Najłatwiejsze na świecie popękane pierniczki

Aga Sz. Boże Narodzenie, ciasteczka, pierniki & pierniczki, PRZEPISY, Strona glowna banner 0 Comments

Wraz z utratą zębów mlecznych, moje dzieci tracą wiarę w istnienie św. Mikołaja. Już tylko Małgosia ufa, że ciasteczka, które zostawiają na parapecie 5 grudnia wieczorem, zjada facet z biała brodą w czerwonych gaciach. I nie wnika nawet, jak mu się udaje w nocy do domu naszego dostać. Antek ostentacyjnie oświadczył, że w niego nie wierzy, ,,Wiem mamo, że to Wy”, nie mniej zapewnił, że ma w planach dalej ten dzień świętować.

Poranki mikołajowe, kiedy leżąc w łóżku mogę nasłuchiwać odgłosów domu: budzika nastawionego u Mai, tego ,,Antek wstawaj, Mikołaj”, ,,Gooosiuuu”, ,,Nie, nic nie szukaj, najpierw zejdziemy na dół zobaczyć, czy zjadł ciasteczka”. Ten odgłos wspólnego ich zbiegania na boso po schodach, to jeden z najpiękniejszych dźwięków w całym roku. A kiedy słyszę Antka, jak buszując w paczkach ze słodyczami, które ich tata przynosi z pracy ,,Maja ja chyba takiego nie mam”, pada z jej strony ,,Nie martw się Antek, dam ci moje”, choć każdego innego dnia nie przeszłoby jej to przez gardło, to wiem, że wszystko idzie we właściwym kierunku. Ten rozczulający mnie totalnie widok, kiedy przy świetle lampek siedzą całą trójką na podłodze i szczęśliwi rozmawiają, oglądając prezenty, to jest rzecz, którą chciałabym zamknąć w szczelnie w puszcze na pierniki i otworzyć po latach, kiedy mikołajkowe poranki w naszym domu wypełnią się ciszą…

Piszę te słowa, popijając kawą i rozkoszując się pierniczkami, z przepisem na które, tu dziś przybyłam. Absolutnie zbawienny dla osób, którym przed Świętami brakuje czasu, sił tudzież chęci na pieczenie klasycznych, wymagających wałkowania i wykrawania pierniczków.

Wykonanie tych jest śmiesznie proste, szybkie i nieabsorbujące. Poradzą sobie z nim nawet dzieci. Wszystko sprowadza się do wymieszania składników i ulepienia z nich kuleczek, które podczas pieczenia spłaszczą się i popękają.

Pomijając fakt, że wyglądem nie mogą konkurować ze swoimi precyzyjnie ozdobionymi lukrem kuzynkami, niczego im nie brakuje. Ba, uczciwie przyznać nawet trzeba, że są od nich smaczniejsze. Niepozorne, płaskie ciasteczka o miodowo-piernikowej nucie, które pod chrupiącym wierzchem skrywają miękkie, ciągnące się wnętrze. Trudno poprzestać na jednym, choć nie wiem czy to zaliczyć na ich plus…

Świetnie sprawdzą się jako ciasteczka zostawione Mikołajowi na parapecie. Dla mnie genialne!

Składniki:

  • 2 szklanki mąki pszennej
  • 1 łyżeczka sody
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • 1 łyżeczka imbiru w proszku
  • 2 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 150 g miękkiego masła
  • 1 szklanka brązowego cukru
  • 1 jajko
  • 1/2 szklanki płynnego miodu

Mąkę wymieszać z sodą, proszkiem, solą, cynamonem, imbirem i przyprawą do piernika.
W drugiej misce zmiksować masło z cukrem na puszysta masę, a następnie dodać miód i jajko i jajko.
Ucierając, stopniowo dosypywać suche składniki.

Masa będzie gęsta i trochę klejąca.
Przykryć miskę i ostawić do lodówki na ok. godzinę, by masa stwardniała.

Formować z masy kulki o średniki ok. 3cm, takie wielkości orzecha włoskiego.

Kulki układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując pomiędzy nimi 5 cm odstępy.
Piec w nagrzanym do 180°C przez ok. 12 minut. , aż lekko się zarumienią. Wydłużenie czasu pieczenia może spowodować, że ciasteczka nie będą miękkie i ciągnące w środku, a to cały ich urok.
Wyjąć z piekarnika i ostudzić na blasze.

Po upieczeniu pierniczki będą miękkie, ale spokojnie, gdy ostygną, stwardnieją z łatwością je z blachy ściągniecie.

Wielu mikołajkowych wzruszeń i udanych wypieków…

Źródło przepisu: (z moimi zmianami) White Plate

,,Koszyk” Julia Rozumek

Aga Sz. DZIECI, książek, KSIĄŻKI, książki, Strona glowna banner 0 Comments

O książce ,,Koszyk” Julii Rozumek, chciałam napisać już dawno. W pierwszym odruchu jednak, mój perfekcjonizm uparcie domagał się znalezienia koszyka podobnego do tego tytułowego, by zrobić książce należyte zdjęcia, co okazało się trudnym zadaniem. Ostatnio, pisząc post o książkach na czas Adwentu mocno rozważałam, czy książki tej w nim nie umieścić, doszłam jednak do wniosku, że zasługuje ona na osobny wpis…

Choć tekst w całości nie odnosi się do Świąt Bożego Narodzenia, to opowiadanie to w dniu Wigilii się kończy. Jak wszystkie książki autorki, tak i ta niesie ze sobą chwytająca za serce dawkę życiowej mądrości, dobra, nadziei, a dla dorosłych czytelników zapewne i wspomnień, wzruszeń, więc na ten świąteczny czas jest idealną na jej lekturą.

Dziś nadążyła się wyjątkowa okazja, by ją w końcu u mnie przedstawić, gdyż Julia nakręciła filmik w świątecznym klimacie, w którym czyta jej fragmenty. Pozwolę sobie go tu, za Jej zgodą umieścić…

Książka opowiada historię koszyka. Rozpoczyna się ona w 1918 roku i wraz z nim, przez kolejnych sto lat śledzimy jego losy. Koszyk zmienia miejsca pobytu, właścicieli i pełnione funkcję, a wszystko to dzieje się z historią Polski w tle. W przystępny dla dzieci, (ale nie infantylny) sposób bajka przybliża fakty z życia naszego kraju, rzeczy charakterystyczne dla danego okresu. Jest więc wojna, zima stulecia, kolorowe lata siedemdziesiąte i bure czasy PRL.

Książki, które Julia piszę dla dzieci, mają też ogromną wartością literacką dla dorosłego czytelnika, który czerpie dużo radości z ich czytania. Treści skłaniają do zadumy oraz stanowią wspaniały punkt wyjścia do rozmów z dziećmi. Nie inaczej jest tym razem. Po raz pierwszy naszym dzieciom, książkę tą czytał im ich tata i pamiętam, że co chwilę, czytanie było przerywane, by coś dopowiedzieć, wytłumaczyć, odpowiedzieć na pojawiające się pytania, a czasem powspominać.

O ilustrację zadbała Małgosia Gibas- Grądman (znana z Las & Niebo), która wspaniale oddała na nich klimat mienionych czasów. Poniżej klika wybranych ilustracji z książki…

Myślę sobie, że jeśli babcie i dziadkowie Waszych dzieci, dopytują, co też wnukom kupić pod choinkę, to ta książka będzie najlepszym wyborem. A jeśli dane im będzie podczas Świąt wspólnie ją przeczytać, to uwierzcie mi, obdarowani będą równocześnie darczyńcy. A Wy koniecznie spójrzcie w ich oczy, kiedy przeczytają ostatnie zdanie…

Wszystkie książki Julii do nabycia tutaj: (klik), ,,Koszyk” w świątecznym zestawie tu: (klik)

Pozdrawiam Wam serdecznie i zmykam do kuchni, bo jutro Mikołaj, a my nie mamy dla niego jeszcze ciasteczek…

Świąteczne wypieki z Melissa &Doug

Aga Sz. DZIECI, gry & zabawy, NASZ DOM, Strona glowna banner 0 Comments

drewniane kuchenne zabawki Melissa&Doug, sesja zdjęciowa z zabawkami dla dzieci

Tak naprawdę to nie wiem, która z nas Małgosia czy ja, jest większą fanką drewnianych, kuchennych zabawek. Ona potrafi całymi godzinami bawić się w swojej kuchni, mieszać, miksować, nakładać i kursować miedzy pokojami domowników, zbierając, a następnie realizując zamówienia ze swojej kawiarni, co mnie z kolei nie przestaje wzruszać i w związku z tym zapałem i nieukrywaną radością, regularnie poszerzam jej kolekcję. Tłumaczę to (sobie samej i innym), także tym, że pokażna ich kolekcja jest mi potrzebna z racji sporego prawdopodobieństwa posiadania w przyszłości dużej ilości wnuków. Będę wówczas mogła ich nimi spokojnie obdzielić. I nie jest to żart, moje dzieci są w posiadaniu ponad 80-letniego mini kredensu kuchennego swojej prababci, także mówię to bardzo poważnie…

W tym roku, na zaproszenie sklepu z zabawkami i akcesoriami dla dzieci Tublu.pl , przyjrzałyśmy się z Małgosią bliżej marce Melissa & Doug i chcemy Wam ją trochę przybliżyć.

Melissa & Doug to amerykańska marka istniejąca od ponad 25 lat. Nazwa pochodzi od imion jej założycieli. Najpierw Doug zaproponował Melissie wspólne założenie firmy, a kilka lat później małżeństwo. Dziś mają szóstkę dzieci i markę znaną na całym świecie, oferująca ponad 2000 unikatowych, wysokiej jakości zabawek i akcesoriów dla dzieci w każdym wieku.

My skupiłyśmy się dzisiaj na tych kuchennych…

drewniane kuchenne zabawki Melissa&Doug

Pierwszy i najbardziej oczywisty wybór padł na mikser. Wszak to najbardziej pożądany przedmiot każdego, nie tylko małego cukiernika.

Drewniany mikser (klik)

Bardzo ładnie wykonany, dodatkowo w komplecie posiada wyciągane z foremki ciasto (Gosia twierdzi, ze to chlebek bananowy, ale wykorzystuje go także kiedy serwuje kopytka), zamykane na rzep jajko, dwa kawałki masła, łopatkę i kartonik imitujący mąkę. Zabawka jest w optymalnym rozmiarze, zabawa nim jest wygodna. Boczne pokrętło jest ruchome, a urządzenie wprawiamy w ruch kręcąc nim od góry. Tu brawa dla producenta za to, ze mikser jest w kolorach, które nie sugerują jakoby była to zabawką tylko dla dziewczynek, bo przecież powszechnie wiadomo, że wielu mistrzów cukiernictwa to mężczyźni…

Drewniane owoce do krojenia (klik)

Zestaw siedmiu owoców z nożykiem, zapakowanych w drewnianej skrzynce z logo marki. Każda z części owoców posiada rzep, dzięki czemu można je za pomocą dołączonego nożyka kroić, a potem ponownie ze sobą sczepiać. Posiadamy już podobny zestaw innej marki, owoce w tym są jednak zdecydowanie większe, niewiele odbiegają od naturalnych rozmiarów tych owoców. Drewniana skrzynka, po zakończonej zabawie, przechowa je i ładnie wygląda. Małgosia wykorzystuje ją także jako tacę. Bardzo ładnie wykonana, solidna rzecz.

Tort urodzinowy (klik)

Apetyczny, estetyczny, kolorowy tort, którego kawałki, podobnie jak w przypadku owoców, połączone są rzepami, można zatem serwować go w całości, albo w kawałkach. Z całym mnóstwem akcesoriów tj. posypki, rozetki z kremu, truskawki w czekoladzie, którymi dziecko (także za pomocą rzepów) może wypiek dowolnie ozdabiać. W komplecie również patera i łopatka do tortu. Jako, że jest to z założenia tort urodzinowy, są oczywiście także świeczki i tu fajna sprawa, że jest ich aż sześć. To niby drobiazg, ale jestem pewna, że gdyby były cztery, pięcioletnie dziecko mogłoby się poczuć trochę zawiedzione.

Zestaw mrożonych przysmaków (klik)

Kawiarnia Małgosi serwuje również lody i tu do wyboru mamy różne smaki: na patyku, w kubeczkach i solidne porcje lodów ciasteczkach (u nas hit to te, które przypominają Oreo. Ciasteczka przyczepiane są do lodów na rzep, można je zatem wykorzystać osobno, co też Małgosia czyni bawiąc się mikserem w pieczenie.

garniki melissa&doug, zestaw naczyń, drewniane zabawkowe naczynia, czerwone garnki dla dziecu

Drewniane naczynia kuchenne (klik)

Z racji miłości do wypieków zaczęłam przedstawiać serie od miksera, ale tak naprawdę, wiadomo, że żadna kuchnia nie istniej bez garnków i patelni, a dobre naczynia do gotowania to skarb. I tu przyznam się, że kiedy pierwszy raz zobaczyłam ich cenę, tj. 99 zł, pomyślałam ,,hm, no nie mało…”. I choć zakupy przez internet mają sporo zalet, to fakt, że nie możemy produktu dotknąć jest w tym przypadku dla tego produktu krzywdzący. Bo tak się składa, że garnków Gosia ma więcej niż ja, a ten zestaw jest nie dość, że jest najpiękniejszy, to też najsolidniejszy. Masywny (ale nie na tyle, by stanowił problem podczas zabawy), bardzo, bardzo porządny. Moje przekonanie graniczy z pewnością, że będą się nim bawić moje wnuki. A, że rękawica w kratkę Vichy skradła moje serce, to chyba nie muszę pisać, kto nas odwiedza, wie, że to mój absolutnie ukochany kuchenny motyw…

Udanych wypieków, także tych drewnianych…

ps. Przeglądając z Małgosią ofertę zabawek Melissa&Doug, najbardziej zaintrygowała ją drewniana pizza, na której można dowolnie komponować dodatki. Wystosowała już w tym temacie list do gwiazdki, a że jest grzeczna myślę, ze powinno się udać spełnić to marzenie…

zabawkowa, drewnana pizza, pizza melissa&doug

Wpis powstał przy współpracy ze sklepem Tublu.pl i dystrybutorem marki Melissa&Doug.

Książki dla dzieci na czas Adwentu (2)

Aga Sz. Boże Narodzenie, DZIECI, książek, książki, Strona glowna banner 0 Comments

Zima, czas oczekiwania Świąt Bożego Narodzenia, ten magiczny czas pachnący mandarynkami, gałązkami świerku, który toczy się gdzieś pomiędzy pieczeniem pierników, wielkimi porządkami, a wyjadaniem czekoladek z kalendarza adwentowego, to najpiękniejszy okres na czytanie książek dzieciom. Ciemne popołudnia, mróz za oknem, sprawiają, że mamy ochotę zaszyć się pod ciepłym kocem z kakao w ręku i zanurzać w lekturach. Mimo, iż dbamy o to, by kontakt z książkami dzieci nasze miały przez cały rok, to jednak znacznie więcej czasu na czytanie poświęcamy właśnie w okresie jesienno-zimowym. Maja woli już czytać sobie sama, ale Antek i Małgosia bardzo lubią wspólne, wieczorne czytanie w sypialni rodziców. Jak to dobrze, że Mikołaj nadal, z wdzięczności chyba za ciasteczka, które mu zostawiają, bo za grzeczność raczej nie 😉 , nadal tradycyjnie napełnia ich mikołajowe woreczki książkami…

Dziś przedstawić chciałam aż sześć książek, które podbiły moje serce. Świąteczną aurą, którą wokół siebie tworzą, przesłaniem, dobrem i mądrością, które ze sobą niosą, a często również przepięknymi wydaniami i wyjątkowymi ilustracjami.

,, Jak Winston uratował Święta”. Alex T. Smith, Wydawnictwo Zielona Sowa.

Zacznę od tego, że książka jest bardzo ładnie wydana. Tłoczone na okładce połyskujące gwiazdki, sprawiają, że jest naprawdę unikatowa i już sam jej wyjątkowy wygląd jest obietnicą dobra, które ze sobą niesie.

Skierowana do młodszych czytelników, przedszkolaków, choć myślę, że ma szansę zainteresować również dzieci trochę starsze.

Książka to historia małej myszki o imieniu Winston, która postawiła sobie za punk honoru dostarczyć przed Świętami, znaleziony przypadkowo list chłopca Oliviera do Świętego Mikołaja. Po drodze spotyka ją mnóstwo przygód, poznaje nowych przyjaciół. Książka składa się z 24 i pół rozdziałów, tak by móc każdego dnia od pierwszego grudnia aż do Wigilii dawkować sobie przygody tego uroczego bohatera.

Każdy rozdział kończy się zadaniem do wykonania, znajdziemy tu np. przepis na ciasteczka, czy instrukcje wykonania szklanej kuli z brokatem. Bardzo ładna, radosna, optymistyczna książka, pełna inspiracji do zabawy z dzieckiem w czasie oczekiwania na Święta.

,,Śnieżna siostra” Maja Lunde, ilustracje Lisa Aisato, Wydawnictwo Literackie.

Odnoszę nieodparte wrażenie, iż jest to najpiękniej wydana książka, jaką mają w biblioteczce moje dzieci. Prawdziwa jej duma i ozdoba. Gruba, tłoczona okładka ze złoceniami, wysokiej jakości papier, wspaniałe, liczne ilustracje autorstwa Lisy Aisato, która w mistrzowski sposób oddała na nich klimat opowiadania i emocje bohaterów, bez wątpienia się to tego przyczyniły.

To historia, która na długo otuli Wasze serca. Opowieść o dziesięcioletnim chłopcu, którego poznajemy w bardzo smutnych okolicznościach, bowiem niebawem po śmierci starszej siostry. Rodzice jego, pogrążeni w żałobie, zatracili zupełnie ochotę na przygotowanie Świąt Bożego Narodzenie, na które chłopiec kocha i na które z utęsknieniem czeka.

Julian, bo tak ma na imię bohater książki, spotka na swojej drodze, rezolutną, rudowłosą dziewczynkę o imieniu Hedvig, która podobnie jak on uwielbia okres Bożego Narodzenie. Ich przyjaźń rozproszy smutek w życiu chłopca.

Pod podszewką magicznego, świątecznego klimatu, autorka w subtelny sposób przemyca temat trudny, rzadko w rozmowach z dziećmi poruszany, jakim jest śmierć bliskiej osoby. Przedstawia żałobę i emocję z nią związane, zarówno z punktu widzenia dorosłych jak i dziecka. Ukazuje jak bardzo strata kogoś bliskiego wpływa na zachowanie człowieka.

Książkę czyta się lekko i z dużą przyjemnością, zawarte w niej niejasności, zagadki i aura tajemniczości z pewnością zaintrygują młodego czytelnika. To ciepła opowieść o stracie, smutku, współczuciu, ale również o pięknie przyjaźni i miłości rodzinnej. Prawdziwa perła wśród książek dla dzieci.

,Boże Narodzenie z ciotka Józefiną" Michael Engler,

,,Boże Narodzenie z ciotka Józefiną” Michael Engler, ilustracje Martina Matos, wyd. Esteri.

Tegoroczna, świąteczna propozycja wydawnictwa Esteri, spodoba się szczególnie przedszkolakom. Opowiada o kochającej się, ale bardzo skromnie żyjącej rodzinie myszek. Pewnego dnia otrzymują oni list, od cioci Józefiny, słynnej, amerykańskiej artystki estradowej, która zapowiada w nim swój przyjazd do nich w odwiedziny na Święta. Rodzina wpada w popłoch, obawia się bowiem, że z racji swojego ubóstwa, nie zdołają należycie ugościć krewnej…

Pokrzepiająca, nastrojowa i wzruszająca opowieść o sile rodziny, wartościach, sile dobra i o tym co w Świętach jest najważniejsze.

Objętościowo idealna na jedno popołudnie, albo do poczytania przed snem. Rzecz na którą chciałam tu zwrócić szczególną uwagę to ilustracje. Mimo, iż doceniam klimatyczne ilustracje w książkach ,,Śnieżna siostra” czy ,,Grudniowy gość”, to te Martina Matos, są dla mnie kwintesencją piękna jakie mogą za sobą nieść ilustracje w książkach dla dzieci. Takich, które pamięta się po latach. Ich urok, plastyczność, ciepło sprawia, że z obcowanie z tą książką jest dużą wizualną przyjemnością. Myślę, że dzieciom, takie właśnie ilustracje są najbliższe, takie chcą w książkach oglądać najbardziej.

,,Opowieść wigilijna" Dickensa recenzja

,,Opowieść wigilijna” Charles Dickens, Grupa Wydawnicza Foksal

Klasyka literatury angielskiej. Po raz pierwszy książka ta została wydana 19 grudnia 1843 r. pod oryginalnym tytułem ,,A Christmas Carol“, a jej autor Charles Dickens, kompletnie nie spodziewał się sukcesu, który za sobą pociągnęła, pisząc ją, chciał tylko zarobić tyle, by spłacić karciane długi (sic). Powieść doczekała się wielu wydań, adaptacji filmowych, stała się inspiracją dla innych dzieł.

Główny bohater to niemiły, skąpy i samolubny kupiec, który całe dnie spędza w pracy pogrążony w księgach rachunkowych. Dobrych uczynków unika jak ognia i nienawidzi Bożego Narodzenia. Jednak pod wpływem niesamowitych wydarzeń, które następują w pewną wigilijną noc, jego życie całkowicie się zmienia, a on sam przechodzi wewnętrzną przemianę…

Ponadczasowa opowieść o magii świąt Bożego Narodzenia, o czynieniu dobra i o tym jak ważna jest w życiu empatia i życzliwość. Warto nabyć, jeśli zależy nam, by prócz nowości wydawniczych, nasze dzieci znały również utwory klasyczne. Moim zdaniem nie powinniśmy o nich zapominać i starać się pielęgnować w głowach dzieci ich wartość.

,,grudniowy gość" książka na czas adwentu

,,Grudniowy gość” Siri Spont, ilustracje Alexander Jansson, wyd. Zakamarki

,,Grudniowy gość” to jeszcze ,,ciepła”, tegoroczna premiera wydawnictwa Zakamarki, które w kwestii świątecznych bajek, jest absolutnym pewniakiem na rynku wydawniczym. To przecież właśnie Zakamarki wydały m.in. przecudną książkę ,,Prezent dla Cebulki”(klik), a także niezwykle klimatyczne ,,Święta dzieci w dachów”, o których pisałam tutaj (klik).

W przypadku tej lektury także mamy do czynienia z adwentowym kalendarzem literackim, skonstruowana jest tak, że przez kolejne 24 dni grudnia, czytać możemy kolejne jej rozdziały.

Wspaniała, mądra opowieść o dziewczynce Marcie, do której rodzinnego domu, z racji toczącej się w jego kraju wojnie, trafia kuzyn. Bohaterka nie jest tym faktem zachwycona, musi mu bowiem odstąpić pokój, a on na okazuje się być małomówny i nie specjalnie początkowo znajdują wspólny język. Wszystko jednak się zmienia, gdy chłopiec zabiera ją do lasu i wyjawia pewną tajemnicę. Napisana lekko, w formie pamiętnika głównej bohaterki, urocza opowieść o sile rodziny, tradycji, o tym co w życiu najważniejsze. Zawiera wątki bardzo na czasie wśród współczesnych dzieci, tj. uwielbienie do chomika i filmików na You Tube, ale pojawiają się też skandynawskie motywy leśnych troli. Bardzo ładnie wydana, z rodzaju tych w solidnych okładkach na lata…

,,Boże narodzenie w Bullerbyn" recenzja książki

,,Boże Narodzenie w Bullerbyn”, Astrid Lindgren, ilustracje Ilon Wikland, wyd. Zakamarki

Na koniec (choć kolejność książek tu przedstawionych, absolutnie nie odzwierciedla stopnia mojej sympatii nich, jest zupełnie przypadkowa), książka która jest już z nami kilka lat i zawsze czytamy ją w okresie Adwentu z dużą przyjemnością. Nie przedstawiałam jej wcześniej, ponieważ był problemu z jej dostępnością (wyczerpał się jej nakład), teraz z tego co widzę, jest do zdobycia, tak więc polecam ją Waszej uwadze.

Dzieciaki z Bullerbyn i ich przygody, tym razem te dotyczące przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia. Książka, która o czym jestem przekonana, spodoba się każdemu dziecku. Przystępny język, uroczy humor Astrid Lindgren i opowiadania, które są kwintesencja sielskiego dzieciństwa na wsi. Opisana w niej codzienność w dzisiejszym świecie zasługuje zdecydowanie na hasztag #dzieciństwobezprądu. Polecam.

Kochani, wykorzystajmy te wyjątkowe, sprzyjające czytelnictwu warunki najpiękniej jak się da. I szepnijcie Mikołajom, żeby zamiast kolejnej małej kulki Lol tudzież innego plastikowego badziewia, postawił na coś, co ma wartość w pokojach dzieci największą.

Książki…

ps. Książki, od lat zamawiam w księgarni internetowej Nieprzeczytane.pl

W hamaku

Aga Sz. DZIECI, gry & zabawy, kobiecym okiem, NASZ DOM, RECENZJE, sprzęty, Strona glowna banner 0 Comments

Mówi się, że stół jest sercem domu. Miejscem spożywania rodzinnych posiłków, rozmów, gier w planszówki. I oczywiście tak właśnie jest, stół to bardzo ważny mebel w domu, który potrafi integrować, skupić w tym samym czasie członków rodziny, by wspólnie spędzać czas. Nie mniej gdy tak patrzę na parter naszego domu, to stwierdzam, że od roku ma on poważna konkurencję w postaci fotela hamakowego…

Historia pojawienia się go w naszym domu jest taka, że cała trójka dzieci uwielbia się huśtać. Na ogródku mają cztery huśtawki i w sezonie wiosna-jesień okupują je bezustannie. Dlatego, gdy w ubiegłym roku wujek Małgosi zapytał mnie, co by ją ucieszyło w prezencie urodzinowym, wiedziałam, że huśtawka, a jeszcze lepiej wiszący fotel hamakowy, prawdopodobnie ją uszczęśliwi. Nie zagłębiałam wówczas specjalnie tematu, kierując się wyłącznie wyglądem i ceną, zasugerowałam jakiś tani model z Allegro. I faktycznie radości było mnóstwo, korzystaliśmy z niego wszyscy, jednak po kilku miesiąca okazało się, że jakość tego hamaka pozostawia sporo do życzenia. To, że przecierało się siedzisko i porwały frędzle ozdobne, to jeszcze nic, problemem było jej mocowanie, zdążyło się, że dzieci zaliczyły twarde lądowanie. Ponieważ jednak sam zamysł hamaka w domu okazał się strzałem w dziesiątkę, wiedziałam, że muszę poszukać na rynku czegoś porządniejszego, bardziej trwałego, bezpiecznego i na lata.

I znalazłam. W sklepie internetowym whamaku.pl. Wszystkie hamaki, które mają w ofercie to najlepsze światowe marki hamaków tak, więc można być spokojnym o ich jakość, no i jest tam z czego wybierać…

Fotel hamakowy towarzyszy nam w ciągu całego dnia. Rano, odbywa się wyścig, które zaspane dziecko jako pierwsze zajmie tą najlepszą miejscówkę, by w niej leniwie witać dzień, oczekując śniadania. Po powrocie ze szkoły i przedszkola, huśtają się, bawią, czytają w nim, a wieczorami, przykryci kocykiem piją kakao. I prawdę mówiąc, idealnie, gdybyśmy zmieścili w salonie trzy sztuki, mimo, iż model, który mamy jest szeroki i szczęśliwie mieści dwie osoby…

To, co go wyróżnia (i odróżnia od tanich, chińskich modeli) to materiał siedziska, który nie jest zwykłym płótnem, a posiada wypełnienie, wszytą poduszkę, co sprawia, że siedzi się w nim mięciutko, bardzo wygodnie i właściwie nie potrzeba do niego dodatkowych poduszek (co w poprzednim hamaku było koniecznością). Sznurki, które wieńczą całość, plecione są ręcznie i wyglądają naprawdę solidnie. Model, który posiadamy, tj. beżowy HC- COMFY posiada także podnóżek, który przyznam początkowo uważałam za lekką przesadę, w praktyce okazał się jednak świetną rzeczą. Leżenie na hamaku, kiedy jest wyciągnięty jest jeszcze bardziej komfortowe. Małgosia natomiast opatentowała rzecz następującą, kiedy złożymy podnóżek do środka, może stanowić rodzaj kołderki dla dziecka.

Słowami czasem trudno przekazać, ile radości i frajdy sprawia jakaś rzecz, więc może zostawię tu po prostu te zdjęcia z niedzielnego popołudnia…

Gdybym miała kupić dzieciom jeden, wspólny prezent pod choinkę, to z pewnością byłby to fotel hamakowy. To również świetny pomysł na prezent składkowy od rodziny. Porządna, przydatna (choć to w naszym przypadku za małe słowo) rzecz na lata, zamiast kolejnych, plastikowych zabawek, które znudzą się po tygodniu.

Na koniec dobra informacja, w sklepie whamaku.pl do 22 listopada 2019 r. trwa promocja na hamaki marki Koala Hammock, można je kupić aż 30% taniej!

No i umówmy się, nie tylko nasze dzieci korzystają z tego hamaka, kiedy mam do południa wolna chwilę, chętnie siedzę w nim pijąc kawę, albo czytam. Robert również, z tego co widzę, ceni sobie w nim chwile po pracy (jeśli oczywiście udaje mu się do niego dopchać)…

Moc serdeczności przesyłam…

Wpis powstał przy współpracy ze sklepem whamaku.pl

Nasz drewniany domek ogrodowy

Aga Sz. NASZ DOM, sprzęty, Strona glowna banner 0 Comments

drewniany domek ogrodowy, domek ogrodowy diy

Każdego lata Robert wymyśla jakiś ogrodowy projekt, który w wolnych chwilach realizuje. Nie wiem w sumie, czy wynika to bardziej z faktycznej potrzeby, hobby czy stanowi przejaw ,,ogrodowego ADHD”. Grunt, że to lubi, Antek mu z radością asystuje no i ogródek robi się coraz ładniejszy i praktyczniejszy. Było już murowanie słupków ogrodzeniowych przed domem, powstał domek na opał ze starej cegły i grządki, a w tym sezonie pochłonął go całkowicie projekt pt. domek z drewna – miejsce do przechowywania rowerów, narzędzi ogrodniczych czy mebli ogrodowych itp.

Początkowo rozglądaliśmy się za kupnem gotowego do złożenia, drewnianego domku. Te niestety (a może stety, patrząc na ten który finalnie mamy…) nie były dostępne w rozmiarze, jaki Robert sobie wymyślił, ponadto deski, z których były wykonane były cieńsze niż te, które chciał mieć. Słowem, specjalnie nie grzeszyły one solidnością, a ich koszt znacznie przewyższał cenę materiału potrzebnego by je wykonać. Nieco lepiej jakościowo przedstawiały się domki robione w firmach, które wykonują je na zamówienie. Niestety tu pojawiał się problem z kosztem transportu (nawet kilkaset złotych) i ceny potrafiły powalić (dziś wiemy, że wyceny były nawet trzykrotnie wyższe niż to, co zapłaciliśmy za materiał). Nie ma się co dziwić, wiele godzin pracy postawienie takiego domku jednak wymaga.
Rozrysował sobie na kartce wszystko, wymierzył, zamówił drewno w lokalnym tartaku, blachodachówkę i rynny w naszym wiejskim sklepie budowlanym i poczynił co widać na załączonym obrazku.

Zawsze mnie zaskakuje, skąd on wie jak, co i ile. I taki spokój wewnętrzny czuję, bo sobie myślę, że jak na Śląsku kopalnie zamkną, inżynierów potrzebować ten przemysł nie będzie, to on spokojnie takie domki na zamówienie będzie mógł robić i jakoś przeżyjemy 😉
Nie jestem w stanie podać tu dokładnie ile, jakich desek trzeba, ale wklejam podglądowe zdjęcia z etapów budowy, może jak ktoś w temacie, to coś mu to podpowie. Śmiało pytajcie też w komentarzach, Robert chętne pomoże.

Samo postawienie domku to połowa sukcesu, z racji tego, że taki drewniany domek nieustannie narażony jest na czynniki zewnętrzne, tj. deszcz, śnieg, mróz, promienie słoneczne.

Wybraliśmy (no dobra, Robert wybrał) do tego celu dwa preparaty z oferty marki Tikkurila. Postawił na tę markę, ponieważ swego czasu malował ich farbami mój biały, kuchenny kredens i był wówczas zachwycony jakością produktów i samym efektem malowania, a także dlatego, iż wyszedł z prostego założenia, że przecież marka pochodzi z Finlandii, a Skandynawowie kochają drewniane domy, więc z pewnością znają się na rzeczy.

Jako warstwa gruntująca, przygotowująca drewno do dalszego zabezpieczenia użyliśmy Tikkurila Valtti Super Guard, impregnatu, który chroni drewno na zewnątrz, tak więc świetnie nadaje się do malowania drewnianych ram okiennych, drzwi zewnętrznych, drewnianych płotów, wiat, altan, tarasów, czy tak jak u nas – ogrodowych domków. Jego głównym zadaniem jest zabezpieczenie drewna przed czynnikami zewnętrznymi, przede wszystkim grzybami (zarówno tymi, które powodują siniznę, tymi pleśniowymi i tymi rozkładającymi drewno) oraz przed insektami (bye, bye korniki…). Atutem produktu jest też fakt, że bardzo dokładnie przenika w głąb drewna i redukuje jego chłonność, co sprawia, że oszczędzamy na ilości nawierzchniowego produktu (i to możemy zdecydowanie potwierdzić!).

Malowanie odbywało się co prawda na zewnątrz, ale ani przez chwilę robiąc zdjęcia nie czułam nieprzyjemnego zapachu. Bezpośrednio po użyciu, mokre od preparatu drewno ma satynową poświatę, ale po wyschnięciu produkt nie wpływa na jego kolor.

Jako warstwę nawierzchniową zastosowaliśmy Tikkurila Valtti Plus Complete. To szybkoschnąca lakierobejca o satynowym wykończeniu przeznaczona do malowania i zabezpieczania powierzchni drewnianych na zewnątrz pomieszczeń. Trzy różne żywice w składzie zabezpieczają drewno i chronią przed czynnikami zewnętrznymi tj. wilgoć, grzyby i promieniowanie słoneczne.

Lakierobejca bardzo dobrze się rozprowadza i wnika w strukturę drewna, nie tworząc żadnych smug. Dostępna jest zarówno w wersji bezbarwnej, jak i w ośmiu gotowych odcieniach, ale można też wybrać kolor z mieszalnika (wówczas do wyboru jest kilkadziesiąt kolorów, więc gdyby zamarzył się komuś drewniany płot w mocno sprecyzowanym odcieniu zieleni, to prawdopodobnie da się to zrobić). Wybór wersji barwionej, z racji tego, że zawiera ona pigmenty, jeszcze lepiej zabezpiecza przed niszczącym wpływem promieni słonecznych.
My zdecydowaliśmy się jednak na wersję klasyczną, bezbarwną. Nie będzie nam bowiem przeszkadzało, gdy kolor domku z racji upływu czasu ,,postarzeje się”. Niemniej, gdy zależy Wam, by kolor sosny został możliwie długo niezmieniony, to sugerowany jest w tym przypadku gotowy odcień ,,Natural Pine”.

Warto wspomnieć, że produkt bardzo szybko schnie. Dwukrotne malowanie tą lakierobejcą możliwe jest w ciągu jednego dnia, ponieważ jedna warstwa produktu potrafi wyschnąć w ciągu dwóch godzin. Produkt jest bardzo wydajny (do 18 m2/l), ma niedrażniący zapach, a po zakończeniu malowania pędzle wystarczy umyć wodą z mydłem. I nie martwcie się, jeśli zaraz po malowaniu spadnie deszcz – produkt zapewnia natychmiastową ochronę, już po godzinie od pomalowania!

I jeszcze taka nasza sugestia, dla tych którzy swój wybór chcieliby skonsultować z fachowcami. Na infolinii Tikkurila można porozmawiać z osobami, które chętnie i kompetentnie doradzą. Polecam, jeśli nie jesteście pewni, który produkt byłby dla Was najlepszy.

drewniany domek ogrodowy, sosnowy domek na ogródku

No cóż, pozostaje nam zatem pochować ogrodowe meble i rowery, a wyciągnąć grabie, bo zakończenie jesieni akcją ,,domek ogrodowy” nie oznacza przecież końca pracy w ogrodzie…

Pozdrawiam Was ciepło, życzę pięknej złotej jesieni i sukcesów przy ogrodowych projektach…

Wpis powstał przy współpracy z marką Tikkurila.

Proste, puszyste ciasto kakaowe z dodatkiem powideł

Aga Sz. ciasta, czekoladowe, PRZEPISY, Strona glowna banner 0 Comments

szybkie i tanie ciasto z  kakao i powidłami , ciasto z kakao i dżemem

Podrzucam dziś przepis na na bardzo smaczne, proste, szybkie w wykonaniu ciasto z dodatkiem kakao i powideł. Swoim wyglądem może przypominać murzynka, jest jednak od niego lżejsze (nie zawiera masła) i bardziej puszyste (za sprawą jogurtu i sody). Powidła w jego składzie można zastąpić dowolnym, ulubionym dżemem, ale myślę, że jesienią bardzo tu pasują…

Składniki:

(szklanka o pojemności 250 ml)

  • 2 szklanki mąki
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 kopiasta łyżka kakao
  • ½ szklanki oleju roślinnego
  • ¾ szklanki cukru
  • szklanka jogurtu naturalnego
  • 1 duże jajko
  • mały słoiczek powideł (ok. 200 ml)

Olej, jogurt, cukier i jajko zmiksować.

W osobnej miseczce mąkę (najlepiej przesianą), wymieszać dokładnie z kakao i sodą. Całość dodać do mieszaniny z olejem zmiksować krótko na wolnych obrotach, tak by składniki się połączyły.

Na koniec dodać powidła, i dokładnie wymieszać łyżką (lub ponownie krótka chwilę na bardzo wolnych obrotach miksera).

Prostokątną blachę ( ok. 20 x 30 cm) wyłożyć papierem do pieczenia lub wysmarować masłem i oprószyć mąką.

Przelać ciasto do formy, piec w temperaturze 180°C przez ok. 40-45 min.

Ostudzone ciasto obficie oprószyć cukrem pudrem lub pokryć polewą czekoladową.

szybkie i tanie ciasto z  kakao i powidłami , ciasto z kakao i dżemem

Smacznego!

Pozdrawiam jesiennie…

Tarta z grzybami leśnymi na kruchym spodzie

Aga Sz. PRZEPISY, Strona glowna banner, tarty, wytrawne 0 Comments

W naszych lasach, grzybowe szaleństwo trwa w najlepsze, każdy nawet najkrótszy spacer, kończymy z koszykiem (albo rękami) pełnymi grzybów. Korzystamy, bo ta tegoroczna obfitość, nie jest dla nas taka oczywista, bywały lata, że grzybów, nie było praktycznie wcale. Część mrozimy, by np. na Święta przygotować uszka do barszczu. Jednak moim ulubionym sposobem wykorzystanie grzybów leśnych są zdecydowanie tarty.

Dziś przepis na tą, którą robię najczęściej. Prosta, na klasycznym kruchym cieście, pachnąca tymiankiem, z odrobiną czosnku i gałki muszkatołowej.

Spróbujcie koniecznie!

Ciasto:

  • 250 g mąki
  • 150 g masła
  • 1 jajko
  • 1/2 łyżeczki soli

Mąkę połączyć (najwygodniej za pomocą miksera) z masłem, pokrojonym w małe kawałeczki, dodać sól i jajko i ponownie szybko zmiksować i ugnieść całość w kulę, spłaszczyć ją by utworzyła dysk, owinąć w folię spożywczą i odstawić do lodówki na 30 min.

Po tym czasie formę do tarty (u mnie okrągła o przekroju ok. 24 cm) wysmarować masłem (ja oprószam tez bułka tartą). Ciasto rozwałkować na tak, by pokryło dno i boki formy.

Z nadmiary ciasta warto wykroić foremką do ciastek np. kształty listków czy grzybków.

Wyłożone dno ponakłuwać widelcem i ponownie odstawić (razem z wyciętymi ciasteczkami) na kwadrans do schłodzenia.

Farsz:

  • ok. 500 g. grzybów leśnych (dowolne typu podgrzybki, borowiki, maślaki )
  • 4 jajka
  • 250 ml śmietany kremówki
  • cebula
  • duży ząbek czosnku
  • 2 łyżki masła
  • kawałek gałązki rozmarynu
  • szczypta świeżo startej gałki muszkatołowej
  • listek laurowy
  • sól, pieprz

Grzyby, przebrać, oczyścić, umyć, osuszyć i pokroić na niezbyt duże kawałki.

Cebule pokroić w kostkę i zeszklić ja na maśle. Dodać grzyby i czosnek, rozmaryn i gałkę. Podsmażyć mieszając przez ok. 5 – 7 min. Posolić i popieprzyć. Odstawić by farsz się schłodził.

W miseczce roztrzepać jajka ze śmietaną, odrobinę posolić.

Piekarnik nagrzać do 190°C .

Przygotowany spód wyłożyć folią aluminiową i wysypać na nią (w celu obciążenia, by ciasto się nie wybrzuszyło podczas pieczenia) ceramiczne kuleczki do pieczenia albo zamiennie np. groch.

Tak przygotowany spód piec przez 12 min.

Po tym czasie ostrożnie ściągnąć folię z obciążeniem i ponownie włożyć do piekarnika i piec kolejne 15 min.

Masę jajeczno-śmietanową połączyć z podsmażanymi grzybami i całość przelać na podpieczony spód.

Zmniejszyć temperaturę do 180°C i całość zapiekać przez 30 min.,

pilnując by masa się ścięła, ale brzegi za bardzo nie przypiekły.

Jeśli z nadmiaru ciasta powstały ciasteczka, to należy ułożyć je na górze farszu na ostanie 10-15 min. pieczenia.

Tartę podawać na ciepło.

Świetnie smakuje z dodatkiem mieszanki sałat z pomidorkami koktajlowymi i balsamicznym vinegretem.

Tarta z grzybami leśnymi na kruchym spodzie
Tarta z grzybami leśnymi na kruchym spodzie z tymiankiem

Smacznego i pięknych, jesiennych spacerów po lesie…

Kolacja w ciemności

Aga Sz. PODRÓŻE, RECENZJE, Strona glowna banner 0 Comments

wyjątkowy prezent, kolacja w ciemności, dine in the dark

Kilka tygodni temu, świętowaliśmy z Robertem trzynastą Rocznicę Ślubu. Ponieważ bardzo chciałam pospacerować po warszawskich Łazienkach, a mąż odwiedzić Stare Miasto, zgodnie padło na Warszawę. Kiedy mieliśmy już zarezerwowany hotel i zaczęliśmy myśleć o tym, jakie restauracje będziemy chcieli w stolicy odwiedzić, przypomniało mi się, że posiadam voucher na ,,Kolację w Ciemności”, którą jakiś czas temu sprezentował mi Wyjątkowy Prezent . Tak się dobrze złożyło, że akurat tym czasie, w Warszawie taka kolacja się odbywa. Żartowaliśmy trochę, że po tych kilkunastu latach, to już człowiek patrzeć na siebie nie może, więc taka kolacja w ciemności jest dobrą opcją…

wyjątkowy prezent, kolacja w ciemności, bonpirce, dine in the dark

W Warszawie w organizacji kolacji w ciemności specjalizuje się węgierska restauracja Borpince, która mieści się na ul. Zgoda 1. Serwowane menu jest tajemnica, bowiem cała zabawa polega na odgadnięciu po kolacji, co nam zaserwowano, ale jest możliwość wyboru wersji mięsnej, rybnej i wegetariańskiej. W wersji Vip, do posiłku dodatkowo podawane jest wino i deser.

Kolacja miała formę eventu, na sali było kilkanaście osób, a pan, który go prowadził, swoim poczuciem humoru sprawił, że wszyscy świetnie się bawili. Kiedy padło pytanie dlaczego na kolacje w ciemności przyszliśmy, to oprócz żartów z sali typu ,,bo dziś centra handlowe zamknięte”, ,,bo mi żona kazała” padło też to najważniejsze, ,, by przybliżyć sobie sytuację osób niewidomych”.

Pierwsza na świecie restauracja w ciemności ,,Blind Co” powstała w 1999 roku w Zurychu, a zamysł jej powstania zrodził się po tym, gdy zaproszeni na kolację przez niewidomego pastora Jorge’a Spielmann’a goście, w geście solidarności z gospodarzem na czas posiłku zawiązali sobie na oczach opaski.

Gdy pozbawieni zostajemy jednego ze zmysłów, inne automatycznie się wyostrzają, by pomóc nam funkcjonować i kolacja w ciemności dobitnie nam to udowodniła. Kiedy nie widzisz kompletnie nic, w określeniu menu jest Ci w stanie pomóc dotyk, smak, węch. Słuch z kolei uruchamiał wyobraźnie jeśli chodzi o rozstawienie stolików na sali, jej wygląd, wysokość. Konsumpcja kolejnych dań, przepleciona była z zabawami/zagadkami, które dotyczyły kwestii zmysłów zapachu i dotyku.

Przykładowa zaserwowana potrawa wyglądała tak:

Z każdą minutą w ciemności, człowiek oswaja się z miejscem sytuacją, potrafi zlokalizować talerz czy kieliszek. Nie mniej sztućce są pod czas kolacji raczej mało potrzebne, co okazuje się już w pierwszych minutach, kiedy bezskutecznie usiłujemy nabić coś na widelec.

Kolacja w ciemności była dla nas ciekawym doświadczeniem, a serwowane dania nam bardzo nam smakowały. Kilku smaków nie byłam w stanie odróżnić (np. cukinii od bakłażana). Co ciekawe mój mózg ani kubki smakowe nie były również w stanie stwierdzić, że deser czekoladowym polany był polewą z wiśni. Nigdzie, nawet latem w Toskanii, pomidor nie smakował mi tak, jak tamtego wieczoru.

Jeśli lubicie smacznie zjeść, jesteście otwarci na nowe doznania, chcielibyście przybliżyć sobie sytuacje osób niewidomych, zobaczyć jak działają Wasze zmysły w takiej nietypowej sytuacji lub zwyczajnie chcielibyście spędzić niezapomniany wieczór, to kolacja w ciemności jest czymś, co mogę polecić. To również świetny pomysł na oryginalny prezent. Na przykład z okazji Rocznicy Ślubu właśnie…

wyjątkowy prezent, kolacja w ciemności

Więcej o kolacji, dostępnych lokalizacjach, terminach i rodzajach voucherów przeczytacie na stronie

Wyjątkowy prezent

Polecam & pozdrawiam

kolacja w ciemności

Brzoskwinie zapiekane pod owsianą kruszonką z Amaretto

Aga Sz. desery, PRZEPISY, Strona glowna banner 1 Comment

Soczyste brzoskwinie, zapieczone pod warstwą słodkich, skąpanych w maśle i brązowym cukrze płatków owsianych z dodatkiem chrupiących ciasteczek Amaretti, a wszystko to skropione Amaretto. Myślę, ze to niezły deser na zakończenie wakacji. A jeśli podacie to cudo z gałką lodów waniliowych i kieliszkiem Prosecco będzie jeszcze piękniej…

Składniki:

  • 6 dużych brzoskwiń
  • 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
  • 120 g miękkiego masła (plus trochę do wysmarowania foremki)
  • 100 mąki pszennej
  • 120 g płatków owsianych zwykłych
  • 50 g ciasteczek Amaretti (twardych)
  • 80 g brązowego cukru
  • 1 łyżka likieru Amaretto *

Naczynie do zapiekania wysmarować masłem.

Brzoskwinie umyć, przepołowić, usunąć pestki i pokroić na kawałki, np. ósemki.

Wyłożyć nimi dno przygotowanego wcześniej naczynia, a następnie przesiać na nie mąkę ziemniaczaną.

Ciasteczka Amaretti pokruszyć, dodać wszystkie, całość skropić Amaretto i całość połączyć ze sobą palcami, tworząc rodzaj kruszonki.

Kruszonkę wyłożyć równomiernie na brzoskwiniach.

Piec przez ok. 30 min. w temp. 180 stopni C., aż kruszonka się zezłoci.

Deser podawać na ciepło, dobrze wówczas smakuje i wytworniej wygląda) w towarzystwie lodów waniliowych. Smaczny również na zimno np. na śniadanie z dodatkiem jogurtu.

* Alkohol z Amaretto, wyparuje pod wypływem temperatury, ale jeśli ktoś chce deser podać dzieciom i ma obiekcje, to oczywiście można ten składnik pominąć.

Smacznego!

Biszkoptowe ciasto z owocami (jeżynami)

Aga Sz. ciasta, ciasta z owocami, PRZEPISY, Strona glowna banner 1 Comment

Z całym szacunkiem dla wszystkich eleganckich, pracochłonnych, warstwowych ciast, które na warstwie biszkoptu dzierżą krem, mus , galaretkę, owoce i oczywiście listek melisy na ozdobę i wyglądają jakby były krojone za pomocą lasera, ja zawsze wybiorę proste, sielskie, domowe ciasto, które można zjeść nie korzystając ze srebrnego widelczyka. Ciasta te poznacie po tym, że najlepiej smakują na świeżym powietrzu, a dzieciom po ich zjedzeniu, trzeba strzepać z nosa cukier puder…

Dziś przepis na klasyczne ciasto biszkoptowe z owocami. U mnie z dużymi, ogrodowymi jeżynami, ale użyjcie takich na jakie macie ochotę.

Składniki:

  • 125 g mąki pszennej
  • 125 g cukru (najlepiej drobnego lub pudru)
  • 125 g masła
  • 4 duże jajka
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1-2 łyżki cukru pudru do oprószenia ciasta przed podaniem

Spód okrągłej foremki o przekroju ok. 22-24 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Najwygodniej arkusz zamknąć klamrą tortownicy, tak by pokrył spód foremki, a jego nadmiar został poza foremką, a następnie niepotrzebną część zewnętrzna oderwać. Boki posmarować masłem i obsypać bułka tartą. Oczywiście jeśli, nie mamy papieru do pieczenia, można tak samo postąpić ze spodem.

Masło roztopić w garnuszku, zdjąć z ognia i ostudzić.

Białka ubić na sztywno ze szczyptą soli, pod koniec ubijania dosypując połowę podanej ilości cukru.

Żółtka ubić z resztą cukry do białości, a następnie powoli dolewać masło, ciągle miksując.

Do żółtek dodać kilka łyżek ubitej piany i delikatnie wymieszać.

Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia i całość przesiać do masy z żółtek. Wymieszać, tak by mąką dokładnie połączyła się z masą.

Na koniec dodać resztę ubitych białek i całość, (ostrożnie by białka nie opadły) wmieszać w ciasto.

Przelać masę do przygotowanej wcześniej formy, na górze poukładać wybrane owoce (nie za gęsto, tak by były między nimi przerwy) i piec w nagrzanym do 175 stopni C. przez ok. 40- 45 min.

Po upieczeniu, przed wyciągnięciem z formy odstawić na chwilę do ostygnięcia. Przed podaniem warto oprószyć cukrem pudrem

Miłego popołudnia z ciastem biszkoptowym z owocami w roli głównej…

Wyspa Murano

Aga Sz. PODRÓŻE, Strona glowna banner 0 Comments

Murano, to niewielka wyspa położona na Lagunie Weneckiej. Przypomina Wenecję, choć jest od niej znacznie mniejsza, skromniejsza i mniej atrakcyjna pod względem turystycznym, szczególnie jeśli chodzi o zabytki. Murano słynie z produkcji kolorowego szkła, które znane jest na całym świecie. Co ciekawe, pierwotnie szkło w tym rejonie produkowano w Wenecji, ale pod pretekstem zagrożenia pożarami, przeniesiono produkcję właśnie na wyspę Murano. Tak naprawdę chodziło o to, by móc skuteczniej kontrolować pracowników hut (którzy pod groźbą kary mieli zakaz opuszczania Republiki Weneckiej, ale i przywileje związane z tym zawodem), by ci nie zdradzili sposobu produkcji szkła. Dziś dawny rygor oczywiście już nie istnieje, za to nadal odwiedzić można Muzeum szkła (Muzeum Palazzo Giustinian) i kupić szklaną pamiątkę.

MURANO

Bardzo przyjemna wyspa, idealna na spędzenie popołudnia.

Poniżej znajdziecie odnośniki do postu o Wenecji i wyspie Burano.

ze słonecznymi pozdrowieniami

Wyspa Burano

Aga Sz. PODRÓŻE, Strona glowna banner 0 Comments

Buongiorno! Zapraszam dziś na spacer po wyspie Burano. Ta mniejsza sąsiadka Wenecji, absolutnie przecudna, czarująca kolorami i nagrzanymi od słońca kolorowymi elewacjami domów. Domów, których elewacje właściciele podobno muszą malować co pół roku, ale bez zgodny urzędu nie mogą zmienić ich koloru. Legenda głosi, że Burano jest tak kolorowe, ponieważ dawnej gospodynie, czekające na swoich mężów, którzy wypływali w morze, malowały swoje domy na różne kolory, by ci wracający z połowów (w różnym stanie trzeźwości) mogli swój dom łatwo odnaleźć…

Wyspa ta swego czasu, bardzo słynęła z tworzenia ręcznych koronek. Obecnie w dobie napływu wszechobecnej chińszczyzny oraz pracochłonności tworzenia tych oryginalnych, ręcznych, sztuka ta zamiera, choć muzeum koronkarstwa i ulica z tego rodzaju wyrobami nadal na wyspie są.

burano, burano wyspa, burano island
Burano, wyspa Burano, Burano island

Torebka Małgosi: Meri Meri (klik)

Wyspa, nie posiada zabytków, które ,,koniecznie trzeba zobaczyć”. Oczywiście jest kilka miejsc, które warto zobaczyć, ale nie sa tak obowiązkowym punktem jak np. Plac św. marka w Wenecji. Zatem bez pośpiechu, spacerując uliczkami można łapać klimat tego wyjątkowo kolorowego miejsca. Na zwiedzanie Burano wystarczą dwie godziny, a dojedziecie tam tramwajem wodnym (koszt 10E dla osoby dorosłej, 20E kosztuje jednodniowy bilet na przejazd do Wenecji, Burano i Murano. Z transportu miejskiego dzieci do lat 4 korzystają bezpłatnie, starsze mają zniżki.

O ile Wenecja mnie jakoś specjalnie mnie nie oczarowała (a dałam jej szansę dwukrotnie), to na Burano i Murano wróciła bym z przyjemnością. Koniecznie, będąc w okolicy wybierzcie się tam. Na pewno nie będziecie żałować…

pozdrawiam kolorowo…

Nasze campingowe hity

Aga Sz. PODRÓŻE, RECENZJE, sprzęty, Strona glowna banner 0 Comments

Nie odkryję tu Ameryki pisząc, że aby pobyt na campingu przebiegł komfortowo, kluczowe jest przemyślane pakowanie. Nie myślę tu tylko o ubraniach, bo to oczywiste, ale o rzeczach dodatkowych. I choć wyposażenie mobile home’ów Eurocamp, z których korzystamy, nie przestają mnie zadziwiać (są tam nawet kawiarki, praski do czosnku i korkociągi), to jednak myślę, że każdy ma jakieś swoich campingowych ulubieńców, których zabiera dodatkowo ze sobą.

Dziś napiszę o naszych trzech, tegorocznych campingowych hitach , które pobyt nam umiliły, ułatwiły, słowem sprawdziły nam się na medal podczas oganiania tej wakacyjnej domkowo- tarasowej codzienność i z pewnością zabierzemy je ze sobą także za rok.

LotusGrill

Kilka dni przed naszym wyjazdem na wakacje otrzymałam od marki LotusGrill, do przetestowania ich kultowy bezdymny grill. I choć pakując samochód na urlop zawsze mamy deficyt miejsca, to tak nas ten sprzęt zaintrygował, że postanowiliśmy go jakoś upchnąć i zabrać ze sobą, co ułatwił chroniący go, poręczny, ułatwiający przenoszenie pokrowiec.

Samo określenie ,,grill bezdymny” brzmiało dla mnie przyznam trochę jak science fiction, ale okazało się, że on naprawdę tak działa. W tradycyjnym grillu, dymienie powoduje tłuszcz spływający na żar, tu tłuszcze spływają do metalowej misy (którą można myć w zmywarce) i nie ma kontaktu z ogniem, więc grill nie dymi. W rozpaleniu i cyrkulacji powietrza pomaga umieszczony we wnętrzu urządzenia wiatraczek (na baterię ,,paluszki”, które są w zestawie i wystarczają na cały sezon). Urządzenie nie nagrzewa się z zewnątrz grilla można go zatem w każdej chwili z łatwością przenieść.

Grille LotusGrill są ekologiczne, bezdymne i ekonomiczne w użyciu (200 g węgla wystarczy na 90 min. grillowania), występują w trzech rozmiarach i wielu kolorach, można je wzbogacić o dodatkowe akcesoria czy płyty (u nas dobrze sprawdziła się ta do pizzy, która jak widać na zdjęciach radzi sobie dobrze również z burgerami). Myślę, że to rzecz absolutnie fantastyczna dla osób, które chciałby grilować na balkonie. Na jednym z campingów (Ca’Savio, czego nie doczytaliśmy rezerwując go), był zakaz grillowania, a z tego grilla mogliśmy korzystaliśmy jednak swobodnie.

LotusGrill to produkt niemiecki, solidny. Widziałam już tańsze odpowiedniki takich grilli, ale jeśli chcemy żeby nam służył na lata, to stawiałabym na produkt oryginalny. Nasze serca podbił, bankowo będziemy go zabierać na kolejne nasze campingowe wyprawy.

Jeśli ktoś podziela mój entuzjazm na temat tego sprzętu, albo słyszał o nim wcześniej i planuje zakup to tutaj, dzięki uprzejmości marki znajdzie kod rabatowy na dowolny model z oferty :

(kod zniżkowy na LotusGrill)

Preparaty na komary Chicco

Co jak co, ale preparaty na komary jadąc na camping trzeba mieć i przekonaliśmy się o tym już nie raz. Jako mama i miłośniczka produktów naturalnych, zwracam uwagę na to co trafia na skórę mojej rodziny. Dotyczy to zarówno codziennych kosmetyków jak i preparatów specjalistycznych tj.preparaty na komary.

Naprawdę nie potrzeba chemii, by skutecznie zniechęcić do siebie komary, natura świetnie sobie z nimi radzi. Gama preparatów Chicco, przeznaczona dla dzieci już od 2 miesiąca życia, jest bardzo szeroka. Obejmuje ona kosmetyki typowo odstraszające komary tj. klasyczny krem, spray , wygodne, nasączane chusteczki, zapachowe klipsy do torby, wózka czy ubrania, a nawet nasączone olejkami bransoletki, która gwarantuję spodobają się dziewczynkom. Jest także roll-on po ukąszeniu (kiedy pisze ten tekst, dwójka z moich dzieci zdążyła do mnie przybiec z z ogródka z prośba bym im go dała…). Kosmetyki z tej serii zawierają olejek melisy i olej andiroba. Oprócz działania zniechęcającego komary, mają także działania odświeżające i nawilżające. Nie zawierają alkoholu, barwników, parabenów ani fenoksyetanolu. Seria posiada w ofercie także urządzenia na baterie i do prądu emitujące ultradźwięki, które są uciążliwe dla komarów, zupełnie niesłyszalne i nieszkodliwe dla ludzi. Na nas (a właściwie włoskie komary) działa, więc polecam.

Więcej o tej serii przeczytacie na stronie Chicco

Dania Babci Zosi

Mój mąż zawsze się ze mnie śmieje, że wybierając camping, dużą rolę odgrywa dla mnie obecności w najbliższej okolicy Lidla. Jest to może zabawne, ale ja naprawdę mając ten sklep w pobliżu, jestem spokojna, że szybko zrobię zakupy i kupię wszystko by nakarmić rodzinę. Rok temu do tego Lidla w okolicy dodać należy, że nie ruszam się bez zupek ,,Babci Zosi”. Te zupy to jest hit! Musiała je wymyślić zapracowana mama, albo osoba jeżdżąca na kempingi właśnie. W ciągu 20 min. mamy smaczna, zdrową zupę. Będąc na kempingu, często nastawiam ją zaraz po śniadaniu, kiedy zbieramy się na basen lub plażę, a po powrocie, kiedy wszyscy są głodni, raz dwa ja podgrzewam. W wersji ,,ambitnej” robię do nich grzanki na patelni. Jeśli planujemy dłuższe plażowanie, przelewam ją dzieciom do termosików i zabieramy ze sobą. Żadnej chemii, konserwantów, suszone warzywa zamknięta w zgrabnych pudełeczkach. Smaczne, zdrowe, pożywne, sycące, banalne w przygotowaniu. Wybór jest bardzo szeroki nam najbardziej smakuje krupnik, zupa soczewicowa, z ciecierzycą i grochowa.

Znajdziecie je w Lidlu, a pełną ofertę tutaj: (klik)

termos skip hop nietoperz

A jakie rzeczy, Wy umieścilibyście na swojej campingowej liście ulubieńców? Podzielcie się proszę w komentarzu swoimi typami.

Samych udanych pobytów, bez komarów i wysiłku z gotowaniem 😉

Muffiny z jeżynami

Aga Sz. babeczki & muffinki, PRZEPISY 2 Comments

muffiny z jeżynami, muffinki z jeżynami

Sierpień hojnie obsypał leśne krzewy jeżyn owocami. Zbieramy je dzielnie, nie zważając na podrapane od kolców nogi, bo wypieki z tymi owocami, wynagradzają te niedogodności z nawiązką. Kto zagląda na mój Instagram wie, że sporo dzieci w ostatnim czasie odwiedziło nasz dom, więc te muffinki z jeżynami piekłam najczęściej. Bo i na wycieczkę wygodnie spakować i w dziecięcej rączce zmieścić. Puchate, ładnie odrywają się od papilotek, w sam raz słodkie. Tak kochani smakuje sierpień w lesie…

Składniki:

(na 10-12 tradycyjnej wielkości muffinek)

  • 180 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 150 g cukru (u mnie 100 g białego + 50 g kokosowego)
  • kilka garści jeżyn
  • 60 g masła
  • 1 jajko
  • 200 mleka

Wsypać mąkę, proszek do pieczenia, sól wymieszać.

Jeżyny przebrać, umyć, osuszyć i wsypać do mąki, delikatnie wymieszać.

Masło roztopić i ostudzić.

W drugiej miseczce wymieszać cukier z jajkiem, mlekiem i masłem.

Wlać powstałą mieszaninę do miseczki z mąką i szybko, niedbale wymieszać, tylko tak, by składniki obu miseczek się połączyły.

Papierowe foremki umieścić w formie do muffinek napełnić do 2⁄3 wysokości ciastem.

Muffinki piec w temperaturze 200°C, przez ok. 20 min. (wbity w ciasto patyczek powinien być po wyciągnięciu suchy)

Wyjąć z piekarnika, poczekać aż trochę przestygną i podawać.

muffiny z jeżynami, muffinki z jeżynami
muffiny z jeżynami, muffinki z jeżynami

Smacznego!

Ca’Savio camping

Aga Sz. DZIECI, PODRÓŻE, Strona glowna banner 2 Comments

Ca'Savio camping

Drugim campingiem, który odwiedziliśmy podczas tegorocznych wakacji był camping Ca’Savio we Włoszech. Znajduje się on w miejscowości Cavallino- Treporti, nad Adriatykiem. Jest to obiekt trzygwiazdkowy i z tego co zauważyłam, bardzo lubiany i licznie odwiedzany przez Polaków.

Ca'Savio camping
Ca'Savio camping

Na jego obszarze mieści się 1500 stanowisk, co sprawia, że zaliczyłabym go do średniej wielkości campingów. Nie jest ogromny (jak Marina do Venezia, Zaton czy La Baume), ale nienazwałabym go też malutkim i kameralnym.

Jeśli chodzi o zakwaterowanie, to tradycyjnie korzystaliśmy z biura Eurocamp Polska , które na tym campingu posiada sporo swoich domków, wszystkie umiejscowione w piniowym lasku. Mieszkaliśmy w nowiutkim (rocznym) mobile home typu Azure. Wygodny, bardzo dobrze wyposażony, czyściutki, z zadaszonym tarasem i klimatyzacją (tu uwaga, niestety płatną 10E dziennie).

Ca'Savio camping eurocamp
Ca'Savio camping eurocamp
Ca'Savio camping eurocamp

Na terenie obiektu znajdziemy dwa, oddalone od siebie miejsca z basenami. Oba z bezpłatnymi leżakami (w drugiej połowie czerwca, nie było problemu z ich dostępnością, choć wiadomo zasada, kto pierwszy ten lepszy obowiązuje).

Pierwszy kompleks basenów, bliżej wjazdu na parking, scen animacyjnych i restauracji (ale dalej od domków, tj. spacerem ok. 10 min.) składa się kilku basenów, zjeżdżalni i pirackiego statku dla maluszków.

Ca'Savio camping eurocamp
Ca'Savio camping eurocamp
Ca'Savio camping eurocamp
Ca'Savio camping eurocamp
Ca'Savio camping eurocamp
Ca'Savio camping eurocamp

Leżaków, jest dużo, ale spora jest powierzchnia trawnika, na której z pewnością znajdzie się miejsce, by rozłożyć koc piknikowy. Dużym plusem jest to, że znajdziemy tu także sporo cienia.

Ca'Savio camping eurocamp
Ca'Savio camping eurocamp

Drugi z terenów basenowych , znajduje się w bliskiej odległości od domków i składa się z basenu dla maluszków ze statkiem i większego, do pływania.

Ca'Savio camping eurocamp
Ca'Savio camping eurocamp
Ca'Savio camping eurocamp
Ca'Savio camping eurocamp
Ca'Savio camping eurocamp
Ca'Savio camping eurocamp

Zjeżdżalnie i plastikowe atrakcje wodne dla dzieci są w bardzo dobrym stanie, czyste, niezniszczone, nie mniej należy pamiętać, że jest to camping trzygwiazdkowy i uczciwie stwierdzam, że nie czułam się tam tak ,,luksusowo” jak na wspomnianym Zatonie, La Baume, czy znajdującej się nieopodal Marinie do Venezia.

Na Ca’Savio świętowaliśmy też ósme urodziny Antka…

Gdyby ktoś również obchodził tam urodziny, to donoszę, że świeczki ze włoskim ,,sto lat” kupiłam w sklepie na przeciwko Euro Spar 😉 Resztę imprezowym dodatków zamówiłam jeszcze w Polsce w Partymika.

Ca'Savio camping eurocamp

Na wyposażeniu każdego włoskiego mobil home’u jest oczywiście kawiarka…

Zaryzykuję stwierdzenie, że największym atutem (nie licząc zakwaterowanie w mobil home Azure) campingu Ca’Savio jest bezpośredni, dostęp do morza i szerokiej, piaszczystej, czystej, bardzo ładnej plaży, na którą wejście znajduje się w niedalekiej odległości od domków.

Ca'Savio camping eurocamp

Worek plażowy jest marki Play&Go, wersja outdoor.

Silikonowe wiaderko (można je zwinąć w rulon!), łopatki i foremki Funkit World.

Integracja sąsiadów, szczególnie tych najmłodszych, posługujących się często różnymi językami, to jeden z uroków wakacji na campingu…

Ach ci mężczyźni… 😉

Z informacji praktycznych może jeszcze to, że zaledwie kilometr dzieli camping od centrum miasteczka Cavallino- Treporti, do którego można wybrać się na spacer, lody czy kolację.

Z kolei kilka kilometrów od Ca’Savio znajduja się dwa dyskonty spożywcze (m.in. Euro Spar), trochę dalej jest do Lidl. Ceny porównywalne są z tymi w polskich sklepach, a często nawet niższe.

Na terenie campingu znajdziecie oczywiście także sklep spożywczy, plac zabaw, restauracje, pralnie (cykl prania to 4 euro), animacje dla dzieci, które odbywają się zarówno w ciągu dnia jak i wieczorem na scenie.

Z istotnych informacji, jeszcze taka, że na campingu Ca’Savio obowiązuje zakaz grilowania, tak więc nie ma na wyposażeniu grilla. Mieliśmy szczęście, bo nie wiedząc o tym, zabraliśmy ze sobą naszego bezdymnego grilla LotusGrill, którego (z racji faktu, że nie dymi, używać można). Zniżka na jego zakup, gdyby ktoś był zainteresowany nadal obowiązuje (KLIK).

Po obiedzie sjesta, a potem lody! No bo bez gelato, wakacje we Włoszech nie miałyby przecież sensu…

Reasumując, camping Ca’savio to dobry, niedrogi camping, polecany dla rodzin z małymi dziećmi. Świetna plaża, dużo frajdy dla najmłodszych na basenach, kilka minut samochodem do portu skąd odpływają promy do Wenecji, Burano i Murano (niebawem post z tych miejsc), to jego główne zalety. W moim odczuciu to co oferuje jest adekwatne do jego (dobrej w porównaniu z sąsiadujących z Ca’savio campingami) ceny.

Poznaliśmy rodzinę, która mimo, iż zna inne campingi, Ca’Savio odwiedziła w tym roku po raz ósmy, na wyraźne życzenie dzieci, a to chyba też dość istotna rekomendacja…

Do zobaczenia na kolejnym campingu…

(już niedługo…)

La Millou wakacyjnie

Aga Sz. DZIECI, kobiecym okiem, moda, PODRÓŻE, Strona glowna banner 1 Comment

Sporą część naszych wakacyjnych walizek wypełniłam produktami La Millou i w związku z tym, załapały się one na mnóstwo zdjęć. Nie wszystko uda mi się pokazać w postach z relacjami z wakacji, a, że bardzo chciałabym je na blogu przedstawić, dedykuję im dzisiejszy post.

Opowiem m.in. o bambusowych otulaczach, które podbiły nasze serca, o opaskach, które okazały się być hitem, poduszkach kurkach, mniejszych siostrach kultowych poduszek, mini plecaku, który nieoczekiwanie stał się torbą na aparat, torbie plażowej, która mieści wszystko i jeszcze zostaje miejsce i saszetce, którą zwinęła mi Maja.

Bambusowe otulacze. Dużo o nich dobrego słyszałam, jednak dopiero w ubiegłym roku, kiedy zobaczyłam, jak świetnie się sprawdzają kuzynom moich dzieci na wakacjach, poczułam potrzebę i sens ich posiadania.

Mięciutkie, delikatne, uszyte w kilku wymiarach, prostokątne i okrągłe. Uszyte z włókna bambusowego, które są 3 x A :antybakteryjne, antygrzybiczne i antyalergiczne. Wolne od pestycydów i zanieczyszczeń, absorbują o 60% więcej wody niż zwykła bawełna. Tkanina ta w 30% sama się sterylizuje, dając poczucie świeżości. Neutralizuje nieprzyjemne zapachy, pochłaniając je i oddając je dopiero przy praniu w wodzie. W pełni biodegradowalne, zalecane dla skóry z atopowym zapaleniem skóry.

Genialne jako owijak dla niemowląt, kocyk i ochrona przed słońcem w upalne dni (dzięki właściwościom termoregulacji, tkanina bambusowa utrzymuje temperaturę niższą o 2 stopnie Celsjusza od otoczenia, nie dopuszczając do przegrzania).

Nam służyły podczas podróży samochodem, jako ręczniki na basenie i plaży, narzutka na strój, kiedy po plażowaniu wracaliśmy do domu. W torbie plażowej ważą tyle co nic i nie zajmują miejsca, a sprawdzają w roli ręcznika rewelacyjnie. Jeśli ktoś pyta mnie ,,co kupić w prezencie na babyshower/w prezencie dla noworodka?”, bez wahania odpowiadam- otulacz La Millou.

Maja wybrała nową kolekcję PEONY, która powstała przy współpracy z Małgorzatą Rozenek-Majdan, Gosia WILD BLOSSOM (którą, czego nie ukrywam kocham i ja), a Antek jak na leśnego chłopca przystało wzór FOREST.

Opaski, zarówno te bambusowe, jak i tradycyjne bawełniane, to nasz wakacyjny ,,must have” i rewelacja w jednym. Dzieci, które uwielbiają szaleństwa w basenie w pełnym słońcu, muszą mieć coś na głowie. Wiadomo. W przypadku dzieci starszych, które dodatkowo korzystają ze zjeżdżalni, czapki z daszkiem nie zdają egzaminu. Spadają, a kiedy są mokre, są mało komfortowe w użyciu. Opaski La Millou szybką schną, a nawet mokre nie przeszkadzają w zabawie. Maja mieści się jeszcze w rozmiar ,,dla przedszkolaka”, choć są także wersje dla mam (z której zresztą również nagminnie korzystałam).

opaska La Millou unicorn

Kapelusz Małej Damy– jeśli już przy nakryciach głowy jesteśmy, to ten kapelusz z pewnością doda elegancji i ochroni przed słońcem małe dziewczynki (do 6 roku życia myślę, bo główka Małgosi, która skończyła 5 lat, mieści się w nich bez problemu). Duży wybór wzorów, świetny materiał i efektowna kokarda z tyłu…

Mini plecak/ torebka Dolce Vita– mniejszy brat, klasycznego plecaka Dolce Vita (można je zresztą kupić w zestawie), z możliwością zaczepienia go na wózku. Z założenia powstał jako uzupełnienie tradycyjnego plecaka, do wykorzystania wtedy, gdy mama potrzebuje tylko kilku najbardziej podręcznych rzeczy typu telefon, klucze, pieluszka, mokre chusteczki, butelka (na tą w środku znajdziecie dedykowany ochraniacz termoizolacyjny, by utrzymać ciepło mleka czy herbatki). My również wykorzystywaliśmy go by przenosić w nim wakacyjny, wycieczkowy niezbędnik, ale przede wszystkim wykorzystałam go do noszenia aparatu. Tak więc donoszę, że z powodzeniem mieści on dużą, ciężką lustrzankę ze sporym obiektywem.

Sprawdził się świetnie, jako plecak dziecięcy, a jeśli przepniemy inaczej pasek, powstanie mała, zgrabna torebka.

Całe życie stroniłam od koloru zielonego, a potem zobaczyłam ten plecak i przepadłam. No bo jak nie kochać wzoru WILD BLOSSOM w tym wydaniu…

Shooper bag– torba plażowa (z która na dzień dzisiejszy paraduje robiąc zakupy w Lidlu 😉 baaardzo pojemna, lekka no i z tych robiących wrażenie. U nas we wzorze PEONY.

Saszetka Feeria , do której można domówić pasek w wybranym kolorze i tym samym zyskać nową torebkę, mamy już od kilku lat w poprzedniej wersji i używamy do dziś, ta na zdjęciu ( nieco bardziej prostokątna i z nowszą wersja paska) dostępna jest obecnie. Na portfel, telefon, paszporty, mały bidon, klucze czy krem z filtrem. Łatwo z niej usunąć zabrudzenia, solidnie uszyta, pięknie zapakowana na ,,dzień dobry”, idealna na prezent. Maja ją automatycznie zakosiła, więc podziwiam na niej….

Poduszkę Kura Babci Dany zna już chyba cały świat (dorobiła się skubana nawet własnego konta na Instagramie!). Na co dzień kochamy je w domu (nie tylko dzieci, my z mężem również…) w klasycznej wersji, ale żeby nie wozić tych dużych (i zrekompensować dzieciom rozłąkę z nimi, bo kto ma ukochana poduszkę, ten wie jaka to przykrość), pojechały z nami małe kurki Bebe z kolekcji Velvet. Służyły jako przytulanki oraz zastępowały zarówno w podróży, jak i na miejscu klasyczne ,,jaśki”.

Uwielbiam La Millou nie tylko za świetne gatunkowo materiały, wzory, jakość wykonania, ale też za perfekcjonizm. Za lniane woreczki z logo, w które pakują nawet swoje drobne rzeczy z oferty, za materiałowe przywieszki serduszka doczepiane do nich. Za grafikę na papierowych metkach, przejrzystość internetowego sklepu, sposób prowadzenia kont społecznościowych i dobór ambasadorów. Za poczucie ,,dopieszczenia” mnie, kiedy otwieram paczki z zamówieniami…

La Millou, to z pewnością marka, która warto zapamiętać.

Z całego serca polecam

Zaton Holiday Resort

Aga Sz. DZIECI, gry & zabawy, PODRÓŻE, Strona glowna banner 4 Comments

Pierwszą cześć naszych tegorocznych wakacji spędziliśmy w Chorwacji. Trzeci rok z rzędu korzystając z oferty biura Eurocamp Polska. Tym razem padło na Dalmację i przepiękny camping Zaton Holiday Resort.

Kiedy tylko camping Zaton pojawił się po raz pierwszy w ofercie Eurocamp, na facebookowych grupach miłośników campingów, ci którzy go znali, rozpływali się w zachwytach nad nim. Nam, choć szybko zdecydowaliśmy na wakacyjny pobyt w tym miejscu, udało się dokonać rezerwacji już tylko na pięć dni. Pamiętajcie więc, że miejsca na topowych campingach należy rezerwować nawet rok wcześniej (co nie jest owiane ryzykiem, ponieważ należność za wynajęcie, reguluje się krótko przed wyjazdem, a i wtedy można się od ewentualnej rezygnacji ubezpieczyć).

Zaton Holiday Resort to rozległy, mieszczący ponad 1600 stanowisk, pięciogwiazdkowy obiekt, który podbił nasze serca od momentu przekroczenia jego bram. Wydawało mi się, że skoro odwiedziliśmy już campingi Marina di Venezia i La Baume na Lazurowym wybrzeżu, to w kwestii campingów, poprzeczki nie da się już podnieść wyżej. Zaton można śmiało do tych pozostałych jeśli chodzi o jakość i atrakcje porównać.

Baseny i atrakcje wodne dla dzieci, które jeśli nie przebiły (jak twierdzą moje dzieci), to szły łeb w łeb z tymi na wymienionych wcześniej campingach. Spektakularne jeśli chodzi o ich obszerność, mnogość zabaw jaką oferowały i czystość.

Choć ogólnodostępne łaźnie, z których korzystają głównie osoby przyjeżdżające pod namiot, nie leżą pewne w obrębie zainteresowań osób mieszkających w mobil home, to tak ładne łazienki, widziałam tylko w hotelach sieci Hilton. Serio. Jeśli będziecie na tym campingu, polecam z czystej ciekawości wstąpić tam by umyć ręce. Młodzież określiłaby je z pewnością wyrazem ,,sztos”, a ja choć przyzwyczajona do ładnych wnętrz kręciłam w nich telefonem filmik, w obawie, że nikt mi nie uwierzy, że tak może być na campingu…

Kolejnym powodem, dla którego Zaton Holiday Resort tak bardzo nas oczarował było zakwaterowanie. Mieszkaliśmy w trzysypialnianym, klimatyzowanym mobile home ,,Azure”, który w hierarchii, powierzchni, jakości i funkcjonalności znajduje się wyżej niż dotychczas znane nam wersje Esprit i Vista. Nie dla każdego te kwestie są kluczowe, my nigdy nie narzekaliśmy mieszkając w tych pozostałych, to jednak jest nas piątka, a do wygód jest się łatwo przyzwyczaić i z pewnością będziemy odtąd celować w campingi, dające możliwość zakwaterowania w domkach Azure (a nie ukrywam, że ochota jest także na Avant i Aspect, które posiadają już np. zmywarkę, czy ręczniki).

Baseny i plaża znajdują się niestety w sporej odległości od domków campingowych (ok. 15-20 min spacerem) i pewnie można by to zaliczyć na minus, ale od rana, co godzinę skorzystać można z bezpłatnego pociągu, który podwozi do obu tych miejsc, więc nie jest tak źle. Nam te spacery sprawiły przyjemność, no może raz tylko narzekał tata, kiedy Małgosia zapomniała kółka ratunkowego i musiał po nie wracać…

Bardzo obszerny kompleks basenowy, nie byłam w stanie zliczyć atrakcji wodnych i chyba nawet, mimo szczerych chęci nie ogarnęłam ich wszystkich aparatem.

Czystość, czystość i jeszcze raz czystość. Wszystko nowe, zadbane, sporo zieleni (ciągle, na bieżąco dosadzanej), system nawadniania, który wyręczał pracowników obiektu, by zieleń utrzymać.

Z istotnych informacji jeszcze może to, że na basenach nie ma szans na skrawek cienia, więc jeśli jesteśmy z małym dzieckiem, planujemy dłuższy pobyt na basenach, lub zwyczajnie słońce lubimy ale w umiarze, to konieczne będzie wypożyczenie parasola (20 kun, tyle samo kosztuje leżak). Wypożyczenie nie jest oczywiście obligatoryjne, my udając się na basen np. tylko na godzinę, z powodzeniem korzystaliśmy z maty plażowej, nie mniej leżaki i parasol to bardzo wygodna sprawa, więc warto planując wakacyjny budżet pamiętać i o tym wydatku.

Bidony Drink box, sprawdziły nam się świetnie, w podróży i na basenach. Bardzo solidne, trwałe nieprzeciekające. Dostępne w sklepie Tublu.pl

Wszystkie opaski na głowach dzieci (a nawet mojej) i otulacze bambusowe (hit!) oraz plażowa torba to La Millou

Uwaga techniczna również taka, że na baseny nie warto zabierać dużych, dmuchanych zabawek, jest zakaz ich używania. Dozwolone są jedynie kółka dla maluszków i dmuchane rękawki.

Tuż obok basenów, znajduje się plaża. Co na Chorwację nietypowe-piaszczysta. Lagunowe, łagodne, płytkie zejście do morza i tu również możliwość wynajęcia parasoli, leżaków. Na wodzie ogromne dmuchane atrakcje, które z pewnością spodobają się starszym dzieciom oraz możliwość, uprawiania wielu sportów wodnych.

Na terenie obiektu znajduje się oczywiście sklep spożywczy samoobsługowy, a drugi na tyłach campingu, tuż za jego bramami. Ceny są niestety wyższe niż w Polsce, ale nie ma tragedii. Jest oczywiście pasaż sklepików z pamiątkami, dmuchanymi zabawkami itp., trzy restauracje, lodziarnie.

Na uwagę zasługuje klub zabaw dla dzieci Zatonino, gdzie pod okiem sympatycznych, uśmiechniętych, zaangażowanych animatorów dzieci miło spędzają czas ( dzięki czemu rodzice mają szanse poczytać przy basenie książkę…)

Na terenie obiektu znajdują się też karuzele, trampoliny i autka na akumulator, z których za dodatkową opłatą można skorzystać.

Na wyposażeniu każdego domku jest grill (w przypadku Zatonu były to gazowe grille z płaską płytą), ale my zabraliśmy ze sobą bezdymnego grilla LotusGrill, który sprawdził się genialnie i z pewnością będę o nim jeszcze więcej na blogu pisała, a jeśli słyszeliście już o takim grillu i planujecie jego zakup, to zapraszam tutaj mam dla Was niespodziankę: (klik)

Dzieci podróżowały w fotelikach Chicco Fold&Go, a więcej o nich poczytajcie w tym poście (klik)

Podsumowując, bardzo gorąco polecamy Zaton Holiday Resort jako miejsce na spędzenie wakacji z dziećmi, a Eurocamp Polska jako organizatora pobytu na nim. Mój mąż nie lubi wracać do tych samych wakacyjnych miejsc, twierdząc że jest jeszcze tyle innych, wartych zobaczenia, nie mniej nie ukrywam, że jeśli wrócimy kiedyś na Chorwację, będę go o choć kilka dni w tym miejscu namawiała…

Więcej zdjęć i filmiki, możecie zobaczyć też na moim koncie na Instagramie Ciasteczkolandia (są w zapisanych relacjach w kółeczkach, pod opisem profilu)

Udanych wakacyjnych wojaży i dużo słońca

Chicco Fold&Go i-Size

Aga Sz. DZIECI, gry & zabawy, PODRÓŻE, RECENZJE, sprzęty, Strona glowna banner 0 Comments

chicco Fold&gi I-size

Ktoś kiedyś tak ładnie powiedział, że ,,każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku”. Jako rodzic mogłabym tą myśl sparafrazować i powiedzieć, że każdy wakacyjny wyjazd z dzieckiem zaczyna się od zapięcia fotelika samochodowego…

chicco fold&go

Podczas tegorocznych wakacji, moje dzieci pokonały w fotelikach Chicco Fold&Go prawie 3000 km, kierując się więc swoimi spostrzeżeniami, przybliżę Wam dziś ten model.

Zacznijmy od tego, że aby podróż samochodem z dzieckiem przebiegła dobrze, najistotniejsze są dwie rzeczy: bezpieczeństwo i wygoda. Tylko wówczas, gdy te dwie podstawowe kwestie zostaną zapewnione, zarówno rodzicom, jak i małym pasażerom podróż ma szansę upłynąć miło.

chicco fold&go
chicco fold&go
chicco fold&go

Szukałam fotelika solidnego, bezpiecznego, marki, która cieszy się dobrą opinią, takiego, który ,,rośnie” razem z dzieckiem. Wybór padł na nowość marki Chicco model Fold&Go i-Size.

chicco fold&go

Kwestia bezpieczeństwa, zawsze była dla nas ważna, nie mniej pamiętam, że ucieszył mnie fakt, iż najstarsza córka Maja mogła już (zgodnie z prawem) podróżować korzystając z fotelika-podstawki. I pewnie w tego rodzaju fotelikach złego, jeśli chcemy np. podwieźć starsze dziecko do pobliskiej szkoły, ale już dłuższej podróży, gdzie w grę wchodzi sen, nie jest to rozwiązanie komfortowe. Byłam tego świadkiem podczas naszego ubiegłorocznego wyjazdu, gdy głowa zasypiającego dziecka rozpaczliwie szukała podparcia, którego taki rodzaj fotelika nie zapewniał. Dziś wiem, że to, że dany fotelik mieści dziecko o wzroście nawet 150 cm nie powinno być jest dziecka przykrym obowiązkiem, a przywilejem.

chicco fold&go
chicco fold&go i-size
chicco fold&go
chicco fold&go

I choć na wieść o tym, że cała trójka pojedzie w fotelikach z oparciem, Maja z typowym dla jedenastolatki fochem stwierdziła ,,zapomnijcie, że ja będę siedziała w jakimś foteliku z oparciem, jak jakieś małe dziecko”, to kiedy jednak foteliki zamontowane i usiadła na tym przeznaczonym dla niej, zamilkła na chwilę, po czym stwierdziła ,,no nawet fajny ten fotelik”.

chicco fold&go
chicco fold&go

Mamy możliwość regulacji zarówno wysokości fotelika, jak i jego szerokości w obrębie ramion, a regulacja obu tych rzeczy jest od siebie niezależna. Można zatem wielkość i szerokość fotelika dopasować indywidualnie i precyzyjnie dla każdego dziecka. Wykonany jest z naprawdę wysokiej jakość materiałów, bardzo solidny.

Fotelik ten jest homologowany zgodnie ze standardem i-Size (ECE R129) do przewożenia samochodem dzieci o wzroście między 100 a 150 cm, a że sprawdzają się te założenia w praktyce widać na zdjęciach z całą trójką dzieci (mają od 110-145 cm).

Dostępne są w trzech kolorach tapicerki: czarnym (jak nasze), ale również w wersji szarej i czerwonej.

Z rzeczy technicznych warto wspomnieć o ich zaskakująco prostym, intuicyjnym, szybkim montażu i regulacjach ustawieniach, o których pisałam wyżej. Jestem osobą delikatnie mówiąc niezbyt lotną w montażu czegokolwiek, to fotelik zaskoczył mnie tym, że od razu poradziłam sobie z tym by go zamontować (na isofixie, ale montaż możliwy jest także bez niego), a następnie w mig udało mi się go złożyć, by pokazać Wam jak wygląda złożeniu…

chicco fold&go
chicco fold&go

Fotelik jest niezwykle kompaktowy, w prosty i zgrabny sposób można go jednym ruchem złożyć i wygodnie przenieść. Świetnie sprawdzi się więc, gdy używamy go w różnych samochodach, czy po odwiezieniu dziecka do dziadków, mamy potrzebę przywiezienia na tylnym siedzeniu szafki z Ikei.

I rzecz być może drugoplanowa jaką jest wygląd, stylistyka fotelika samochodowego. Moim zdaniem Fold&Go i-Size jest najładniejszym ze wszystkich modeli oferowanych przez markę. Ktoś w tym temacie zrobił kawał dobrej roboty.

Zainteresowanym polecam też obejrzeć filmik z recenzją Pani Gadżet, wspomina ona i pokazuje z bliska prowadnice pasów, jaką w tym modelu zastosowano, oraz amortyzującą ochronę na pasy która znajduje się w komplecie z fotelikiem.

I gdyby jeszcze tylko Chicco opatentowało, coś na wzór dwóch desek z dźwiękoszczelnej dykty, które można by zamontować miedzy fotelikami, żeby dzieci się podczas podróży się nie widziały i nie kłóciły, byłoby idealnie…

Żartuje, wszyscy wiemy, że przecież bez nieustannych wygłupów, wyjazdy wakacyjne z dziećmi nie miały by swojego uroku.

Szerokiej drogi Kochani, aby każdy Wasz wyjazd kończył się szczęśliwym powrotem do domu…

Limonkowo-maślane ciasteczka lamy

Aga Sz. ciasteczka, PRZEPISY, Strona glowna banner 2 Comments

Małe, urocze, maślane ciasteczka z nutą limonki, które z pewnością ucieszą każdego fana lam. Idealnie sprawdzą się na ,,lama party”. Wersja ambitna zakładałaby zapewne użycie trzech, czy czterech kolorów lukru, ale zapewniam, że dzieci ucieszy nawet taka wersja jak moja. Nieidealne, nierówna, taka wiecie od zapracowanej mamy.

Ciasteczka można spokojnie upiec kilka dni wcześniej i przechowywać w szczelnym pojemniku, co przy natłoku pracy przed imprezą, jest zbawienne…

Składniki:

  • 170 g miękkiego masła
  • 170 g drobnego cukru
  • 2 duże jajka
  • skórka z 1 limonki (ekologicznej lub sparzonej i umytej)
  • 400 g lub więcej mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • ½ łyżeczki soli

Utrzeć masło z cukrem na puszystą masę, dodać jajka i skórę z limonki, wymieszać.

W drugiej misce wymieszać mąkę z proszkiem do pieczenia i solą.

Wsypać suche składniki do maślano- jajecznej masy, łącząc wszystkie składniki, delikatnym lecz pewnym ruchem. Jeśli ciasto będzie zbyt lepkie by je rozwałkować, dosypać trochę mąki, ale pamiętając, że jeśli przedobrzymy, będzie twarde.

Ciasto podzielić na dwie części, z każdej uformować dysk, owinąć folią spożywczą i włożyć do lodówki na min. godzinę.

Po tym czasie wyjąc pierwszą część ciasta, posypać delikatnie mąką (ja obtaczam zawsze wałek mąką zamiast ciasta) rozwałkować ją na grubość ok. pół cm. (delikatnie posypanej mąką) stolnicy.

Wycinać za pomocą w foremek do ciasteczek (które każdorazowo dobrze jest zanurzyć w mące) i układać je w odstępach na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce.

Piec w 175ºC przez 8- 12 min. w zależności wielkości ciasteczek ( , do momentu aż delikatnie zezłocą się na brzegach. Po upieczeniu przełożyć na metalową kratkę do całkowitego ostygnięcia, a następnie ozdabiać lukrem .

ciasteczka lamy , lama cookies

Do zabarwienia lukru, który nałożyłam korzystając z tylek Wilton o nr. 1 i 2, użyłam barwników w pudrze Scrap cooking (see blue, oraz blush pink zmieszany z pastel yellow), a także czarnego, jadalnego pisaka tej samej marki.

Słodkie pozdrowienia