w magazynie wnętrzarskim.

Pierwszy telefon odebrałam po Nowym Roku i padła wtedy propozycja by pokazać pastelową Wielkanoc w Ciasteczkolandii . Sesja musiałaby się odbyć możliwie szybko, a ja wiedziałam, że mój stary, biały, wymarzony kredens (dla którego w projekcie domu ściana poszerzana była, choć go jeszcze fizycznie jeszcze wówczas nie było) stoi nieodnowiony w garażu i że za żadne skarby Robert w tydzień  go nie odnowi, bo na narty wyjazd ma zabukowany. A zależało mi, żeby ten kredens był. Bo on ważny dla mnie bardzo. Odmówiłam. I choć smutno mi było, bo to przecież wyróżnienie, pamiątka taka ładna. Dorota na to, że to nic, że Robert ma na narty jechać, a my się na sesję do grudniowego, świątecznego numeru umówimy…

Lato się kończyło, a ja ozdoby świąteczne w kartonach ze strychu znosiłam, pierniczki piekłam, zabawnie było bardzo. Nie chce myśleć co sąsiad widząc Roberta z choinka do domu wchodzącego pomyślał sobie wtedy o nim…

Sama sesja była bardzo miłym dniem, ale gdy zdjęcia były gotowe okazało się, że nasz dom nasz był ostatnim fotografowanym w numerze i na reklamy tylu chętnych było, że okroić by nasz materiał trzeba znacząco, a szkoda było wszystkim. Ponieważ  to sesja z choinką, to zdjęcia rok musiały czekać, by światło dzienne ujrzeć.

Rok minął błyskawicznie i oto jest. Ciasteczkolandia w ,,Moim Mieszkaniu”. Grudzień 2017. Trzy egzemplarze owinę w papier i schowam na strychu. Kiedyś dzieciom pokaże, choć ufam, że i bez tego dom rodzinny i święta nasze zapamiętają…

Z tego miejsca uściski wielkie dla Dorotki Jaworskiej za to, że zauważyła w naszym domu coś, co ja chyba też trochę widziałam, ale w co nie do końca wierzyłam i dla Joli Musiałowicz  zdolnej i doświadczonej stylistki  (mam nadzieję Jolu, że baniak ma mleko w Twoim ogródku czasem Ci mnie przypomina…). Ewie Jagalskiej serdecznie dziękuję za długie rozmowy przez telefon, a potem przelanie tego w tak piękny i ciepły tekst. Piotrowi Mastalerzowi, świetnemu fotografowi, który nie wiem czy bardziej imponuje mi swoją fotograficzna wiedzą czy tym jakim jest fajnym człowiekiem, dziękuję za piękne zdjęcia, ale jeszcze bardziej za to, że do dziś jest moim kolegą (Piotr melduj się jak będziesz na Śląsku, zrobię żurek 😉 )

Jeśli tacy ludzie tworzą magazyn wnętrzarski, to nic dziwnego, że jest on od lat w czołówce najlepiej się sprzedających w Polsce…

Kochani, będzie mi ogromnie miło, jeśli maczając pierniczki w popołudniowej kawię,  sięgniecie po grudniowy numer ,,Mojego Mieszkania”

Ściskam mocno

 

Czekoladowa chmura (najlepsze ciasto czekoladowe bez mąki)

Aga Sz. ciasta, czekoladowe, Strona glowna banner, torty 2 Comments

czekoladowe ciasto bez maki najlepsze

Intensywnie czekoladowe, kojące, wyjątkowe.  Sprawdzi się jako szybki tort- niespodzianka, świetne na deser, kiedy wpadną znajomi, ale także na jesienna chandrę i złamane serce.

Dodatek pomarańczy i likieru Cointreau nie jest konieczny, ale jeśli posiadacie na stanie,  bardzo słuszne będzie ich użycie.

Robi je się prosto, zawsze się udaje. Przepis pochodzi z pierwszej książki Nigelli Lawson, piekę je od ponad dziesięciu lat. To jeden z najlepszych przepisów na blogu…

Składniki:

(wszystkie powinny być w temperaturze pokojowej)

  • 250 g ciemnej czekolady (min. 70% zawartości kakao)
  • 125 g miękkiego masła
  • 6 jajek: 2 całe, 4 z żółtkami oddzielonymi od białek
  • 170 g cukru
  • 2 łyżki likieru Cointreau (albo Grand Marnier) -opcjonalnie
  • starta skórka z umytej, wyparzonej, najlepiej ekologicznej pomarańczy -opcjonalnie

Na wierzch:

  • 500 ml śmietany kremówki ( schłodzonej!)
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 1 łyżka likieru Cointreau (albo Grand Marnier)- opcjonalnie
  • 1 łyżeczka gorzkiego kakao

Dno tortownicy o przekroju ok. 23 cm wyłożyć papierem do pieczenia.

Czekoladę połamać na kawałki i stopić w kąpieli wodnej.

Odstawić, dodać masło, pomieszać i poczekać aż masło całkiem się stopi.

Ubić 4 białka na pianę, a następnie dosypywać stopniowo 100 g cukru, aż stanie się ona sztywna, błyszcząca, ale nie za długo, tylko do momentu, kiedy zacznie zachowywać swój kształt.

W drugiej miseczce zmiksować  2 jajka,   4 żółtka z resztą (70g) cukru, na jasną masę, a następnie dodać do niej rozpuszczona wcześniej czekoladę z masłem.

Kilka łyżek piany z białek dodać do czekoladowej masy, przemieszać, a potem dodać resztę i całość delikatnie połączyć mieszając.

Masę przelać do przygotowanej tortownicy.

Piec w nagrzanym do temp. 180 stopni C. temperaturze przez 30-40 min. do momentu aż środek nie będzie już płynny.

Wyjąć z piekarnika i ostudzić w formie.

Ciasto w miarę stygnięcia ciasta, jego środek będzie się zapadał i tak ma być. utworzy się taki ,,krater” idealny by wypełnić go śmietaną.

Nie przejmujcie się również nierównymi, kruszącymi się trochę bokami, taki jest urok tego ciasta, tak ma być!

Gdy ciasto przestygnie, obrysować nożem boki i wyjąć z formy.

Śmietanę ubić, dodać ekstrakt waniliowy i likier, chwilę całość zmiksować.

Wypełnić zagłębienie ciasta śmietaną. Przed podaniem oprószyć za pomocą sitka gorzkim kakao.

Samych pięknych, czekoladowych chwil Wam życzę…

sernik z awokado i limonką wegański bez pieczenia

Sernik z awokado i limonką (wegański, bez pieczenia)

Aga Sz. ciasta, ciasta z owocami, fit, PRZEPISY, serniki, Strona glowna banner 2 Comments

swernik z awokado wegański z limonką bez pieczenia

Delikatny, kremowy torcik bez pieczenia dla miłośników awokado i zdrowych słodkości. Limonka sprawia, że ciasto nie jest mdłe, syrop klonowy osładza dodając fajnej smakowej nuty, a olej kokosowy po schłodzeniu dobrze scala masę. Osoby, które przyzwyczajone są do smaku awokado będą zachwycone, inne mogą go uznać za dziwny, nie jest to więc ciasto, które polecam podać gościom, których upodobań w tej kwestii nie znacie.

Spód:

  • 150 g ciasteczek kruchych (owsianych, bezglutenowych jakie tak lubicie)
  • 50 gram orzechów nerkowców
  • 50 g wiórków kokosowych
  • sok i skórka z 1 limonki
  • 50 g syropu klonowego

Ciasto:

  • 4 duże dojrzałe, miękkie awokado (ok. 400g)
  • 7  łyżek syropu klonowego (syrop z agawy tez będzie dobry)
  • 4 pełne łyżki oleju kokosowego
  • sok z skórka z  limonki (skórkę  sparzyć, albo tylko umyć jeśli używacie bio)

Małą (u mnie 20 cm) tortownicę z rozkładanymi bokami wyłożyć papierem do pieczenia.

Ciasteczka zmiksować w robocie kuchennym z orzechami i wiórkami kokosowymi.

Dodać do nich syrop klonowy, sok i skórkę z limonki. Ponownie zmiksować na jednolita masę.

Masę wyłożyć na jej spód tortownicy i dobrze ugnieść dłonią lub zewnętrzną stroną łyżki.

Odstawić do lodówki na min. 15 min.

Awokado obrać i dokładnie zmiksować z pozostałymi składnikami, aż do uzyskania idealnie gładkiej konsystencji.

Wylać masę na przygotowany spód.

Wstawić do lodówki na ok. 6 godz. a najlepiej przygotować go wieczorem i zostawić tam na cała noc.

Jeśli zależy nam na czasie możemy wstawić go na pierwsze pół godziny do zamrażalnika, a potem do lodówki (po 4 godz. powinien  być gotowy do krojenia).

Smacznego!

Gry i zabawy w podróży

Aga Sz. DZIECI, gry & zabawy, PODRÓŻE, Strona glowna banner 1 Comment

,,Gry i zabawy w podróży, czyli jak pokonać z dziećmi tysiąc kilometrów bez tabletu i zachować zdrowie psychiczne”. Tak powinien brzmieć pełny tytuł tego posta.

Kiedy się jest rodzicem, przygotowanie do dłuższego wyjazdu powinno obejmować także sferę podróży i nie mam na tu na myśli jedynie zapewnienia rodzinie prowiantu.

Zaplanowanie jak dzieci spędzą te kilka godzin jest niezmiernie ważne, chyba, że jest się odpornym na ,,mamooo daleko jeszcze?”, ,,nuudzi mi się” wypowiadane co cztery i pół minuty, albo też jesteście zwolennikami wręczenia młodym podróżnikom smartfona, tabletu lub zainstalowania na swoim zagłówku małego ekranu z bajką na cały czas trwania podróży. W powyższych sytuacjach zagłębianie się w dalsze meandry tego tekstu jest pewnie bezcelowe.

Jeśli natomiast chcecie podróż na wakacje/ ferie/ weekend/ wizytę u odległych terytorialnie krewnych, zapamiętać miło i spędzić owocnie, zachęcam do zapoznania się z poniżą listą pomysłów. Kreatywni rodzice z całą pewnością są w stanie sami zaplanować zabawy, nie mniej moja propozycja zaopatrzenia się w sprawdzone, naprawdę niedrogie ,,gotowce” uważam za godne rozważenia.

Gry i książeczki w które zaopatrzyłam moja brygadę kosztowały od kilku do kilkunastu złotych.

Maja widząc (pozwoliłam jej przed wyjazdem tylko pobieżnie przejrzeć), co dla nich przygotowałam sama od siebie, a w przeciwieństwie do brata jest dzieckiem skorym do instalowania aplikacji z grami w telefonach, powiedziała- ,,Mamo ja nie zabieram na drogę Ipada”. Musiała to powtórzyć bo myślałam, że źle ją zrozumiałam a wstępnie przecież nie wykluczałam zabrania go.

Ipad został, pojechały za to z nami…

Brulion zabaw w podróży– O ile kolejność pozostałych propozycji będzie przedstawiona losowo, tak ten brulion musiał być pierwszy. Coś genialnego! Taki powrót do przeszłości. Na skromnych (ale solidnych) niewybielanych kartkach, skarbnica pomysłów, zabaw, łamigłówek. Kółko i krzyżyk, statki itd.  Z tej serii wydano jeszcze ,,Brulion zabaw podwórkowych” i ,,Brulion zabaw dla każdego”. Wszystkie fajne, a cena śmieszna. Maja korzystała w nich zarówno w podróży jak i na miejscu ogrywając nas równo w kółko i krzyżyk. Bardzo, bardzo polecam… klik

Lego Friends zabawy w podróży – coś dla dziewczynek, fanki Lego Friends będą szczególnie usatysfakcjonowane. Kolorowanki, zagadki, naklejki. Dwie książeczki spięte wygodna gumką. Maja bardzo dużo i z zainteresowaniem kolorowała, projektowała. Tu uważam, cena również z gatunku zabawnych jak za jakość i ilość czasu zajętego w podróży. (klik)

100 zabaw w podróży (klik) Zestaw 50 dwustronnych kart (czyli 100 planszy) wraz ze ścieralnym pisakiem. Dziecko rozwiązuje zagadki, szuka szczegółów, rysuje, zaznacza, rozwiązuje krzyżówki, rebusy, pokonuje labirynty. Ładne rysunki, poręczne opakowanie. Przydatne nie tylko w podróży, ale także w restauracji czy kolejce do lekarza . Zamówiłam z myślą o Antku, ale Maja z Małgosią też z nich korzystały.

Dzieci kontra rodzice w samochodzie – to zabawa dla całej rodziny. Pierwsza z nich wymyślona stricte do zabawy w podróży. Zasady są proste, każdy z uczestników (oprócz kierowcy) otrzymuję kartę z kilkoma punktami np. znajdź czerwony samochód, wskaż pana w okularach, tablicę z oznaczeniem miasta i kiedy zauważy za oknem coś z listy głośno o tym informuje pozostałych pasażerów. Ponieważ młodsze nasze dzieci jeszcze samodzielnie nie czytają, zmieniłam zasady i sama wyczytywałam hasło. Dzieci uruchomiły spostrzegawczość i były żywo zainteresowane zbieraniem punktów.

Dzieci konta rodzice to druga gra z tej serii, którą posiadamy. Dwa zestawy kart, jedna z prostymi pytaniami dla dzieci, druga z trudniejszymi dla rodziców (ale dacie radę ;). Ja wybierałam pytania dla dzieci, Maja czytała pytania dla nas- rodziców. Bardzo mile pokonaliśmy, grając w nią część drogi.  Małe, zgrabne pudełko i tu znowu niska cena.

Te i wiele innych gier z tej serii znajdziecie tutaj (klik)

Kieszonkowiec geograficzny. Gdzie Rzym a gdzie Krym – Każda podróż, jest dobrą okazją do poznania geografii, dlatego spośród gier z serii ,,kieszonkowiec” wybrałam właśnie ten geograficzny. Kieszonkowiec to talia kart z państwami i ich stolicami. Można je wykorzystać na różne sposoby, zagrać w Piotrusia czy memo, ucząc się przy okazji nazw stolic, ich położenia geograficznego i symboli. Duży plus za śliczne rysunki Anny Kleszczewskiej. Pełną ofertę możecie zobaczyć na stronie Kapitana Nauki (klik), dostępne są również w Smyku, Empiku i dobrych księgarniach.

Super Quiz  (wybrałam ,,Świat”) to seria dla dzieci od 7 roku życia. Poręczne karty z opisem ciekawostek związanych z daną tematyką (o świecie, państwach i miastach, pustyniach, wulkanach itp). Na drugiej stronie znajdują się pytania, na które odpowiedzi zawarte są w tych tekstach. Słowem oprócz ciekawych, cennych informacji także ćwiczenie czytania ze zrozumieniem. Quizów jest kilka do wyboru, nawet fani piłki nożnej czy kotów znajdą coś dla siebie. Super quiz otrzymał wyróżnienie w konkursie Zabawka Roku 2017  (klik)

Kurs językowy podstawowy z płytą cd… Jeśli jedziemy za granicę, to taka płyta cd, na której lektor wypowiada po polsku a następnie w danym języku słowa, zwroty to nie tylko nauka podstawowego słownictwa, oswojenie się z nim (w przypadku j południowych melodyjności), ale przede wszystkim mnóstwo śmiechu i zabawy. Dzieci z ogromnym zaciekawieniem słuchają płyty, czekają na kolejne słowa. Można się umówić, że każdy uczestnik kolejno powtarza za lektorem, albo powtarzacie razem.

Nasz kurs zamówiłam na stronie wydawnictwa Edgard tutaj (klik), mają bardzo bogata ofertę kursów i jestem pewna, że znajdziecie kurs kraju do którego jedziecie.

Mali Odkrywcy Wielkich Miast. Dzieciom które już samodzielnie czytają, dobrym pomysłem jest podsunięcie książki, przewodnika o kraju do którego jadą, ale takiego stworzonego z myślą o najmłodszych. Gdyby celem Waszej podróży były Włochy, to polecić mogę książeczki z tej serii (klik). Można je kupić pojedynczo lub w pakiecie.

,,Mój dziennik podróży” to z kolei kreatywny sposób na zachowanie wspomnień z wakacji. Już przed wyjazdem dziecko (samo lub z pomocą rodzica) uzupełnia w nim informacje dotyczące miejsca podróży, osób z którymi jedzie, a następnie, już na wakacjach, notuje przeróżne wakacyjne informacje, wkleja bilety, zdjęcia przyjaciół, mapy. Opisuje najfajniejszy dzień, tworzy listę potraw, które jadło po raz pierwszy itp. W twardej okładce, co ułatwia korzystanie z niego już w podróży. Dostępny np. tutaj (klik)

Fajne jest to, że z każdej z tych rzeczy dzieci mogły korzystać również podczas samego już pobytu na miejscu…

Mam nadzieję, że moje propozycję okazały się przydatne, piszcie w komentarzach jeśli macie jakieś swoje sprawdzone gry i zabawy w podróży.

Szerokiej drogi !